Maksymilian i Jan czyli powstańcze reminiscencje

22 stycznia minęła 155. rocznica wybuchu powstania styczniowego. Ten zryw powstańczy z 1863 r. uważany przez historyków za najważniejszy i największy pod względem militarnym z całego 123-letniego okresu zaborów, ma także zapomniany akcent borkowski, a właściwie wrzosowski, poprzez osobę ostatniego właściciela majątku we Wrzosowie, Maksymiliana Milkiewicza.

Młody 24-letni ziemianin z Litwy tamże przystąpił do powstania i brał w nim czynny udział. Po upadku powstania w ramach carskich represji został pozbawiony majątku na Litwie i skazany na banicję poza tzw. „kordon”. Odwiedzając kuzynów w guberni siedleckiej poznał córkę ówczesnych właścicieli Wrzosowa, Chróścikowskich, którą wkrótce pojął za żonę, i osiadł we Wrzosowie, gospodarząc najpierw wspólnie z teściem, a potem samodzielnie aż do swojej śmierci w 1924 r..

Nie ma już ludzi pamiętających Maksymiliana, jednak pamiętam opowieści starszych osób i mojej babci z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, którzy zapamiętali go jako surowego, ale sprawiedliwego człowieka, dobrego gospodarza i organizatora, otwartego na nowinki techniczne oraz człowieka wrażliwego na sprawy obywatelskie.

W 1910 roku wprowadził się z rodziną do nowego budynku dworu we Wrzosowie, w którym była już bieżąca woda, kanalizacja i centralne ogrzewanie. Budynek był ogrzewany drewnem i torfem wydobywanym mechanicznie z tzw. dworskiego kanału za wsią przy pomocy parowej lokomobili. Były ponoć próby wykorzystania tej maszyny do wytwarzania prądu elektrycznego, jednak zostały zarzucone ze względu na wysokie koszty. Osobiście pamiętam jednak, że na przełomie lat 1950/60 służyła w ówczesnym PGR do napędu młocarni.

Po wielkim pożarze Wrzosowa w 1908 roku, kiedy to spłonęła cała wieś poza trzema zagrodami, Milkiewicz zakupił ręczną pompę gaśniczą z beczką na konnym wozie, która przez ok. 10 lat stała w jego majątku, lecz w razie potrzeby służyła także wsi. Kiedy na początku lat 20-tych powstała OSP we Wrzosowie, Maksymilian podarował ten sprzęt wiosce, ale wcześniej podarował drewno ze swego lasu na budowę remizy, którą wybudowali mieszkańcy Wrzosowa i która służyła im do końca lat osiemdziesiątych XX wieku.

Maksymilian Milkiewicz przeżywszy 85 lat został pochowany na cmentarzu parafialnym w Radzyniu Podl., po lewej stronie kaplicy Św. Anny gdzie zachował się do dziś jego grób ( fot. poniżej).

Na czołowej stronie ociosanego piaskowca znajduje się napis: „ Maksymilian Milkiewicz, właściciel majątku Wrzosów, uczestnik powstania 1863 r.”.

Grób jest zaniedbany i może warto pomyśleć o tym, by trochę oń zadbać. Jeśli nie gmina, to może harcerze albo uczniowie starszych klas borkowskiej szkoły? Należy Mu się to od nas, tym bardziej, że kiedyś, stawiając z synem i żoną na tym grobie znicz, zauważyłem, że pod warstwą liści i ziemi leży duża żeliwna płyta, mocno skorodowana, lecz sprawne oczy będą w stanie odczytać z niej epitafium i znaki herbowe Chróścikowskich i Milkiewiczów.

I jeszcze jeden wątek powstańczy. Kiedy byłem kilkuletnim chłopcem, ojciec pokazywał mi na tym samym cmentarzu trzy powstańcze groby. Okolone były wspólnym, zardzewiałym, metalowym płotkiem, za którym stały trzy metalowe krzyże z wykutymi proporczykami na szczytach tych krzyży. Ojciec tłumaczył mi, że są to groby powstańców z 1863 roku i że jego dziadek, a mój pradziadek, Jan Korulczyk, był jednym z nich. Dziś nie ma już śladu po tych powstańczych mogiłach. Na ich miejscu stoją dwie lastrykowe „piwniczki” zasobnych radzyńskich rodzin.

Około ćwierć wieku temu wielce się zadziwiłem, kiedy to okazało się, że moja nieżyjąca już ciotka, Janina Zielińska z Korulczyków, uhonorowała swego dziadka a mojego pradziadka Jana, prostym ale trwałym grobem z tablicą i stosownym napisem „ Jan Korulczyk, uczestnik powstania 1863”, ( fot. poniżej).

Grób znajduje się przy wschodnim parkanie cmentarza.

Kiedy wziąłem się do pisania tego tekstu, uświadomiłem sobie, jak wiele tych dwu dzieliło a jednocześnie łączyło. Jeden był wykształconym ziemianinem a drugi chłopem i przypuszczalnie analfabetą. Jeden z Wileńszczyzny a drugi z Turowa koło Radzynia Podl.. Pewnie nigdy się bezpośrednio nie zetknęli ale poza cmentarzem radzyńskim połączyła ich Sprawa. Nikt ich przecie na siłę do powstania nie wysyłał. To musiała być ich świadoma decyzja. Decyzja niełatwa. Przypomnę, że w powstaniu zginęło 20 tysięcy Polaków a ponad 50 tysięcy zesłano na Syberię. Sankcje jak pozbawienie majątku czy banicja dotknęły ponad 100 tysięcy Polaków. Oni wiedzieli, co im grozi, a jednak poszli.

Kiedy patrzę w ekran telewizora na kłócących się w Sejmie polityków, odechciewa mi się komentarza, ale zostaje pytanie: „Który z was by poszedł ?”. Warto też sobie samemu zadać to pytanie i szczerze sobie samemu na nie odpowiedzieć. „Czy gdyby była taka potrzeba, zostawiłbym to wszystko i wiedząc czym ryzykuję, czy ja bym poszedł?”.

Tak się składa, że mieszkam w domu, którego starszą część przed 133-ema laty kazał zbudować Maksymilian. Była w niej stołówka folwarczna. Można powiedzieć, że pięć pokoleń temu zbudował mi dom. Jan natomiast, który także dożył sędziwego wieku 88 lat, był moim pradziadkiem w prostej linii. Kiedy myślę o nich obydwu, przychodzi mi do głowy, że obydwaj zbudowali mi dom i że nie tylko mnie, bo jeszcze Tobie i Tobie i Jemu i Wam. Mieszkamy w nim dziś wszyscy.

Post scriptum.

Syn mojego pradziadka Jana Korulczyka, Zygmunt, czyli mój dziadek, poślubił Emilię z domu Pachała, siostrę Józefa Pachały, któremu poświęcona jest tablica pamiątkowa na budynku remizy we Wrzosowie, odsłonięta 27 sierpnia 2017 r..

Misio

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Bezdroża ideologiczne „PONOWOCZESNEJ”

Skomentuj