banner

Miało być na krótko, wyszło 28 lat – wywiad z Wojciechem Kwiatkiem, cz. I

O wyborze – nauczyciel/ksiądz,  postawieniu na gitarę zamiast piłki, głębokiej wodzie która stała się sadzawką i kto na wszelkie uwagi odpowiadał zawsze: „Mnie ksiądz dziekan nic nie mówił”. O Bulwarach, starym Radzyniu i czasach, gdy granie na chórze i służba przy ołtarzu była zaszczytem. Z kościelnym i grabarzem Wojciechem Kwiatkiem rozmawiają Adam Świć, Jakub Hapka, Jakub Niewęgłowski i Przemysław Krupski.

J. H.: Na parterze I LO do dziś na jednej ze ścian wisi zdjęcie z przedstawienia z kimś bardzo do Ciebie podobnym. Pamiętasz jego tytuł?

Na tym zdjęciu jest mój brat.

J. H.: Legenda głosi, że to Ty.

Nie, to jest mój brat, artysta pierwszej kategorii, Marcin.

A. Ś.: Powiedz coś o nim

Wyjechał na emigrację do Oslo i jest mu tam bardzo dobrze. Z żoną i synami: Filipem, Kacprem i najmłodszym Samuelem tam się teraz realizuje.Chociaż wiadomo, jak to na emigracji,zawsze jest ciężko. Niech nam się nie wydaje,że to tak łatwo za chlebem pojechać i jakieś pieniądze zarabiać. Sama taka samotność polonii, gdzie się nie ma z kim pogadać codziennie po polsku,tylko z żoną i z dziećmi.Mnie by to przygnębiało.

Jeździmy do niego, odwiedzamy go z rodziną, on przyjeżdża tutaj. Ale życie na emigracji nie jest wcale proste. Jeżeli chodzi o Norwegię, to jest bogatym krajem i żyje się tam dostatnio pod względem socjalnym. Ale ja bym nikomu nie polecał. Choć mój brat mówi, że nie zamierza na razie wracać do Polski. Pracują tam razem z żoną w swoich zawodach. Dzieci świetnie mówią po norwesku, doskonale jeżdżą na nartach.

J. N.: A po polsku?

Po polsku mówią jeszcze lepiej (śmiech).

J. H.: Jesteś absolwentem naszego LO. Jak wspominasz tamten czas?

Fajnie było… Teraz patrzę po moich dzieciach. Dominika skończyła już liceum, Mikołaj dopiero zaczyna. Brakuje mi tego u nich, co mieliśmy my, liceum to był najlepszy czas mojego dzieciństwa – nie ma co ukrywać. Oni przez trzy lata nie mają kiedy się zgrać ze sobą. Ledwo weszli, już trzeba kończyć. Na jedną wycieczkę pojechali, na drugą im nie wyszło. Nie ma wspólnych meczów klasowych. Kiedyś się grało klasa na klasę, to było bardzo popularne za moich czasów – teraz tego nie ma.

Oni żyją w innym świecie. Może dlatego, że wszystko idzie teraz inaczej. My byliśmy wychowywani jeszcze bez komputera. Ja pierwszy komputer zobaczyłem w klasie maturalnej, pan Pastuszak nam pokazywał przed samymi wakacjami. Była  czarna klawiatura, w czarno-białym, zwykłym telewizorze. Gdzie na grundigu magnetofonie kasetowym – był nagrany program i odbijaliśmy piłeczkę o ścianę taka gra była. To był mój pierwszy kontakt z komputerem.

J. H.: A sam skład osobowy klasy? Wychowawcy, nauczyciele?

Pięciu chłopaków, reszta dziewczyny. Moim wychowawcą był pan Józef Korulczyk. To od razu kojarzy się z tym, że było organizowanych dużo różnych wyjazdów, np. zbieranie jabłek we Wrzosowie

My całą klasą lubiliśmy jeździć zbierać jabłka, nawet po lekcjach, tylko po to, żeby zarobić na następną wycieczkę, żeby była tańsza. To potwierdzi Adam, że co roku korzystaliśmy z wycieczek, nieraz jeździliśmy na te same, mimo że byliśmy w różnych klasach. A skład był fajny, do tej pory się spotykamy.

Jeśli są organizowane jakieś spotkania klasowe, to prawie cała klasa się pojawia. Może to jest tym spowodowane, że liceum trwało 4 lata i był czas na to, żeby się zaprzyjaźnić.

A.Ś.: I nie było smartfonów i internetu.

Tak, tak. I jak się jechało na wycieczkę autokarem, pociągiem, to nikt nie grzebał w telefonie, tylko się całkiem co innego robiło w tym pociągu. Śpiewało się piosenki… Jak sobie przypomnę wycieczkę do Gdańska(śmiech).

A.Ś: Ja też tam byłem.

Pamiętasz wycieczkę do Gdańska?

A. Ś.: W jednym przedziale Pestka, Szczur…

Adamowicz.

A.Ś.: Adamowicz… I nie wiem kto był czwarty. Grali w brydża. Pan Józef oczywiście oszukiwał, wygrywał wszystko (śmiech). To trzeba było zobaczyć.

Fajna wycieczka była. 5 chłopaków było w mojej klasie, do tej pory utrzymujemy kontakt. Ja, Wojtek Matuszewski…

A.Ś.: Ksiądz.

J.H:. Publikujemy jego relacje z Kazachstanu.

Stasiek Pajdosz, Radek Węcław… I jeszcze zapomniałem o Robercie Klinie

A.Ś.: Klin. Klasa sfeminizowana, ale bardzo fajna.

Tak. W gałę za to graliśmy za to dobrze. Zgrany był zespół.

J.H.: Co po liceum, po maturze?

Nie dostałem się na studia,a chciałem oczywiście studiować historię. Trzeba było coś robić, bo każdy wtedy uciekał od wojska,nikt nie chciał tam iść. Później się okazało, że w sumie byłem strasznie zadowolony, że w tym wojsku byłem.

A. Ś.: To jest historia na inny wywiad. Mam listy Kwiatka z wojska, znalazłem je…

Tak, bardzo śmieszne rzeczy. Teraz pozytywnie to oceniam. Zacząłem szkołę ekonomiczną, dwuletnią i skończyłem. Poszli tam moi koledzy – Robert Klin i Teresa Orkisiewicz. Potem wojsko się upomniało i trzeba było iść w kamasze na 2 lata.

A. Ś.: To był sam początek demokracji. Lata 88-89.

Udało mi się trafić do Zamościa. Mieliśmy takiego profesora od PO, pana Kazia Niewęgłowskiego. Kiedyś spotkał mnie i pyta:

-​ Co ty robisz teraz? (też jest z Bulwar)

Ja mówię: –​ No, idę do wojska

-​ Gdzie dostałeś?

– ​ Jeszcze nie wiem.

– ​ Tam będzie powoływał cię taki major Harasimiuk. Powołaj się na mnie, a będziesz miał lepsze wojsko.

I jak słowo daję, tak było.

A. Ś.: Byłem na przysiędze.

Najlepsze koleżanki i kolegów zaprosiłem na przysięgę.

A. Ś.: Hardkorowa impreza.

Adam jest moim najstarszym kolegą, którego pamiętam jak najdalej sięgam pamięcią – od piaskownicy. Zawsze się nasze historie splatały, nasze bloki były obok. Ta przysięga też była razem. No a potem, wiadomo, wróciłem do domu. Myślałem, że zacznę pracę w ZUS-ie, niestety brakowało etatu, kazali czekać.

A. Ś.: Jak to było z Twoją pracą – ona cię znalazła czy ty ją?

Pracę zaproponował mi nieżyjący już ksiądz proboszcz Chaber. Brakowało wtedy w parafii kościelnego, zgodziłem się, ale na krótko,bo myślałem,że wrócę do ZUS-u.I tak zostało do dziś, 28 lat.

A. Ś.: To nie było przypadkowe, że ks. Chaber zaproponował, bo Wojtek był od zawsze przy parafii.

Szczerze muszę powiedzieć, że zawsze myślałem, że będę albo nauczycielem, albo księdzem. Całe życie byłem albo w szkole, albo w kościele, więc albo to, albo to. A wyszło bardzo pośrednio – ksiądz- mechanik (śmiech).

J. H.: Czyli też byłeś w oazie, na pielgrzymkach?

Tak, trochę też pociągnęła mnie gitara, wiecie: chłopak z gitarą.. Każde wakacje to rekolekcje oazowe i pielgrzymka… Ach, te oazowe dziewczyny.. A reszta wolnego czasu – boisko do nogi na Bulwarach i mecze o 12-tej w południe…

A. Ś.: Od marca właściwie, nie tylko wakacje…

Powiem szczerze, że w wieku tak około 15 lat, jak nam się drogi podwórkowe rozchodziły, to nie wiem, czy nie zostałbym piłkarzem, tak jak kolega Adam, gdyby nie ta gitara…

Wtedy część chłopaków poszła do Orląt, a ja zostałem w kościele z gitarą-tak to się po prostu potoczyło. Mój brat Jacek pokazał pierwsze chwyty. Potem schola się zaczęła, postacie ciekawe… Pielgrzymki… Wciągnęło mnie i tak trwa do dzisiaj.

Nigdy nie przypuszczałem, że przetrwam z gitarą do tej pory. Stary człowiek już jestem, a jeszcze się param takimi rzeczami jak prowadzenie scholi…Ale muszę się przyznać, że sprawia mi to frajdę i daje dużo satysfakcji.

J. H.: Czy w przypadku Twojej pracy, jej początków można mówić o przyuczaniu się do zawodu u boku kogoś doświadczonego? Czy było to takie rzucenie na głęboką wodę?

To była głęboka woda. Tylko, że dla ministranta z dużym stażem,dla lektora,to taka głęboka woda okazuje się za miesiąc czasu zwykłą sadzawką.Trudno było na pewno jeśli chodzi o sprawy cmentarza, o grabarza. To są takie rzeczy, których trzeba się uczyć kilka lat. Nabiera się doświadczenia jak w każdym rzemiośle, rymarstwie czy gastronomii…

A. Ś.: Zresztą stary cmentarz ma też swoje wymagania, to zupełnie inny świat niż ten nowy.

Tak, tam jest dużo grobów, dużo grobów starych, które trzeba rozkopywać. Jest tam ponad 5. 500 grobów. Licząc, że w każdym pomniku pochowano 4-5 osób…

A. Ś.: Średnio 3-4

…wychodzi,że leży tam drugi Radzyń. Na takim małym skrawku ziemi. Więc nie jest to sprawa taka oczywista i łatwa. Szczególnie,jeśli chodzi o przygotowanie grobu do pochówku, kopanie grobu. Tę całą ziemię,którą się wykopuje,trzeba komuś na drugi grób wysypać, traktując to miejsce w tym momencie jak plac budowy, inaczej się tego zrobić nie da. Rozkłada się plandekę i wysypuje dwie furmanki ziemi na czyjś grób. Potem trzeba to starannie sprzątnąć, bo ktoś może nie zrozumieć tego, że inaczej się tego nie dało zrobić. A dla każdego ten skrawek ziemi około dwóch metrów kwadratowych jest najważniejszy w życiu. Trzeba umieć to uszanować, to nie jest takie proste. Na nowych cmentarzach jest łatwiej, bo są wszędzie alejki, cudzego grobu się nie narusza

J. H.: Jak wygląda dzień kościelnego?

Każdy dzień zaczyna się tak samo – pobudka 5:15, poranna toaleta i przed 6:00 otwieram kościół, bo już na mnie czekają panie z Bulwar.

A. Ś.: Bardzo religijne osiedle.

W dni powszednie z rana są dwie msze. Potem zamykamy gdzieś koło 8.00 i wtedy zaczyna się taki dzień troszeczkę luźniejszy. Jeśli są pogrzeby,to trzeba przygotować groby. Jeśli tego nie ma, to trzeba pościągać pajęczyny w kościele. Jak pajęczyny są pościągane, to trzeba otwierać krypty. Jak są już otwarte, to trzeba je pozamykać.

Jak trawa urosła, to trzeba ją wykosić. Jak jest jesień, to trzeba liście ganiać, do worków pakować. Jak jest zima, to trzeba odśnieżać w koło kościół. O 18:00 jest msza wieczorowa

A. Ś.: Jaka jest średnia pochówków?

W roku jest do stu. Pochówki są różne – do jednego trzeba się przyłożyć trzy godziny, a do innego trzeba poświęcić półtora dnia. To też jest bardzo zróżnicowane.

J. H.: A niedziela?

Zaczyna się tak samo – zawsze 5:15. Potem jest siedem mszy z rzędu. W czasie jednej mszy o 8:30 po rozpoczęciu, lecę na śniadanie do domu. Z pół godziny mam na to, żeby przyjść do domu i zjeść. Tutaj swój udział ma żona – zawsze jest śniadanie przygotowane, stół nakryty. Ja wejdę, zjem szybko i do pracy z powrotem.

Suma się kończy o godz. 13:00, mam godzinę na obiad. Lecę do domu zjadam szybko obiad i o 14:00 już zaczynam próbę z dziećmi, ze scholą. O 15.00 śpiewamy na chórze. Ostatnia msza o 17.00 w niedzielę. Jak jest kościół mocno zdeptany i brudny, to trzeba jeszcze umyć podłogę, żeby następnego dnia był czyściutki.

P. K.: Mówisz –  28 lat. Ile miałeś niedziel swoich, wyjazdowych? Choroby, nie choroby…

Nie byłem ani razu na zwolnieniu lekarskim przez 28 lat.

A. Ś.: Jak Wojtek wyjeżdża, to jest zastępca.

Jeśli ja biorę urlop, to jest kilku takich ministrantów albo lektorów, którzy potrafią ogarnąć to, co ja robię w kościele. Ale oni dorastają, idą na studia i trzeba szkolić kolejnych. Teraz ten, który mnie zastępuje – Czarek Jędruszczak, będzie kończył studia i rozmawialiśmy, że trzeba będzie kogoś innego przeszkolić, żeby mógł mnie zastąpić.

A. Ś.: Mikołaja już wdrażać.

Ale mój syn ze mną jeździ wszędzie na wakacje. Dawno bym go nauczył, ale to by bez sensu było. Zdarzają się jednak sprawy losowe. Różnych miałem proboszczów, było ich kilku,jeden na przykład rozumiał,że musiałem wyjechać w zwykły dzień do Lublina po coś, a drugi uważał, że to jest niepoważne z mojej strony.

P. K.: W pewien sposób Ty przez te lata stałeś się instytucją samą w sobie. Na zasadzie – może w kościele nie być księdza, może być organista chory i śpiewa kto inny – ale że nie ma Kwiatka?

A. Ś.: To jest koniec

Nie ma ludzi niezastąpionych… A propos proboszcza, to gdybym miał takiego jak teraz aż do swojej emerytury, to Bogu niech będą dzięki. Trafił się taki chłop, wyrozumiały na wszystko.Wie, że jest rodzina i zwierzyniec. Można chorować, można mieć urlop,wszystko tak,jak trzeba. Normalna praca.

A. Ś.: Każdy ma pierwsze 15-20 lat zapału, a później  już się wkrada rutyna i zmęczenie. Jak się od niej ustrzec od w kościele czy w pracy na cmentarzu? Czy jesteś  w stanie przeżywać święta czy pogrzeb, czy tak po prostu idzie robota jak na suwnicy?

Zadam pytanie – czy tobie Adam jest trudno teraz wyjść na scenę i a vista zapowiedzieć zespół? Musisz się do tego przygotować? Nie musisz, prawda? To samo i ja.

Jest rutyna. Zacznę od pogrzebu. Widzę, że stoi rodzina za trumną i płacze – widzę ich smutek. Ale gdybym chciał razem z nimi płakać i miał 28 lat płakać nad tymi pogrzebami, to wiecie, co to by wyszło?

Zawsze mnie wzruszają pogrzeby dzieci – płacz rodziców, ich rozpacz. Nie będę mówił nazwiskami. Ale miałem takie pogrzeby, gdzie widziałem, jak ojciec płakał nad trumną dziecka. Sam jestem ojcem, i choćbym nie wiem, jak się patrzył w inną stronę, to łzy leciały same. Ale też nie będzie tak, że będę się nad każdym pogrzebem rozczulał, bo by mi serce pękło.

Od pogrzebów wolę śluby. Wtedy też zdarzają się takie sytuacje, które są jak brane z „Ukrytej kamery”. Naprawdę – gdyby ktoś to nagrywał… przekomiczne rzeczy

J. H .: Byłeś świadkiem wielu scen, historii, wydarzeń, które wywołują uśmiech.

Państwo młodzi podchodzą do całej ceremonii zaślubin. Składają sobie przyrzeczenia, wychodzą zza klęczników. Podchodzą dwa schodki wyżej. Dywan jest rozwinięty. Panna młoda ma oczywiście długie rękawiczki, więc je ściąga – trzeba obrączkę założyć, rękawiczki kładzie na balustradzie. Ceremonia trwa.

Do mszy służy brat panny młodej, był wtedy lektorem, nota bene też z Bulwar. Wszystko idzie jak trzeba – panna młoda schodzi już ze schodków, ale zostawiła te rękawiczki. Brat chciał być fajny i odnieść je siostrze. Tak to robił szybko, że się poślizgnął na schodach. Jak strzelił salto do góry! Pokazał nogi – zelówki widziały sufit! Że tego nikt wtedy nie nakręcił, do tej pory żałuję…

J. N.: Który moment pracy przynosi Ci najwięcej satysfakcji?

Jak ktoś przyjdzie i dziękuje za coś osobiście.

A. Ś.: My z Wojtkiem pamiętamy śp. Andrzeja Trwogę –  mistrza zawodu, mistrza mistrzów. Kiedy już przed mszą w komeżkach rozmawialiśmy za głośno, on  nic nie mówił. Tylko cię brał, wyprowadzał na środek zakrystii i tam była tabliczka: Pan blisko – zachowaj milczenie.

Do tej pory jest.

A. Ś.: I pan Andrzej pytał: Co tu pisze? No i już wiedziałeś, co tu pisze.

Miałeś miękko w gaciach wtedy. A jak ktoś mu podpadł, nie posłuchał tego, to nie pozwalał służyć. Wyprowadzał go na środek kościoła przed mszą, kazał zdejmować  komżę i mówił: ​ Idź do domu.

A. Ś.: To był dobry człowiek.

Mistrz ceremonii. Do tej pory każdy dobrze go wspomina. Jesteśmy z Adamem po jego szkole. To, co ja prezentuję w zakrystii to jest wypisz, wymaluj Andrzej Trwoga – spytajcie ministrantów. Trwoga miał taką zasadę, że jak coś mu się mówiło:

-​ Panie Andrzeju, tu trzeba coś tam przynieść.

-Mnie ksiądz dziekan nic nie mówił.

Jak było kiedyś wystawienie Najświętszego Sakramentu, to się paliło sześć świec po każdej stronie tabernakulum.I on przychodził i zapalał,bo żaden z nas by tego nie potrafił. Miał taki kij z knotkiem, woskiem owinięty, żeby się szybko nie rozpalał, i robił to tak raz, dwa, trzy, szybciutko. Błyskawica był. Jak jakiś guru w tym momencie. Wszystko wiedział, wszystko umiał, a myśmy młode chłopaczki się patrzyli. I on miał wtedy najwięcej do powiedzenia w zakrystii. Mieszkał z całą rodziną w budynku parafialnym. Na początku mojej pracy też korzystałem z mieszkania przy parafii.

A. Ś.: To już wtedy Weronika była mała.

Tak, wtedy było fajnie. Tak mi się wydaje, że kościelny z organistą powinni mieszkać przy kościele, przy parafii.

J. N.: Obserwując religijne życie Polaków od lat, masz w związku z tym na pewno jakieś refleksje…

Zawsze wzmożenie religijności Polaków następuje przy jakimś ważnym wydarzeniu, na przykład śmierć papieża, to było nasilenie naprawdę na maksa. Drugie takie zauważyłem po katastrofie smoleńskiej. Potem emocje opadają…

A. Ś.: Może trochę się wcielę w Wojtka, bo jesteśmy z jednego pokolenia i z jednego osiedla, jednej parafii. Ruch Światło- Życie za naszej młodości to było coś nieprawdopodobnego. To była rzecz, która angażowała przede wszystkim młodzież. W jej głównej masie, można powiedzieć. Przecież wtedy przy kościele byli prawie wszyscy, nawet tacy, co tak średnio wyznawali wiarę. Ale Ruch Światło Życie był potęgą. Za czasów ks. Józefa Rącza i Jana Cepa…

I Henryka Ocha.

A. Ś: Tak. To było trendy należeć do Ruchu Światło Życie. Dzisiaj się to absolutnie zmieniło – jakoś tam szczątkowo jest Oaza, Kościół Domowy. Ale za naszych czasów to salki katechetyczne były non stop okupowane.

J. N.: Czy wynikało to z oporu przeciw komunizmowi?

A. Ś.: Tak, trochę tak. Był to zaznaczenie swojej opozycyjności, ale to nie było najważniejsze. Tak naprawdę najważniejsza była religijność. I to, że nie było innej oferty. Dzisiaj to wygląda troszkę inaczej. W parafii jest dużo małych ruchów.

W dzisiejszych czasach młodzież i dzieci mają inne alternatywy i dokonują innych wyborów niż my kiedyś. Kościół trochę stracił na atrakcyjności wobec smartfonów, internetu, Facebooka.

A. Ś.: Ale dawniej bycie blisko kościoła było trendy.

Być w oazie wtedy, służyć do Mszy, zdobywać jakieś tam stopnie… U nas to były wtedy tzw. krzyże lektorskie. Był brązowy, czerwony, dla tego, kto był bardziej wtajemniczony i więcej potrafił…

A. Ś.: Czerwony to dostał tylko Jacek Reszke i Tomek Karpowicz

Jeszcze Leszek Bogutyn, potem Jacek Golbiak. Może jeszcze Marek Paszkowski… Było kilka tych czerwonych krzyży, ale można je było policzyć na palcach jednej ręki.

Ale ceremoniarzem musiał być ktoś kto znał się dobrze na liturgii. Tak, jak jest zresztą teraz. Przychodzą święta Wielkiej Nocy i Triduum Paschalne – trzeba wszystko przygotować, żeby to dobrze liturgicznie wyglądało, odbywają się próby. I niewielu jest takich lektorów w mojej parafii, którzy potrafią to przygotować. Tak samo było kiedyś, tylko się o tym nie mówiło. Podobnie służba muzyczna, kiedyś w scholi być, śpiewać, grać, to było tak, jak by wystąpić w Sopocie…

A. Ś.: To prawda. Czesław Jaszcz dbał o to, żeby na pasterkę albę włożyć, ktoś go przemycał  i był przy ołtarzu. Dla jaj, ale tak było.

II cz. wywiadu – w przyszły poniedziałek

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Ewangelia w czasach smartfonów – sztuka „Posłaniec Boży”

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Szkolenie w radzyńskiej komendzie straży