banner

Wspomnienia radzyniaka

O dacie na śniegu, numerach na skupie złomu, do kogo wchodziło się dziadem,a wychodziło zetempowcem? Nasz redakcyjny kolega wspomina dawnych ludzi i charakterystyczne miejsca w Radzyniu.

Twoje najstarsze wspomnienie dotyczące jakiegoś miejsca czy ludzi w Radzyniu?

Pamiętam dobrze, jak na stację dowozili ludzi koniem, to już dość stara sprawa. Dokładnie nie pamiętam roku, kiedy to mogło być, ale pamiętam nazwisko tego gościa, pan Sulej się nazywał. Miał dwa koniki zaprzężone furmanki  – nazywały się Bobek i Lalka.

Ludzie siadali, przykrywali ich kocami,  owijali nogi i wio! Na stację i  tam znowu czekał.

Pamiętam jak mieszkaliśmy na ulicy Wandy Wasilewskiej, obecnie – Ostrowiecka. Tam był taki drewniany dom, od frontu pracowała spółdzielnia fryzjerów, było ich chyba czterech, mieszkaliśmy z tyłu. I rok –  o ile pamiętam, bo wiem że wieczorem z bratem wyszliśmy i taki świeży śnieżek spadł, ja sobie przykucnąłem, brat mnie za ręce ciągnął i tak wypisaliśmy rok, to był chyba 1956 albo 57. Utkwiło mi to w pamięci do dzisiaj.

Wspomniałeś o fryzjerach, swego czasu pisaliśmy o jednym z nich, który miał zakład bodajże vis a vis kościoła Świętej Trójcy.

Było ich dwóch – pan Kur i Mysiak, no a potem pan Mrówczyński naprzeciw obecnego pawilonu sportowego , tam się mieściło gdzie teraz chemię sprzedają, on miał takie powiedzonko Do mnie przychodzisz dziad, a wychodzisz zetempowiec.

Był jeszcze Lipa na starym dworcu PKS-u –  dwie pompy tam były takie, jedna studnia  do dzisiaj jest, a druga to był taki kołowrót duży i tam się huśtałem na tych rączkach od tej studni.

Mrówczyński jako stary fachowiec, po dobrej szkole warszawskiej,  pracował na Kruczej, nie miał  chyba  swojego zakładu, pracował w Warszawie, na prestiżowej ulicy.

Zawsze taki elegancki, takie maniery, no to się śmiał:” Gdzie byłeś –   pytał się kogoś –  u Lipy tam, koło ustępów? Bo to był taki szalet miejski dla tych podróżnych.

Oczekiwanie w skupie

GS, ten punkt skupu złomu – mu jako takie dzieciaczki,  6 lat, 7 zbierało się złom, żeby na poranek zarobić na kino w niedziele. Teraz w tym miejscu jest poczta. Zbieraliśmy to cały tydzień, jak nie więcej:  puszki nie puszki, jakieś stare graty, jeszcze z wojny,  łóżka żelazne, kawałek koła, różne rzeczy. Potem pożyczało się wózek na tych kołach od furmanki na drewnianych obręczach, obręcze takie kute, to we czterech albo i w pięciu trzeba było pchać ten wózek.  Był taki długi, ciężki i zajechaliśmy tam do tego punktu skupu, a tam pan Kamola, myśliwy,  jego syn nadal żyje, Waldek. Tacy spoceni, zmęczeni docieramy Panie Kamola – tak nieśmiało-  przyjmuje pan złom?. My tu już czekamy na kasę,  a on mówi na razie nie –  to nas załatwił.

Dotąd staliśmy, aż mu się szkoda zrobiło i nam przyjął. Ale w  międzyczasie,  jak on poszedł gdzieś do biura, a myśmy czekali, żeby nie próżnować,  to szukaliśmy kamieni i w te puszki zaginaliśmy te kamienie, żeby było więcej.

Radzyńska sprawność, czyli lochy

Lochy przypałacowe, tam się spędzało dużo czasu. Latarki, każdy się chwalił, który ma lepszą. A to płaska, to sztorcowa, to wilcze oczko, potem te chińskie weszły na trzy baterie, to był taki hicior .

Świeżo upieczonych, którzy tam nie byli w lochu zawsze brało się do sprzątania. Jak powygarniali to wszystko, te gruzy i śmieci to dopiero mogli wejść. A podróż była taka… wejście do tego lochu było takie, że brało się długi sznurek. Oni się bali oczywiście mocno, wchodziło się od strony stawu, tutaj obok LOK-u. Kazaliśmy się im za ten sznurek trzymać, żeby się nie bali oczywiście i potem się latarki gasiło. Był wielki wrzask. Taka próba, sprawność zdobywali – lochy.

Tam różne podchody z tymi lochami były –  jednym wejściem się wchodziło, drugim wychodziło. Myśmy się czuli jako właściciele tego lochu,  bo tam blisko się mieszkało. Obcy tam wszedł,  to się robiło świece dymną z  plastikowych lalek.

Główka od lalki – to była taka masa, taki plastik podobny  jak w  piłeczce pingpongowej. Zawijało się w gazetę, podpalało i zawieszało, to strasznie dużo dymu wydzielało. I zawsze się wkładało tą świecę  z tej strony,  gdzie wciągało powietrze, bo różnie było raz w tym wejściu, a raz w drugim.

Wejścia były trzy, od stawu jedno i zaraz w parku na rogu, koło tych modrzewi, drugie i trzecie, tam gdzie kiedyś była apteka i to były otwarte, tam drzwi są zasypane do tej pory. Tam jeszcze powinna być nasza ławeczka, na samym rogu, na zagięciu. Tego nikt nie wynosił, o ile    pamiętam, chodziliśmy do ostatniej chwili, potem milicja nas zaczęła ganiać, bo tam i na wagary się chodziło i skończyły się wycieczki do lochów.

Wspomniałeś o pałacu Potockich, jakieś pierwsze wspomnienia związane z pomieszczeniami, czy co tam się kiedyś znajdowało?

Wieża  wschodnia była zwalona, nie było jej, mam nawet zdjęcia gdzieś takie, porobiłem, od małego fotografią się zajmowałem. Ta wieża była zawalona, potem to wszystko ogrodzili.

Dach,  tutaj gdzie jest archiwum,  też był zawalony,  z czasem zaczęły się wprowadzać jakieś biura. Nie wiem,  czy to nie obecny Urząd Miasta, ale wtedy to się jakoś inaczej nazywało. Ognisko muzyczne, no i Dom Kultury, w którym tam zaczynałem przygodę z fotografią.

Dom Kultury znajdował się jeszcze w pałacu?

Tak, od głównego wejścia jak się wchodziło z dziedzińca to w prawą stronę i na górę. Malutkie było ale było, tam mieliśmy ciemnię, wywoływało się tam filmy itd.

Pamiętasz kto prowadził te zajęcia?

Pan Rysio Kanar, właściciel zakładu fotograficznego. Zakład nazywał się”Ewa”,  a mieścił się przy dworcu, w domu u Kowalików, w kamienicy. On to prowadził, wcześniej pan Bronisław Maksymiuk, później Rysio Kanar, a jeszcze wcześniej to był pan Bolek Szaciło, on też był jakiś czas. Potem został dyrektorem ogniska muzycznego, bo Szkoły Muzycznej wtedy jeszcze nie było. Zacząłem tam uczęszczać na akordeon. Chyba ze dwa lata pochodziłem i uważałem, że już lepiej gram niż wszyscy, mi to nie potrzebne i to mnie zgubiło, bo dzisiaj grałbym może lepiej.

Potem się zaczęły różne zespoły tworzyć jak dawno temu „Rybałci”, Jurek Drozd, Andrzej Kowalski, najpierw mój brat grał, Witold, już nie żyje. W ’67 roku poszedł do wojska, ja zastąpiłem go na perkusji, szybko mi to poszło, bo się nauczyłem. Imprezy takie: wesele, zabawy, ale były i występy, koncerty. Nigdy nie lubię mówić koncert, bo to koncert to jest już coś dla artystów wysokiego lotu, zawsze nazywałem to występy.

W Jeleniej Górze wtedy nie byłem, ale brali udział mój brat, Szaciło, Krzysiek Dziudzik –  byli w Jeleniej Górze na jakimś przeglądzie, tam nawet jakieś dobre miejsce zajęli.

***

Oprawiało się kawałek patyka takiego leszczynowego, takiego trzonka od łopaty, nabijało się to siarka z zapałek i strzelało się na Wielkanoc o mur się stukało, gwoździa papiaka się wsadzało i o mur, to taki huk był. Też gonili nas przez to,  chodziło się z obcęgami.

 Pamiętasz budowę sanktuarium MBNP, budowę kościoła?

Pamiętam, jak myśmy się tam wprowadzili, to się zaczęło. Nie było jeszcze tej ulicy, ulicy była piaszczysta i nie przejezdna/ Dopiero dwa, trzy lata później zaczęli się brać za ta ulicę. Most także musieli zrobić. Pan Bełczącki był całym szefem nadzorującym. Ludzie przychodzili z całej wioski i pomagali,. Pawilon tam gdzie teraz jest  „Gama”, to była spółdzielnia zbudowana, też pamiętam tą budowę.

Budowa Kościoła MBNP w Radzyniu – zdjęcia!

Ciąg dalszy archiwalnych zdjęć z budowy kościoła MBNP

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Weekendowy przegląd „Grota”

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Do sukcesu nie ma windy, trzeba iść schodami- Ciężki vs. Proust

Skomentuj