O rutynie nie ma mowy - wywiad z wójtem gminy Wohyń, cz. II - RadzyńINFORadzyńINFO
banner

O rutynie nie ma mowy – wywiad z wójtem gminy Wohyń, cz. II

O byciu w środku, wodociągach, zarzutach budowy lotniska na rynku, 100 kilometrach, wymierzaniu sprawiedliwości „od ręki” . O szoku, jaki może wywołać kobieta za biurkiem i tureckim kazaniu – z  Wójtem Gminy Wohyń, zdobywcą „Niedźwiadka” w kategorii najlepszy samorządowiec  podczas sobotniej Gali RaSIL-  rozmawiają Józef Korulczyk i Jakub Hapka.

J. K.: Co z perspektywy czasu można było zrobić lepiej lub inaczej?

To nie ja powinienem oceniać, bo każdy stara się swoją robotę ocenić na plus. Nie zrobiliśmy żadnej inwestycji, która by była gdzieś zrobiona i sobie została. Wszystkie są wykorzystywane i  potrzebne. Może trochę z drogami można było inaczej podchodzić. Był taki nacisk „róbcie drogi”, że głowa mała. Nawet kosztem jakości, bo pieniędzy za dużo nie było. Teraz pod koniec już  udaje nam się  pozyskać więcej pieniędzy i skąd je można ewentualnie pozyskać. Zawsze tacy starsi jeszcze ode mnie ludzie mówili takie przysłowie, że: „Nie leć za bardzo do przodu –  dogonisz biedę. Nie zostawaj z tyłu, bo bieda  – ciebie. Bądź tak w środku”.

Inwestowaliśmy mocno. Staraliśmy się  nawet kosztem pewnych wyrzeczeń i teraz mamy na przykład problem z drogami. Był ten program schetynówka, teraz on się inaczej nazywa. Ale jak my mamy takie drogi gminne, na które byłyby jakieś punkty, dawno zrobione! A te drogi, które nie mamy zrobione to tak, jak ja to mówię obrazowo, w ziemniakach się zaczyna, a kończy w lesie. Po drodze są 3 zabudowania i tam żadnego punktu za to się nie da dostać. I problem jest, że musimy znowu z własnych pieniędzy.

Podobna sytuacja była np. z oczyszczalniami przydomowymi. Składaliśmy wniosek po raz drugi, jeszcze było trochę chętnych. Ale  zabrakło nam punktów, bo tak: macie skanalizowane dużo, macie wszystko zwodociągowane  – nie ma za co punktów dostać. I znowu źle. A te gminy które troszkę zostały, to np. wodociągowanie teraz bez problemu –  są pieniądze na wodociągi i kto złożył wniosek, ten dostaje. A  wtedy biliśmy się o wodociągi i nawet kosztem własnych pieniędzy, ale żeby zrobić. Przykro było patrzeć, jak hodowcy ze stadami po 30-40 krów jeździli do rzeki w zimową porę wodę brać, żeby napoić bydło. Priorytetem było robić wodociągi, nawet kosztem dróg.

Może trzeba było bardziej równolegle, żeby teraz wodociągi zrobić. Ale mądry Polak po szkodzie. Nic, co było zrobione, nie marnuje się, czy jest niewykorzystywane. Szkoły odremontowaliśmy na tyle, na ile było potrzeba. Co będzie z nimi – trudno powiedzieć.

Może bardziej równolegle trzeba było robić, ale nie było środków, nie było jak tego ugryźć. Na wszystko, co zrobiliśmy, to zawsze były pozyskiwane środki zewnętrzne.  Raz więcej, raz mniej – różnie. Budowa tego boiska, stadionu, łącznika, hali – na wszystko udało się pozyskiwać jakieś pieniądze. Oczyszczalnię za 5 mln udało nam się wybudować praktycznie za 1 mln, bo odzyskaliśmy VAT, otrzymaliśmy dofinansowanie i w sumie naszych pieniędzy było milion złotych. A oczyszczalnia nowoczesna, dobrze działa, nie ma problemu.

 Może za mało jakichś rozrywkowych imprez,  spotkań? Chociaż te spotkania integracyjne teraz przybierają na sile, może nawet aż za bardzo, jest  fundusz sołecki.

J.K. : Jak układa się Pańska współpraca z sołtysami?

Z sołtysami nie mam problemów. Jakoś tak się składa, że zawsze jest dobrze. Nie było jakichś zatargów wprost z żadnym sołtysem. Czasem t mamy różne zdania – wiadomo, sołtys jest człowiekiem, wójt też czasem bywa człowiekiem i mogą nerwy trochę ponieść. Ale generalnie to w 99%  dosyć dobrze się dogadujemy. W tej chwili mamy nawet tak, że zachowany jest parytet. Sołtysek i sołtysów mamy prawie pół na pół. Z paniami także da się dogadać.

Jak jest sołtys rozsądny i ma rzeczowe propozycje co do swego sołectwa, swojej wioski, to jest to pomocne dla wójta. Co roku robię regularnie spotkania z mieszkańcami w każdym sołectwie, także mniej więcej wiemy, co tam w trawie piszczy. Czasem czegoś można nie zauważyć. Sołtys jest blisko i na co dzień może rozmawiać z mieszkańcami, także zna  jeszcze bardziej. Na razie nie trafił nam się żaden sołtys, z którym byłyby jakieś większe problemy. Czasem jedni są bardziej aktywni, drudzy mniej, ale to już normalnie tak jak w życiu.  Nie narzekam na współpracę, jestem wręcz zadowolony, że  mamy takich sołtysów.

J.K.: Gmina pozyskuje wiele środków z zewnątrz. Jak to robicie?

Przede wszystkim staramy się pilnować, co gdzie się pokazuje-  co by nam było przydatne, potrzebne. Czasem nawet troszkę zmieniamy kolejność priorytetów, które zostały ustalone. Jak się pojawia dotacja –  może to nie najpilniejsze – ale choćby przykład ryneczku. Wtedy ten rynek nie był najpilniejszy, były zarzuty, że wójt lotnisko robi. Ileż to było problemów! A po co, a po co taką mocną podbudowę robią?  Ale pojawiły się na to pieniądze,  na to można było wziąć. Powiedziałem – panowie, a jak się na to więcej nie pojawią, to co? To odłóżmy może coś, nawet co może byłoby pilniejsze, a róbmy to, dopóki są pieniądze.

Wnioski generalnie piszemy sami. Jeżeli są to wnioski duże, trudne, to czasem posiłkujemy się do sprawdzenia wniosku do firmy, która się na tym lepiej zna. Mamy kilku pracowników, którzy potrafią pisać wnioski, ale człowiek swoich błędów czasem nie widzi. Także lepiej kogoś czasem poprosić. Oczywiście, są  koszty, ale nieduże w stosunku do wartości projektu, to są promile. Nie ukrywam, że czasem prosimy o pomoc, żeby ktoś przejrzał projekt, ocenił, sprawdził, jak to zrobiliśmy, czy nie ma tam błędów. W ten sposób robimy i myślę, że źle na tym nie wychodzimy.

Inwestycje za 50-100 tys. złotych to robimy za swoje, finansowo nieźle stoimy. Nie mamy w tej chwili gorsza zadłużenia.

J.K. : Jako jedyna gmina w powiecie

Pojawiła się sprawa w starej części Zespole Szkół, gdzie były te małe płytki pcv na korytarzu –  z PFRON-u, może antypoślizgowe –  jakieś pieniążki na to by były.

Pytam starosty:

-Prawda?

-Prawda

To składamy wniosek

Dobrze – dostaniecie  30 tys., a 40 trzeba dołożyć.

Jaki problem, jak rok się kończy? Nie ma problemu. U nas 40, 50 tys. w budżecie to jak trzeba, zawsze pieniążki są. Nawet jak robiliśmy jeszcze wodociągi czy kanalizację, to firmy już wiedziały, że do Gminy Wohyń warto przyjść, bo jest płatność. Także bierze materiały, nie bierze pożyczki, my mu płacimy, on może zejść z ceny, bo mówi: Ja nie muszę brać na to kredytu . I on korzysta, i my korzystamy – taniej zrobione.

J.K.: Czy stoi obecnie przed Gminą Wohyń jakiś cel, zadanie priorytetowe?

Oświata jest priorytetem i trzeba się jej bacznie przyglądać, co będzie. Natomiast jeżeli chodzi o takie bardziej materialne rzeczy, to dokończenie Gminnego Centrum Kultury, dalej drogi. Wspólnie przez ten czas, kiedy skończyliśmy wodociągowanie, wspólnie ze starostwem –  dokładaliśmy do dróg powiatowych 50 %,, a były takie czasy że my daliśmy 1 300 000 zł, a starosta tylko 200 000 zł. Udało nam się zrobić już ok. 75 km wspólnego asfaltu. Dużo więcej na drogach gminnych, ale też i sporo na powiatowych.

Teraz już nie ma takiego krzyku, kłótni, że u mnie najpierw – już tak w miarę spokojnie planujemy, że w tym roku jeszcze zrobimy za 1,5 mln  zł. Utwardzanie dróg asfaltem podrożało piekielnie – prawie 100%. Kiedyś było taniej, dzisiaj jest naprawdę drogo. Ale na ten rok znowu przewidzieliśmy sporo pieniążków na drogi. Proponuję staroście, żeby było 50/50%.

J.K.: Dla powiatu to dobra inwestycja, gmina się angażuje, a potem z kolei ma drogi w lepszym stanie.

My z kolei wiemy, że część dróg są to drogi powiatowe, czyli jakoś tam są przelotowe skądś dokądś. Ale najwięcej po tych drogach jeżdżą mieszkańcy gmin. Nam też zależy na tym, żeby ta droga była w miarę przyzwoita.

Środków na drogi nawet w programach unijnych moim zdaniem było stanowczo za mało. Czy to tak“ Bruksela“ z góry zakładała, czy tu ktoś kto od nas wnioski składał –  Urząd Marszałkowski czy nawet ministerstwo. Lepiej by było, gdyby pieniędzy na drogi było więcej. A tak to ponieważ mało pieniędzy to i czasami gorsze wykonanie.

Jak ktoś mówił u nas na sesji – jakie pieniądze, takie drogi. Gdyby dołożyć z milion złotych do kilometra, to droga byłaby luksusowa. A co z pozostałymi 9 kilometrami, gdzie też mieszkają ludzie? Tak się troszkę dzieli te pieniądze i ta jakość może nie jest za wysoka. Co roku gdzieś te 7 – 9 kilometrów się robi. Wspólnie, część własnymi środkami – robimy też dużo gminnych. Utwardzamy najpierw przez rok czy dwa tłuczniem, a potem dosypujemy, wyrównujemy i kładziemy dywanik asfaltowy. Już to trochę działa i jest względny spokój z drogami.

J. H.: Gmina Wohyń pozyskała 1,5 miliona zł z Urzędu Marszałkowskiego na Gminne Centrum Kultury.

Tak,  700 tys. zł własnych, w sumie 2,2 mln  kosztuje to Gminne Centrum Kultury, które w tej chwili jest przebudowywane. Kosztorys prawie  zrównał się z przetargiem.

J. H: Przebudowujecie dawne WDT na Gminne Centrum Kultury. Słyszy się wiele głosów od mieszkańców, że jest to trafiony pomysł. Czy prowadzona inwestycja odpowiada na lokalne potrzeby i jaka idea za nią stoi? 

Myślę, że tak. Chociaż jestem też świadomy tego, że przeróbka czegoś starego jest zawsze gorsza niż budowa nowego obiektu. Ale mój poprzednik, pan wójt Rzeźniczuk, przejął kiedyś od GS-u ten budynek za zaległy podatek. To jest budynek duży, ale  był  projektowany i budowany w innym celu. Budowany był też jak to kiedyś – mieli trochę cegieł, to trochę z cegły; mieli trochę betonu komórkowego,  to z tego zbudowali. Na szczęście ściany zewnętrzne i stropy są solidne,  można to przebudować.

Myślę, że mieszkańcy długo na to czekali, ale to też taka moja filozofia, którą udało się utrzymać z radnymi –  najpierw budujemy to, z czego będziemy mieli większą korzyść, czyli oświata, drogi, wodociągi.

Może tu był mój błąd, że równolegle trzeba było jeszcze bardziej wesprzeć kulturę. Są pomieszczenia,  gdzie będzie się  spotykała młodzież, koła zainteresowań, może jakiś aerobik dla pań, dla zainteresowanych. W piwnicy mieliśmy tam kiedyś  siłownię. Teraz mamy to na świeżym powietrzu, ale może być pod dachem.

Zespoły śpiewacze, koła gospodyń, kółka zainteresowań, miejsce  na jakieś spotkania z człowiekiem, z którym warto się spotkać, zebrania. Będą to już tylko na to przeznaczone pomieszczenia. Budynek będzie ogrzewany gazem, czyli automatycznie. Na pewno będzie zatrudniony pracownik, który będzie się tym zajmował profesjonalnie. Nie tylko gmina będzie musiała organizować różne rzeczy, bo to nam sprawia trochę problemów. Głównie sekretarz się tym zajmuje, ale zdejmie się  z niego te obowiązki. Mieszkańcy czekają troszkę z utęsknieniem.

Chociaż z drugiej strony wiem, że nie jest to prosta spawa, żeby takie rzeczy utrzymywać i żeby coś się działo. To wymaga środków i nakładów, znalezienia odpowiedniego człowieka, który by się tym zajmował. Mamy nadzieję, że takiego uda się pozyskać. Zrobiliśmy dużo mniejsze, młodzieżowe centrum kultury w Suchowoli –  udało się. Tamta młodzież i te dzieci głównie z tych bloków przy szpitalu to prawie że by i na nocleg zostawały. Pracownica musi je, brzydko mówiąc, trochę „wypędzać”. Nie ma tam może nie wiadomo jakich atrakcji, ale ponieważ prowadząca „dziewczyna“ potrafi je zająć, zainteresować grami , można korzystać z komputera, obejrzeć program telewizyjny to dzieci i młodzież chętnie przychodzą.

Przede wszystkim mieszkańcy – jest jakieś zebranie czy strażackie czy wiejskie, czy w jakiejś konkretnej sprawie,  jest pomieszczenie dla biblioteki gminnej. Tam też jest ogrzewanie gazowe, gaz ze zbiornika. W granicach 9 tys. zł kosztuje nas samo ogrzewanie.

Tutaj myślę, że skoro budynek większy, będzie więcej. Gaz z sieci,  przy samym budynku praktycznie  jest przyłącze,  które będzie zrobione w ramach przebudowy. Będzie to zakończenie mojego pobytu na terenie gminy. Będzie osoba, która będzie tym zarządzała, myślę, że uda się to zorganizować całkiem  przyzwoicie.

J. H.: Kiedy planujecie otwarcie?

We wrześniu. Ale wykonawca wyprzedza harmonogram i może być nieco wcześniej, zależy od pogody. Rzeczywiście pracują solidnie, skoro pogoda pozwala. Zimy praktycznie nie ma. Wbudowali stolarkę, mogą wewnątrz pracować nawet przy niewielkich przymrozkach. Robią  w tej chwil instalacje, tynki. Na wiosnę zostanie im elewacja, dach. Terminu dotrzymają, może z wyprzedzeniem. Chcemy to otworzyć gdzieś w połowie lata.

Mamy tu jeszcze jeden budynek, na który złożony jest wniosek o dofinansowanie. Jest to budynek po milicji, który udało się nam pozyskać.  Wojewoda chciał dać, nie chciał dać –  było różnie. Musieliśmy nawet troszkę pieniążków zapłacić, takiej darowizny. Udało nam się to odzyskać,  pierwotnie był tam posterunek milicji.

Podobna sytuacja była z ośrodkiem zdrowia. Były problemy z odzyskaniem budynku. Udało się,  budynek jest własnością gminy. Teraz  dr Gaworecki ma tam prywatną praktykę, ale budynek jest nasz.

J.K:. To samo było w Borkach i w Radzyniu. Doprowadziło to do tego, że decyzją ministra czy nawet premiera przychodnie w Białej miały się znaleźć w starostwie. I Czapski tracił, bo nie dawaliśmy mu wyrysów i nie mógł tego przejąć. Zostało 2 miesiące czasu i dogadaliśmy się –  my ułatwiamy przejęcie wszystkiego, a on daje nam darowizny.

Tak, udało się i dobrze. Przychodnia służy – praktycznie nic nie dokładamy, nie mamy z  tego zysku, ale i nic nie dokładamy. Co do lekarza, to każdy ma swoje oceny. Ale jest wolny wybór, można zapisać się w dowolnym miejscu.

J. H.: W ubiegłym roku Wohyń zawstydził cały powiat. Z własnych środków przeznaczyliście prawie 3,5 mln złotych na remont dróg gminnych.

W ubiegłym roku, jeszcze rok wcześniej środki unijne jeszcze nie zadziałały, czyli nie trzeba było dokładać do wkładu własnego –  nasze pieniądze były i mogliśmy tyle środków przeznaczyć na drogi. Do powiatu dołożyliśmy te 1 320 000 zł, a powiat 200 000 zł. Reszta to są nasze drogi gminne. Też udało się wygospodarować pieniążki,  zrobiliśmy ich sporo. A drogi bardzo cieszą ludzi. Wodociągi też, owszem, ale tego nie widać. A jak się na drogę wyjedzie i jest równa, fajna…. Z tym, że wybudować to jedno, trzeba jeszcze utrzymać. A jak śnieg spadnie to ma być odśnieżona za pół godziny, jeszcze śnieg pada, wiatr wieje, a droga ma być odśnieżona!  Także tutaj jest problem, ale radzimy sobie.

Byliśmy pierwszą gminą, która kupiła nowy, strażacki samochód za własne środki, biorąc pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Wtedy chyba jeszcze umarzali 30%. Nasz star był bowiem w beznadziejnym stanie, można by go wtedy oddać do muzeum. Uchwaliliśmy, że bierzemy pożyczkę,  potem powoli pojawiały się środki unijne. Ale myśmy już mieli. I znowu: macie? No to 5 gmin było w podziale. Mówiłem wtedy Panu komendantowi Gomółce: –podziel na 6, niech gminy trochę więcej dołożą, ale my też chcemy brać udział w podziale. A on: –ale gminy nie zechcą, bo to będzie dużo,  a wy macie. Mamy, bo zainwestowaliśmy!

Samochód jest nowy, ma niewiele przejechane, bo chyba z 17 tys. km. Drugi samochód kupiliśmy z Austrii, używany, też chyba 21 tys.km przejechane. Ale u nich silnik nie spełniał normy spalin – u nas jeszcze spełnia i jest to bardzo dobry samochód, nawet lepszy od tej renówki. Trzeba było kupując, ogłosić przetarg i wymogi spełniał właśnie ten samochód. Tamten kosztował 200 tys. zł, a ten kosztował ok. 500 tys. zł. Mamy dwa praktycznie nowe samochody z pługami i to nam wystarcza. Mamy jeszcze stara w Suchowoli i dwa lublinki, ale one zimą praktycznie się nie przydają.

Patrząc na państwową straż i naszą gminną, sąsiadów,  mamy też dobrze wyposażoną straż. Biorą udział w akcjach gaśniczych w naszej gminie i w gminach sąsiednich. Sprzętu wystarcza, bardziej ludzi potrzeba, żeby rozrzucić palącą się słomę lub siano. Czasem narzekają, że muszą pracować fizycznie.

J. H.: W gminie funkcjonuje ośrodek dla uchodźców w Bezwoli. Jakie są wpływy gminy z dzierżawy tych terenów? Czy obecność uchodźców nie rodzi lokalnych konfliktów?

Ośrodek dla uchodźców jest na terenie byłej jednostki. W momencie,w którym następowała reorganizacja w wojsku,   „darowano” nam 2 bloki w średnim stanie. Różnie tam było, do jednego  mieszkania można było wejść, w drugim nie za bardzo. No i co zrobić? Nawet po zaprowadzeniu porządku, mieszkania wciąż były ogrzewane kotłownią olejową, piekielnie drogie. Dyskusje z radą były dosyć długie. Rok czasu mieliśmy to jako właściciele.

Dostaliśmy go w lecie – kiedyś obowiązywała ustawa, że gmina musiała wziąć, jak wojsko dawało –  trzeba było brać. Gminy dostawały nawet poligony z minami,  z niewybuchami, ze wszystkim. Po zimie na wiosnę inwestorzy zaczęli się tutaj kręcić i gmina zdecydowała się na sprzedaż, bo co my z tym zrobimy? Mieszkania socjalne – owszem, ale to nas będzie bardzo dużo kosztowało, a nawet  chętnych tyle nie będzie. Ogłosiliśmy przetarg, wpłynęły dwie oferty- za tą wyższą  kupił człowiek prywatnie. Nie wiedząc o tym, że można prowadzić tu ośrodek da uchodźców. Chyba trochę przeczuwał, w Dęblinie miał jakieś zaczątki. Kupił za przyzwoitą cenę, na tamte czasy wydawała się całkiem dobra.

Po pewnym czasie wyremontował budynki, włożył dużo pieniędzy, przerobił dużo  rzeczy. Dachy, stolarka itp. Poprzerabiał mieszkania tak, że teraz  są tam po 2-3 rodziny. Zrobił pomieszczenie dla modlitwy, świetlicę,  jadalnię. Przywożone są posiłki z zewnątrz – jeden ciepły i dwa suche prowianty. Administruje tym jako prywatna osoba. Płaci nam, ponieważ wynajem  Urząd ds. Uchodźców ogłasza co dwa lata przetarg i zgłaszają, że mamy tyle a tyle miejsc o takim standardzie i urząd wybiera. A nam płaci jako działalność prowadzoną na naszej powierzchni – 16 zł za metr kwadratowy, za budynki, działkę –  70 parę groszy. Daje to nam pewien dochód, kiedyś było lepiej, jak jednostka miała więcej żołnierzy służby czynnej, teraz jest ich bardzo mało. Ale dochód jest, nawet parę osób tam pracuje.

Mamy dzieci w szkole,  na które jest subwencja. Szkoła w Bezwoli funkcjonuje dzięki dzieciom głównie z Czeczenii, chociaż nie tylko. Wiadomo, że oni tam ciągle się zmieniają –  jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają. Jest tam średnio ok. 60 dzieci. Część starszych jeździ do gimnazjum w Wohyniu. A szkoła w Bezwoli funkcjonuje na zasadzie, że jest 7-8 Czeczenów i dwoje naszych, jest i klasa, że nie ma żadnego polskiego dziecka.

J. N.: Uczą się polskiego?

Tak. Dopóki w Niemczech nie było tylu uchodźców, liczyli na to, że pojadą dalej na Zachód. Ale teraz Niemcy zawracają i liczą się z tym, że przyjdzie im tu zostać, w związku z tym większą wagę przykładają do nauki  języka. Oczywiście, nie wszyscy – dzieci jak dzieci, rodziny jak rodziny. Generalnie jeżeli chodzi o stosunki są poprawne. Początkowo i ja i  radni bardzo się obawialiśmy. Ale współpraca z właścicielem ośrodka, p. Nakoniecznym, układa się dobrze.  Przyjeżdża na każdy nasz telefon, jeżeli coś się dzieje –  to dajemy znać i przyjeżdża sam albo rozmawia z nami i wiemy, co tam się dzieje. Każdy problem jest na bieżąco omawiany.

Ale jak nam powiedział, że będzie to tworzył, to rozejrzeliśmy się. W  Niemcach pod Lublinem  był już taki ośrodek i dzieci do szkoły chodziły. Z paniami dyrektorkami pojechaliśmy do tamtejszej szkoły i rozmawialiśmy z panią-entuzjastką nauczania dzieci obcych. Tłumaczyła nam, że trzeba takie dzieci dzielić po parę osób w klasie, żeby nie tworzyły się zamknięte grupy.

Nie powiem, że problemów nie ma, są. U nich są  zupełnie inne zwyczaje – tam chłopak nie idzie się skarżyć do pani, tylko wymierzają sprawiedliwość od ręki. Nauczyciele wiedzą, jak  się z tym obchodzić i dużych zdarzeń nie ma. Oczywiście, nasze dzieci to też  nie są aniołki,  tamte tak samo.

Np. jednego dnia przyszła moda na jakiś chwyt i  duszenie. Ale jak tamten klepnie drugiego, to tamten ma go puścić.  Jeden miał taką budowę, że nie zdążył klepnąć i padł jak nieżywy. Wezwano pogotowie, jest też pielęgniarka na miejscu i okazało się, że nic mu się nie stało. Takiego różne zdarzenia się dzieją.

Pomijając już to, że jak rodzic został kiedyś wezwany, był tu  taki starszy rodu, który sprawował pieczę, także  religijną nad nimi i pani dyrektor go wezwała. Wchodzi, a tu kobieta za biurkiem jako dyrektor szkoły. Nie może tak być! Ale mu przetłumaczyli, że u nas tak jest. Potem współpraca  układała się już dobrze, pani dyrektor była z niego zadowolona.

Inna śmieszna sytuacja – obchodzili jakieś swoje święto i w ramach takiej współpracy zaprosili i mnie, i panią dyrektor z mężem. Ja wtedy nie mogłem pojechać, oni pojechali. I co się okazało? Mąż pani dyrektor był z mężczyznami na tym przyjęciu, a pani dyrektor gdzieś z kobietami na zapleczu.

J. H.: Miało być odwrotnie (śmiech)

Takie tam są zwyczaje. Kobieta z Czeczenii – dwoje dzieci za rękę, torba tutaj, jeszcze coś tam, a mąż z tyłu – ręce założone i idzie bez niczego. Śmieję się do naszych pań- skoro oni przyjmują jakieś nasze zwyczaje, może przejęlibyśmy trochę od nich (śmiech)

Generalnie oni są z rodzinami i jak między sobą się zachowują,  nikt nie zagląda. Jeśli są z rodziną, to starają się być grzeczni. Wiedzą, że w razie czegoś, to od razu Terespol i deportacja. Nadzór jest tutaj bardzo dobry.  Prawie codziennie  jest Służba Graniczna  -oni  ich liczą, są zapisani, nie ma anonimowości. Praktycznie ludzie nie odczuwają, że tutaj są uchodźcy.

Nawet robiliśmy takie spotkanie integracyjne. Panie prezentowały swoje dania tradycyjne, panowie też tam byli, potem wspólna konsumpcja. Były też modły ekumeniczne – ich w swoim języku, ks. Roman w naszym. Dzieci czeczeńskie śpiewały, tańczyły w strojach ludowych. Także  jest to dobre dla naszych dzieci. Mieliśmy  Murzynka, najzabawniej  było dogadać się z Turkiem. Czeczeni  mówią po rosyjsku, a z nim  było jak na tureckim kazaniu. Ale długo tutaj nie był.

J.K.: Ile osób przebywa średnio w ośrodku?

Ok. 300 osób. Dzieci – 50-60 w wieku szkolnym. Edukacyjnie biorąc, dla naszych dzieci jest to duże doświadczenie. To nie tylko Czeczeni, ale i Abchazowie, Azerowie, Ingusze… 7-8 flag było w pewnym momencie w szkole. My to nieraz nie rozróżniamy, ale oni siebie bardzo. Nie-Czeczen może się obrazić za powiedzenie do niego „Ty Czeczenie”. Nauczyciele mają pewne trudności, ale jak się nie ma wyboru, to trzeba się cieszyć tym, co się ma.

Generalnie nie mieliśmy „dużych” zdarzeń. Były paru młodych Gruzinów. Ale oni wiedzieli, że 3 miesiące i ich cofną –  w Gruzji  nie ma zagrożenia. Próbowali coś tam wypić, coś  może gdzieś podciągnąć – jakąś piłę. A  z dziećmi –   trochę jabłek urwali, trochę truskawek. Przyleciała tu kobieta na skargę:

– Parę ton truskawek nam ukradli!

– Ale czym oni przyjechali?

– Ładą.

– To jak, parę ton zabrali? Może koszyk?

A to duża plantacja z 1,5 ha. A co, nasze dzieci nie pójdą? Też pójdą, to są takie drobiazgi.

Przywozimy je autobusem. Dzieci są liczone przed i po lekcjach, jak przyjeżdżają i odjeżdżają. Rodzice pilnują, żeby chodziły. Mają 7-9 zł od dziecka, które chodzi do szkoły. Dyrektorka szkoły co miesiąc sporządza taką listę – ile które było. Jest to dla nich zachętą,  dostają pieniądze.

Dla nich wuef może być 8 godzin każdego dnia. Chłopcy są sprawniejsi fizycznie,  dziewczynki nie przebierają się na wych. fiz., nie jeżdżą na basen. Tak samo  religia, idą na świetlicę. Mają inną religię, zwyczaje – nikogo nie możemy zmuszać. Chłopcy załatwiają między sobą porachunki natychmiast, nauczyciele muszą być czujni, żeby w to wkraczać. Ale do tej pory żadne duże nieszczęście się nie zdarzyło.

J. H.: Słyszałem o pomyśle szynobusa, który kursowałby na trasie Wohyń- Lublin.

Jest taki pomysł, byliśmy już u marszałka, rozmawialiśmy. Teraz dyrektor trakcji się zmienił i wybieramy się znowu do wicemarszałka, pana Kapusty, żeby  uruchomili, jak pan marszałek obiecał. Z tym, że jak to się zaczynało, to mówili: będzie tu 40 parę pociągów, nie wciśniemy szynobusu, jak to zrobić? Ale teraz widzę, że takiej liczby nie ma i jest tu pewien luz.

Wiem, że ogłosili przetarg na dostawę nowych szynobusów spalinowych, trakcji elektrycznej nie ma. Pan marszałek nam obiecał, że jak się przyzwyczają to będziemy rozmawiać, żeby uruchomić przynajmniej jeden sensowny kurs, może dwa Łuków-Lublin. Kiedyś takie pociągi jeździły. A Łuków to już komunikacja dalej…

Intercity się tu nie zatrzymuje. W Bezwoli była kiedyś stacja, którą można by niewielkim kosztem wyremontować, nawet dobudować jakiś przystaneczek z własnych środków. Można by udało się coś takiego uruchomić. Jest to temat na bieżąco monitorowany, musimy się jeszcze spotkać z marszałkiem, żeby może na wiosnę udałoby się to uruchomić. Byłoby to na pewno z korzyścią dla mieszkańców. Już dobrze, że coś się dzieje, chociaż pożytku z tego wprost nie ma.

J. K.:Jak układa się Pańska współpraca z lokalnymi samorządami?

Do tej pory dobrze. Staramy się nie kłócić, nie rywalizować wprost, nie wchodzić jeden drugiemu w drogę. Konflikty rozwiązujemy na drodze pokojowej. Parę rzeczy udało się zrobić wspólnie, parę nie wyszło. Może to nie było wprost wina  samorządów, a okoliczności.

Myślę o rewitalizacji naszych lokalnych wysypisk. Udało się to zrobić niewielkim kosztem. Było wysypisko u nas, a teraz rośnie trawka, krzewy, ogrodzone, zabezpieczone, nic się nie dzieje. Tak samo w pozostałych 6 gminach. Chociaż problemy były, przyjęliśmy taką strategię, że każdy oddzielnie ogłaszał przetarg i tego pilnował. Były takie  sytuacje, że byliśmy pod bramką, goniły terminy, a tam ktoś jeszcze nie skończył. Ale nic łatwo nie przychodzi. Natomiast solary wyszły jak wyszły. Sprawa nie jest jeszcze zamknięta do końca . Solary mamy, nie wiadomo, jak to się skończy z pieniędzmi.

J. H.:  Jako wójt organizuje Pan wiele uroczystości patriotycznych i kulturalnych. Powołanie Gminnej Rady Kobiet,Wohyńska Jesień, Przegląd Kolęd i Pastorałek w kościele parafialnym, działalność chóru, Izba Regionalna w Zespole Szkół im. Unitów Podlaskich, Powiatowy Konkurs Szopek Bożonarodzeniowych,  głośny projekt „Wohyń na 10+ ” oraz „Wohyńskie wesele w II połowie XX wieku”. Wiele innych wydarzeń lokalnych, wreszcie sama działalność Stowarzyszenia Przyjaciół Gminy Wohyń „Echo” – to ważny wątek Pana działalności, integrujący i spajający lokalną społeczność.

Jest tego sporo, może wciąż za mało, ale  to bardzo trudna działalność. Trzeba podziękować wszystkim ludziom, którzy się w to angażują. Z  kołami gospodyń co tu ukrywać – raz  bardziej działają, czasem mniej, raz się pokłócą, raz się pogodzą.

My z kolei nie mamy na to za dużo czasu, chociaż oczywiście działalność kulturalna i integracyjna to jedno z naszych zadań. Teraz dzięki utworzeniu funduszy sołeckich, sołectwa  starają się, a przy tym zespoły czy stowarzyszenia mają swoje pieniądze.

Przede wszystkim udaje się coś robić, są jeszcze ludzie, którzy chcą z nami coś robić. Jak te szopki, czy Wesele. Teraz słyszę, że panie kombinują coś znowu z filmem. Oczywiście nie jest to może jakiś najwyższych lotów, bo nie ma tu profesjonalistów od tego. Ale a to kolędowanie, w Ostrówkach mieliśmy kolędowanie połączone z pieśniami biesiadnymi. Spotyka się kilka zespołów i społeczeństwo też w tym uczestniczy.

Myślę, że jak będzie człowiek od kultury, to będzie nam łatwiej. Mamy tutaj osobę na pół etatu, ale warunki są, jakie są.

Najpierw to, co najważniejsze – wodociąg, droga. Tak, jak się to na wsi robi. Dobry gospodarz najpierw buduję chlewnię,  oborę, potem dom, a dopiero potem go wyposaża. Nie na odwrót.

Taką drogę przyjęliśmy – najpierw to, co najpilniejsze, co służy wprost ludziom do codziennego bytowania. A teraz będzie można więcej pieniążków przeznaczyć  na kulturę. Przez małe „k”, bo przecież nie sprowadzimy tutaj super zespołu czy orkiestry symfonicznej. Nawet przy okazji remontu wstępnie projekt był, że duża sala –  dobrze, ale kto to utrzyma, jaki to jest koszt ogrzania? Co by się tam też miało dziać? Na nasze potrzeby mamy dużą halę sportową w szkole, którą się wykorzystuje. Współpracujemy z ZS i pomagamy sobie nawzajem.

Sesja Rady Miasta z 26 stycznia. Wójt Stanisław Jóźwik prezentował na niej sprawozdanie z działalności ZKG

J. K : Od początku jest pan w Zarządzie Związku Komunalnego Gmin. Czy pamięta pan jego początki? Jaka jest obecna kondycja ZZOK?

Początki pamięta także pan Józef, bo zaczynaliśmy wspólnie. Było różne, zaczynaliśmy na wyczucie. Nikt nie wiedział, od czego zacząć. Ale dobrze, że zaczęliśmy. Bo to się ileś lat wałkowało,  protesty itd. W końcu dobrnęliśmy do celu – zakład jest, wprawdzie wymaga rozbudowy. Obecna kondycja nie jest zła. Z tym  że są problemy ogólnoświatowe. Od nowego roku Chiny nie kupują odpadów. Na Europę padł popłoch – co z tym zrobić? Segregujemy sporo, tylko teraz nikt tego nie chce.

Początek tego łańcucha nawet w Polsce już jest – mamy zakłady i segregacja chwyciła. Zawsze może być lepiej, ale nie jest źle. Ale co dalej? Leży na składzie. Folie dotąd brali. Słowacy wybudowali chyba ze 3 zakłady pirolizy, czyli przerabiają folie na olej opałowy. Ale cena oleju jako paliwa spadła i im się to nie opłaca, jest to kosztowne.  I folii nikt już teraz nie chce – rób z nią, co chcesz. Opon – zero. I jest problem. Chociaż na razie to, co jest  funkcjonuje i nie ma ani zadłużenia, ani zapaści finansowej.

Musimy rozbudowywać, zaczynało się od gmin powiatu radzyńskiego, a teraz mamy 22 gminy, czyli to jest 3 razy więcej. Weszły przepisy i były tworzone regiony – musiało być po 100-150 tys. mieszkańców. Udało się ściągnąć inne gminy, nawet Łuków. Ale zakład trzeba rozbudowywać. Trzeba wybudować linię segregacji odpadów segregowanych. Bo dzisiaj już – butelki PET są skupowane, ale  gdyby np. butelki posegregować na białe i troszkę kolorowe to cena rośnie. Gdyby posegregować bardziej papiery –  tak samo.

Mamy sporo odpadów posegregowanych i nieźle nam to wychodzi. Średnio jest nieźle i trzeba pochwalić mieszkańców. Finansowo też nie jest źle. Ale problem jest –  co zrobić dalej? Coraz trudniej zbyć odpady nieposegregowane.

Pan prezes Kułak mocno się w to zaangażował i spotyka się w tej sprawie w ministerstwie, poruszają te sprawy. Trzeba myśleć o  jakiś ułatwieniach, czy przeznaczyć środki i coś w Polsce próbować zorganizować. Duża część odpadów wciąż jest przeznaczana do spalania, a spalarni mamy mało. Są u nas źle widziane, ale tak nie powinno być. Trzeba będzie je zrobić, bo śmieci do spalenia mamy ze 4 miliony ton, a tylko 2 możemy spalić. A reszta nie wiadomo gdzie – chyba na Księżyc wysłać. Jest to problem ogólnopolski, ogólnoświatowy.

Generalnie jest rozbudowa, choć jest problem z odrolnieniem terenów. Oprotestowany był długo plan zagospodarowania. Ale sprawa protestów jest już przełamana i rada mogłaby to zrobić. Ale wójt złożył wniosek do Ministerstwa Rolnictwa o odrolnienie tych działek – kupiliśmy je, mamy swoje. W ministerstwie coś się stało, pewnie dotarły tam protesty. Ale jak to odrolnią,  to trzeba natychmiast rozbudowywać też składowisko. Niestety, ale ok. 30% trzeba składować.

Z pewnymi rzeczami, np. śmieciami z cmentarza –  nic się nie da zrobić. Drut,  folia, stearyna, która niesamowicie zanieczyszcza przy spalaniu. Jest to odpad niesamowicie zły dla przetwórstwa. Nawet wieńce z cienkimi drutami można tylko prasować i na wysypisko składać. Wiele jest takich rzeczy, które na nic się nie nadają i trzeba składować. 30 % to i tak nie jest dużo.

W Gminie Wohyń zbieramy miesięcznie ok. 70 ton odpadów, czyli dwa duże tiry- to śmieci,  które kiedyś były  trochę w rowie, trochę w lesie, może na składowisku. Mamy bardzo niską stawkę – 6 zł  za segregowane i 12 zł za niesegregowane śmieci. Póki co pieniędzy nam wystarcza.

Pan prezes Kułak zaproponował podwyżkę „na bramie”, znowu trzeba będzie zaciągnąć kredyt na inwestycje. Warto zaznaczyć, że kredyt jest spłacany z zysku zakładu, gminy ze swoich budżetów nic nie dodają. Z tym, że w tej chwili obowiązują poręczenia, bo inaczej nici z kredytu. Majątek ZZOK-u jest za mały, w związku z tym to gminy poręczają. Ale kredyt spłacany jest z zysku ZZOK-u.

Perspektywy nie są złe, ale jest ogólny problem – co zrobić z odpadami wyselekcjonowanymi?

J. K.: Co sądzi Pan o okolicznościach rezygnacji Jerzego Rębka z funkcji przewodniczącego ZKG?

Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć, może pan burmistrz troszkę się zagalopował? Niepotrzebnie się uniósł –  czy  mamy wszystko w życiu po naszej myśli? Czasem gdzieś coś nas uwiera, ale trudno. Z tym, że to chyba nie wpływa na pracę.

Zakład funkcjonuje teraz jako spółka i jest na własnym rozliczeniu. Owszem, związek istnieje i jest właścicielem, ale składka do ZKGPR wynosi 50 gr od mieszkańca. Mamy tam księgowego na ćwierć etatu i sekretarkę na pół – bo jakaś tam korespondencja jeszcze jest, przychodzi. Odbywają się walne zebrania itd. To funkcjonuje, dopóki jest zakład. Chociaż tak prawdę mówiąc, to związek może ten zakład sprzedać. Póki co do lata 2018 trwa obecny projekt związany z dofinansowaniem, ale po czerwcu – kto wie?

J.K.: Kto jest teraz przewodniczącym po Jerzym Rębku?

Przewodniczącego nie ma, jest p.o. przewodniczącego – pan wójt Radomski z Jeziorzan. Jest zastępcą, 3-4 razy do roku mamy walne zebrania, 29 grudnia mieliśmy walne. Myślę, że pan Radomski dotrwa do wyborów samorządowych. Potem już będzie przemeblowanie – będą inni wójtowie, burmistrzowie. Zobaczymy, jak  się ułoży sytuacja. Wtedy będą już musiały być wybory w ZKGPR .

J. K.:. Czy gmina dołoży się do kary za solary?

Jeżeli taki będzie wyrok sądu, to niestety musimy się dołożyć. Wszyscy nasi radcowie orzekli, że bez wyroku dołożyć się nie możemy. W takim wypadku, to my bylibyśmy ukarani. Zawarta umowa nie daje nam takiego prawa, nawet, gdybyśmy chcieli. Byłoby to pewnego rodzaju przestępstwo finansowe, że się dokładamy.

Jeżeli jednak sąd uzna, że powinniśmy to zrobić – mówi się trudno. Nie mamy wyboru. Możemy się oczywiście odwoływać i pewnie będziemy. Ale wiecie panowie, jak sprawy w sądach chadzają – różnymi drogami.

J. H.: O co nie zapytaliśmy, a chciałby pan  przekazać mieszkańcom, naszym czytelnikom?

Chciałbym przede wszystkim podziękować mieszkańcom i czytelnikom za to, że przez tyle lat mnie jakoś tolerowali i znosili. Nigdy nie doznałem od nikogo wprost przykrości. Owszem, drobne pretensje o różne rzeczy są zawsze, niekoniecznie nawet o to, co zależy od wójta. Generalnie jednak przetrzymałem na stanowisku 20 lat cały i to w miarę zdrowy. Więcej  było przyjemności niż przykrości.

Jeżeli coś zrobiłem nie tak, to chciałbym przeprosić. Zawsze starałem się, aby było dobrze. Wychodzi czasem tak, jak wychodzi – to inna sprawa. Co zrobić – to tylko życie. Plany i zamierzenia to jedno, a realizacja drugie.

Generalnie rzecz ujmując, nie mam żalu do nikogo – ani do mieszkańców, ani do kolegów wójtów, burmistrzów. Współpraca  daje pewną satysfakcję. Może  przyjemność to za dużo, ale da się wytrzymać!

Przepraszam, że poruszałem może mało istotne problemy, nie dla wszystkich mieszkańców interesujące, ale takimi problemami musi zajmować się wójt.

Mieszkańcom i czytelnikom życzę trafnych wyborów w nadchodzących wyborach samorządowych, pamiętajmy –  dużo zależy od nas samych. Życzę dużo zdrowia i radości ze wspólnego mieszkania w naszych małych ojczyznach.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

„Ferie z Kulturą 2018”

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Bal karnawałowy w SP Lisiowólka

Skomentuj