banner

Dawno temu nad rzeką Białą, cz. 28

– Taki to nasz ten Dzyńdzyń… Dziura dechami zabita…- Adalbert Kuna ze smutkiem kiwał głową. Siedzący z nim przy stole Śmok czynił to samo. Jakiś smutek wdarł się pomiędzy interlokutorów i nawet nie chciało im się piwem go rozpędzać, jak to zwykli czynić.

To nie Dzyńdzyń dziura, jeno ludzie prowincyjonalne, jak i my sami zresztą. I człek tąże prowincyją przesiąka jak gnojówką – Śmok nawet nie próbował poprawiać nastroju. – Ot, popatrz choćby na moje pisanie: czynię to po to, żeby gawiedzi radość sprawić, ale też po trosze dlatego, żeby dla potomności mały ślad zostawić, czym Dzyńdzyń żyje za naszych czasów. A tu co? Niewdzięczność jeno. Napadywują mnie, żem niesprawiedliwy, że poniektórych ganię a poniektórych jeno wychwalam pod niebiosa…A są i tacy, co to nie życzą sobie, by w ogóle o nich pisać?
– A któż to? – spytał Kuna.
– Aaa, nie ważne…A może i ważne. A bo to człek wie, co tam ważne a co nie ważne…Ot, choćby Hanka Maciejowa, Jaśko Brocha czy, drzewiej jeszcze, kiedy błogosławionej pamięci Fiodor wił tę opowieść, Vacek Muskat.
– Toż oni akurat w tej historyi, że tak się wyrażę, jeno epizodyczne role grają…Co innego Wit, Sromota, Sława, Kciuk, Chycbor czy Kusza. O, ci to by się mogli obrażać! – zakrzyknął Adalbert.
– Ci akurat milczą. Może mają mnie w rzyci, a może oni po prostu i ze siebie śmiać się potrafią?
– Wit to pewnikiem tak, Kciuk takoż, Chycbor i Sława – może, ale reszty o to bym nie podejrzewał – wątpił Kuna. – Mówią też, że rycerz Rębajło ma u mnie specyjalne względy – rzekł Śmok. Że o nim tylko dobrze albo wcale, jak o zmarłym.
– No, tu to masz przyjacielu problem. Toż Rębajło mężny jak Zawisza Czarny, prawy jak Roland, piękny jak Zorro i święty jak święty Walenty. A teraz, kiedy jeszcze do Rady Monarszej wstąpił, to i władzę ma. O, tu to masz problem – Kuna był wyraźnie zmartwiony.
– Ludziom nie dogodzisz…- westchnął Śmok. A przecie to tylko literatura piękna. Chcesz – czytaj, nie chcesz – nie czytaj.

Śmok wlepił wzrok w płonącą świecę. Tkwił tak nieruchomo ze dwa pacierze, po czym wstał i podreptał do piwnicy po garniec trunku. Adalbert Kuna uśmiechnął się półgębkiem, po raz pierwszy tego dnia. A może to był jeno drgający na jego uściech poblask świecy…

 

 

À propos

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Bezpłatne szkolenia i staże zawodowe

Skomentuj