banner

Maryja jako kobieta służąca z miłością

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę.  Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: «Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona.

A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana».

 Przyglądając się kolejnym cechom Maryi chcemy dostrzec ogromną miłość, jaka emanowała z tej młodej jeszcze kobiety, ale już małżonki i matki, noszącej pod sercem rozwijające się dziecko samego Boga Ojca. Kiedy Maryja mówi swoje FIAT, jednocześnie od archanioła Gabriela dowiaduje się, że jej krewna Elżbieta, starsza i od lat już bezpłodna kobieta, spodziewa się dziecka. Elżbieta była już wtedy w szóstym miesiącu ciąży. Z racji na błogosławiony stan i podeszły wiek nie była w stanie przyjść do Nazaretu, nie mogła tą wiadomością podzielić się ze swą kuzynką, młodą Maryją. Ale Boża ingerencja pozwala dokonać sytuacji jakby odwrotnej.

Maryja, słysząc potwierdzenie o ciąży Elżbiety umacnia tylko swoje przekonanie w moc i potęgę Bożego działania. Otóż bezpłodność w czasach które omawiamy, była traktowana jako wymiar Bożej kary, jako brak Bożego błogosławieństwa w małżeństwie. Dziś wiele bezpłodnych par też o to się pyta lub tak to interpretuje, niestety błędnie. Bóg jest życiem, kocha życie i chce dawać życie. On pierwszy jest PRO LIFE!

Bezpłodność, jak brak zamążpójścia, to był kolejny powód wstydu dla kobiety. Dlatego niewiasty gorliwie modliły się o dar potomstwa. Chociażby wspomnijmy historię Abrahama i Sary, którym Bóg udzielił daru potomstwa w ich podeszłej starości, gdy łono Sary, według ludzkiej rachuby, było już obumarłe. Poczęcie się Jana Chrzciciela jest również związane z Bożą obietnicą. Zachariasz, mąż Elżbiety, jako kapłan modlił się w przypadku Pana pełniąc wyznaczony mu dyżur. Wtedy przecież słyszy, iż za rok będzie miał syna, któremu ma nadać imię Jan. Zamknięta na rok zdolność mowy była dla niego znakiem w jego niedowiarstwo Bożym obietnicom. Kiedy po zakończonej służbie wraca do domu, Elżbieta poczęła i powiedziała: „Tak uczynił mi Pan wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi”.
Elżbieta nie była w stanie poinformować o swej radości młodej Maryi. Nie było wtedy jeszcze Internetu, komórek i emaili. Nie istniał snap – chat czy facebook.  Maryja dowiadując się od archanioła o błogosławionym stanie Elżbiety, postanawia udać się do niej z konieczną pomocą. Szósty miesiąc ciąży to czas, kiedy pełniącej wiele domowych obowiązków kobiecie zaczyna być coraz ciężej. Maryja jest doskonale tego świadoma. Jako osoba o ogromnej wrażliwości i pobożności, mimo swego błogosławionego już stanu, postanawia udać się do swej krewnej, jak pisze ewangelista – „z pośpiechem”, czyli dość szybko, nie zwlekając, tuż po objawieniu się archanioła. Zapewne poinformowała o tym swego męża Józefa.

Droga z Nazaretu di Ain Karem, czyli do „Źródła winnic”, to trasa ok. 150 km górzystym, trudnym i niebezpiecznym terenem. Zatem dla młodej dziewczyny to również nie lada wyzwanie. Ale jak wiemy Maryja „zeszła z kanapy” i pospieszyła z posługą miłości. Po pierwsze zapewne nie szła sama, ale mogła dołączyć się do karawany, zmierzającej w tamtym kierunku. Samotny marsz na takiej trasie dla młodej dziewczyny byłby co najmniej nieroztropny i bardzo niebezpieczny. Józef, jako mądry małżonek, na pewno nie puściłby Maryi samej w taką drogę. System wędrowania w karawanach był wtedy znany i tolerowany, jako bezpieczna forma przemieszczania się. Zobaczmy, że analogicznie wygląda dziś piesza pielgrzymka na Jasną Górę. Nikt nie idzie sam, ale dla bezpieczeństwa i wygody poruszamy się w grupach.
Można sądzić, iż Maryja poszła sprawdzić, czy anioł nie kłamał mówiąc o ciąży Elżbiety. Tymczasem motywacja Maryi jest zupełnie inna. Wyrusza w drogę, gdyż ufa i kocha. Wymarsz na pielgrzymkę to również decyzja wynikająca z wiary, która może tutaj zostać pogłębiona

Można powiedzieć również, że pielgrzymka jest okazją do tego, aby wobec bliźniego pełnić uczynki miłosierdzia, czyli uczynki wynikające z miłości wobec drugiego człowieka. Miłość z natury zakłada odpowiedzialność za drugiego człowieka. Jeżeli kocham, to stać mnie na trud wobec drugiego. To stać mnie na to, aby iść do drugiego z pomocą.

Maryja pomagając Elżbiecie w jej codziennych obowiązkach tylko zyskuje, gdyż obok kształtującej się w Niej się wrażliwości, coraz bardziej przygotowuje się Ona do tego, aby być matką. Jak czytamy, pozostała u Elżbiety do czasu jej rozwiązania, czyli do czasu narodzin Jana Chrzciciela. Należy przypuszczać, że towarzyszyła kuzynce jeszcze przez kilka lub kilkanaście dni po narodzinach dziecka do momentu umocnienia się fizycznego kobiety po porodzie. Potem, sama wchodząc coraz bardziej w stan ciąży na etapie trzeciego czy czwartego miesiąca, musiała powrócić do rodzinnego Nazaretu, aby tam, spokojnie oczekiwać własnego rozwiązania, czyli narodzin Jezusa. Dłuższe pozostanie w Ain Karem stawałoby się dla Niej coraz bardziej uciążliwe oraz stwarzałoby trudności w bezpiecznym powrocie do domu po górzystej krainie izraelskiej na odcinku 150 km w karawanie, o czym już wspominaliśmy.

Maryja idąc do Elżbiety, niesie miłość, gdyż pod swym sercem niesie już Jezusa. Jej łono jest już pierwszym tabernakulum świata, łonem, które wypełnia żywy Bóg. Spotkanie Maryi z Elżbietą to jednocześnie spotkanie Jezusa z Janem. To spotkanie czterech miłości, czyli czterech osób, wzajemnie bardzo pozytywnie do siebie ustosunkowanych, czterech osób, które nawzajem się potrzebują, aby dopełnić Bożego zamiaru.
Warto zauważyć, że nie tyle sama fizyczna posługa Maryi wobec Elżbiety, zasługuje tu pierwszą uwagę, ale to, jakie słowa padają przy tym bardzo radosnym spotkaniu kobiet w stanie błogosławionym. Bycie w ciąży winno być bowiem traktowane jako wymiar Bożej dobroci, kiedy to Stwórca zaprasza stworzenie do kreacji nowego życia, do przekazywania życia, do powoływania do istnienia kogoś nowego na ten piękny świat.

Jeśli kobieta ma właściwe podejście do daru swej płodności, jeśli cieszy się z tego, że jest kobietą, czyli zdolną do tego, aby zrodzić nowe życie w pięknie swej płodności, to każda ciąża, planowana lub nie, winna być dla niej czasem szczególnym, czasem kiedy coraz bardziej i coraz pełniej staje się kobietą, mnożąc swą miłość na kolejne potomstwo. Stan błogosławiony to nie jest powód do wstydu czy do chowania się przed światem, ale okazja do tego, aby pokazać, że w moim kobiecym ciele realizuje się Boży zamysł, Boża wola, wypowiedziana na początku stworzenia, o której czytamy na kartach księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ja sobie poddaną”.

Elżbieta spotykając się z Maryją mówi: „Skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie”. Słowa te sugerują, że Elżbieta napełniona Duchem Świętym ,umiała rozpoznać fakt, że ciąża Maryi jest dziełem Boga, że ta jej młoda kuzynka nie ucieka do Ain Karem, by schować przed mężem stan ciąży, ale właśnie aby służyć, aby przynieść dowód Bożej miłości poprzez posługę swych rąk. Maryja umiała „stracić” swój czas, swoje siły, aby pomóc Elżbiecie. Warto dodać, że to nie był to do końca czas stracony, wręcz przeciwnie, czas ten został wykorzystany na pomnożenie miłości wobec bliźniego w potrzebie. Podobnie jest wtedy, kiedy pielgrzym po powrocie na miejsce noclegu, pomaga bliźniemu rozbić namiot, przynieść wodę, przygotować posiłek czy przebić bąble. To nie jest czas stracony, ale czas najlepiej wykorzystany. Na co? Na posługę miłości.

Niechaj Maryja uczy nas iść do drugiego z miłością, z dobrym słowem, z chęcią pomocy, w tym wszystkim niosąc w sercu Boga przyjmowanego codziennie w Komunii Świętej. Nasze serce również może być tabernakulum Chrystusa, a wtedy, każde nasze spotkanie z drugim człowiekiem, ma szansę być powtórzeniem tamtego ewangelicznego wydarzenia – posługi miłości człowieka do człowieka. Po to bowiem Bóg stwarza człowieka i stawia go we wspólnocie z innymi, aby nie żył dla siebie, ale aby uczył się być darem dla bliźniego. Módlmy się dziś o to, abyśmy siebie i swoje talenty wykorzystywali dla dobra drugiego człowieka, a przez to lepiej rozumieli, że więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu.

Trudna górzysta droga, dzień 7

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Rodzina Bogiem silna

Skomentuj