banner

Bartek Janowski o swoich mundialach

Nasz ekspert z Mazowsza, który specjalnie dla Was będzie przewidywał losy grupy z Francją, Peru, Danią i Austrią przypomina oglądane mistrzostwa świata. Za tydzień – Michał Musiatowicz.

Do World Cup 94 mam największy sentyment, mimo, że pamiętam z tych mistrzostw najmniej. To oczywiście ze względu na fenomenalną grę Roberto Baggio, który wprowadził Italię do finału niemal w pojedynkę. Jego spudłowany karny z tego meczu to moje pierwsze „piłkarskie” łzy. Co poza tym? Szok po wyrzuceniu Maradony – jako dziewięciolatek nie rozumiałem, co to doping. Piękna historia Bułgarii i Rumunii – oni się już takich piłkarzy mogą nie doczekać.

Dużą część Mundialu 98 spędziliśmy w Lublinie („czuby na Czubach”). W dzień boisko, wieczorem mecze w tv – „pamiętniki z wakacji”. Ten turniej pamiętam już szczegółowo, prowadziłem poświęcony mu zeszyt. Piękny, być może najlepszy mundialowy w moim życiu, mecz Argentyny z Anglią w 1/8, który pamięta się ze względu na czerwoną kartkę Beckhama, ale ja zapamiętałem niezwykłą intensywność i ogromne emocje. No i tajemnica finału – chociaż po latach myślę, że Francja, która „urosła” w półfinałowym meczu z Chorwacją, ograłaby Brazylię nawet z Ronaldo w pełni sił.

W tamtym czasie obecność reprezentacji Polski w MŚ jawiła mi się jako coś abstrakcyjnego, co dużo mówi o ówczesnym stanie naszej piłki. A jednak pojechaliśmy do Korei i Japonii. Byłem małolatem, ale pamiętam, że nie dałem się ponieść ogólnonarodowemu przekonaniu, że jedziemy po medal. Myślałem sobie – wyjdźmy z grupy, to już coś. Ale z drugiej strony, tak złego występu też nie brałem pod uwagę… Pamiętam male wydarzenia – czerwona kartka dla siedzącego na ławce Caniggii, niezwykły gol z wolnego Ronaldinho; pamiętam też „większe rzeczy” – piękna, nawiązująca do Kamerunu z 1990 roku, przygoda Senegalu, dwóch sensacyjnych półfinalistów (choć obecność tam gospodarzy to skandal), no i Niemcy – niby w kryzysie, a po cichu doszli do finału, w którym Brazylia jednak nie pozostawiła im złudzeń. To pierwszy z czterech mundiali, w których najlepszym polskim piłkarzem był Miroslav Klose…

Do Niemiec też pojechaliśmy. Myślałem – nie będzie tak źle jak cztery lata temu! Było… Na pocieszenie dostałem złoto Włochów, mojej „drugiej” drużyny. To był świetny turniej, pierwszy od 1982 z europejskim składem półfinałów. A przecież miała wygrać Brazylia, albo Argentyna, ponoć mocne jak „nigdy dotąd”. Pięknie żegnał się z futbolem Zinedine Zidane, aż do finału… Świat mu współczuł, mimo, że to on walnął Materazziego, a nie odwrotnie. Też współczułem.

W 2010 roku po tytuł do RPA jechała Hiszpania. Zdobyła go, co nie znaczy, że turniej był nudny. Mały kroczek dzielił Afrykę od strefy medalowej; zapewne Luis Suarez nie przypuszczał, że zostanie bohaterem narodowym po obejrzeniu czerwonej kartki. Wobec kiepskiej postawy Brazylii i Argentyny, z wieloletniego letargu obudził się Urugwaj, na którego grę patrzyło się z przyjemnością. Niemcy jak zwykle wysoko, i jak zwykle trafił się ktoś lepszy. Ale co się odwlecze…

Mistrzostwa w Brazylii mnie zawiodły. Faza pucharowa to kunktatorstwo, minimalizm, po prostu nuda. Nie kalkulowali Niemcy i wygrali turniej. W jakimś stopniu też nie kalkulowali gospodarze, ale w półfinale ich słabość została brutalnie obnażona. Doczłapała się do finału Argentyna i kibicowałem jej w tym meczu z całych sił, ale bądźmy szczerzy – na złoto nie zasłużyła.

Zapamiętam ruch Van Gaala ze zmianą bramkarza przed serią jedenastek, no i rekord Miro Klose. Co tu dużo mówić – nie załapałby się do listy dwudziestu według mnie najlepszych napastników, ale co z tego? Strzelał w najważniejszych momentach i jego miejsce w historii jest niepodważalne.

Rodowód

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Przybyło emerytów

Skomentuj