banner

Budujemy lokalną wspólnotę – wywiad z Wójtem Gminy Ulan, Jarosławem Koczkodajem

O  byciu radzyniakiem, zapachu książek, szacunku do historii, wiedzy zza mgły,najnowszym dziecku kultury, stanie maszkarnym i przeszłym Eldorado, rozległych planach inwestycyjnych oraz ważnej deklaracji – z  wójtem Ulana, rozmawiają Józef Korulczyk i Jakub Hapka.

J. H.: Panie Wójcie, proszę opowiedzieć naszym czytelnikom parę słów o sobie. 

Urodziłem się parę ładnych lat temu. Cały okres dzieciństwa spędziłem w Radzyniu Podlaskim. Bliskie są mi też dwie miejscowości przyradzyńskie: Brzostówiec, skąd pochodził mój tata i Zbulitów, skąd pochodziła mama. Przedszkole, szkoła podstawowa, liceum, potem pracowałem w Sądzie Rejonowym w Radzyniu aż w 1993 roku zamieszkałem w Sętkach i odtąd jest to moje miejsce na ziemi. Cały czas mimo obecnej funkcji jestem rolnikiem i członkiem lokalnej OSP.

J. K. : Jak wspominasz liceum?

Bardzo miło wspominam naukę w radzyńskim liceum. Były to czasy nie burzliwe, ale takie najbardziej pozytywne, sympatyczne czasy. A były to lata 80-te, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy co to są maile, telefony komórkowe i SMS-y. Co prawda  butów nie kupowało się już na kartki ale sklepy nie były tak nasycone towarami, jak dzisiaj. Niesamowitą rozrywką dla młodego człowieka było po raz piętnasty przeczytanie „Trylogii” Sienkiewicza. Było w niej wszystko: od  przygody, przez powieść awanturniczą, poprzez wątki historyczne budujące postawę patriotyczną. Przygodę z  „Trylogią” rozpocząłem w piątej klasie – wygrzebałem jakieś przedwojenne wydanie „Ogniem i mieczem“ na strychu w kufrze moich dziadków. Ten kufer był dla mnie przez lata kopalnią bardzo fajnych przygód literackich. A wśród tych przygód były powieści pisane w wieku XIX i wcześniejsze.

W zasadzie ten czas szkoły podstawowej, liceum to czas, który kojarzy mi się z zapachem książki. I nie jest to zapach świeżej farby drukarskie, tylko zapach kurzu i specyficznej woni starego papieru.

Czasy licealne to coś niesamowitego. Wiadomo, są to czasy gdy profesor Józef był profesorem historii w szkole, w o rok starszej klasie Adaś Świć, Wiesław Mazurek. Eskapady, wycieczki, rajdy rowerowe, które czyniła nasza polonistka, pani Teresa Ostasiewicz. Myślę, że teraz młodzież inaczej przechodzi okres nauki w szkołach średnich czy gimnazjach. Wtedy jednak nie miało się znajomych na facebooku, żyło się zupełnie inaczej i wcale się nie nudziło.

J. K. : Pamiętam, że interesowałeś się historią

Zainteresowania historię też się nie wzięły sie znikąd. Ten tom „Ogniem i mieczem”, wyszperany na strychu w starym kufrze dał asumpt – nagle mnie coś zachwyciło. Nie powiem, że za pierwszym razem z lubością przeczytałem opisy przyrody i stepów ukraińskich, ale to był taki bodziec. Miałem szczęście do nauczycieli historii

W szkole podstawowej historii uczył mnie m. in. pan dr Stanisław Jarmuł. Miał specyficzne podejście do historii, był też bardzo wymagający, żeby nie powiedzieć srogi, jak dla dziecka w V- VI klasie. Pozytywnie wspominam ten czas.

Czasy licealne to konkursy historyczne i olimpiady, startowałem w nich z różnymi skutkami. Dlatego do tej pory mam ogromny szacunek do historii. Mówię to wszystkim, nie tylko swoim dzieciom – historia jest nauczycielką życia i musimy bacznie się jej przyglądać, uczyć jej rzetelnie w szkołach i starać się, żeby to była historia prawdziwa. Musimy pamiętać i czcić wielkie zwycięstwa ale i pamiętać o czasach upadku. Te ostatnie, kiedy Polska padała na kolana, kiedy była podbijana, rozbierana powinny dawać nam całą masę wiedzy – właśnie z tego okresu powinniśmy czerpać jak najwięcej – szukać przyczyn upadku i słabości i uczyć się jak zapobiegać takim sytuacjom w przyszłości.

J. K. : Przypomniał mi się nasz wywiad z wójtem Wiesławem Mazurkiem.  W latach 80-tych, jeszcze przed wszelkimi zmianami, oni już widzieli, że na lekcjach historii, np. u mnie, można było uczyć się historii, której jeszcze nie było w podręcznikach.

Wiemy doskonale, że nie było to czasy, kiedy mogliśmy mówić o wszystkim. Nie mieliśmy podręczników a profesor dyktował nam materiał do zeszytów Jeszcze parę lat wcześniej w liceum – czasy stanu wojennego. Wiem, że były jakieś akcje, z całą pewnością władze nie były zainteresowane tym, żeby nas uświadamiać. Na lekcjach historii Pan Korulczyk mówił nam o Katyniu o wywózkach w głąb Rosji. Ja o tym wiedziałem wcześniej od mojego dziadka, Bronisława Koczkodaja.

Nie było tak, że dysponowaliśmy jakimiś opracowaniami, było słowo mówione ale wiedza o tych czasach była popularyzowana wśród młodzieży. Zapewne wielu spośród jeszcze nie wiedziało, o co chodzi. Wielu też nie dowierzało – dlaczego? Młody człowiek nie mógł tak zupełnie bezstresowo przejść do porządku dziennego i przyjąć, że jednak ludzie ludziom takie rzeczy zgotowali. I że dotyczyło to także naszego narodu. Ale ta wiedza była. To tak naprawdę kształtowało młode umysły na przyszłość.

Nie wszyscy, wiadoma sprawa, historią się interesowali, Dla niektórych była to rzecz zupełnie obojętna. Ale dla tych, którzy starali się to zrozumieć, dawało to jednak jakiś obraz świata – już nie takiego kryształowego.

W Radzyniu chyba nie zdarzały się jakieś akcje protestacyjne w stanie wojennym

J. K. : Były napisy, rozprowadzano ulotki

W większych miastach zapewnie było inaczej, Radzyń był zawsze taki spokojny.

J. H. : Jak trafił pan do Gminy Ulan?

Poznałem swoją przyszłą małżonkę i gdy pobraliśmy się w 1993 zamieszkaliśmy w Sętkach. Od tej pory tu mieszkam.

J. K.: Skąd to zaufanie dla osoby z zewnątrz?

Nie zdarzyło się nic takiego, bym kiedykolwiek, mieszkając w Sętkach, odmówił komukolwiek jakiejkolwiek pomocy. A jeśli jej udzielałem, to była zawsze merytoryczna pomoc i zazwyczaj kończyła się pozytywnym efektem. Ktokolwiek z naszej gminy przyszedł do mnie, nigdy nie spotkał się z jakąkolwiek odmową. I to nie dotyczyło tylko kwestii związanych z pracą na roli, ale też związanych pośrednio lub bezpośrednio z pracą w sądzie, z wiedzą, jaką posiadałem.

Starałem się i staram ludziom pomagać, zawsze wówczas, gdy jestem przekonany, że racja jest po stronie człowieka.

J. K.: W rodzinie miałeś tradycje sołtysowania

Z tego, co pamiętam mój dziadek Bronisław był sołtysem i w czasach powojennych pełnił funkcję wójta gminy. Podobnie dziadek mojej małżonki, pan Józef – nigdy nie dane było mi go poznać – był sołtysem wsi Sętki oraz wójtem gminy.

Nie tak dawno, na takich skromnych obchodach Dnia Sołtysa, demonstrowałem rodzinną pamiątkę – przedwojenną odznakę sołtysa, którą używał dziadek mojej żony, Józef Skwara.

J. H.: Czy doświadczenie pracy w  wymiarze sprawiedliwości przydaje się w pracy wójta?

Z całą pewnością tak, przydaje się, oczywiście nie możemy porównywać jakiejkolwiek pracy z pracą wójta, Jest to tak szerokie spektrum działań z różnych obszarów, że chyba nie ma porównywalnych zawodów, które taką różnorodnością mogłyby pochwalić. Jednak co dała praca w sądzie? Z całą pewnością dała mi po pierwsze umiejętność przeprowadzania analizy sytuacji, wydarzeń, wypowiedzi i umiejętność rozmawiania z ludźmi niezależnie, czy to są radni, sołtysi, mieszkańcy bądź wójtowie innych gmin. Umiejętność słuchania powoduje,  że gdzieś zawsze jakąś wiedzę można z tego wysublimować, konkretną wiedzę, która potem przekłada się na konkretne działania.

Czy umiem trafić do ludzi,  tego nie wiem, ale jestem przekonany że ich rozumiem, a to już jest dużo. Wójt nie  powinien być politykiem, ani mówcą nie wiadomo jakiej klasy. Powinien być jednak człowiekiem pracującym dla społeczności, więc jeśli rozumie,  wie o czym ludzie mówią i jakie są ich potrzeby, to jest bardzo dużo.

J. H.: Nasz nieoceniony wywiad doniósł, że grał Pan kiedyś pasterza w słynnym spektaklu jasełkowym.Czy tak doświadczonej scenicznie osobie zdarza się trema?

Była taka rola dawno, dawno temu –  30 lat temu, bo to mógł być rok 1987. Nie była to jakaś wybitna rola, ani też obszernie zajmująca. Ale jeśli chodzi o tremę –  myślę że jest, ona zawsze i chyba dobrze że jest. Trema jednak człowieka aktywizuje,  żeby się tak bardziej spiął w sobie. Oczywiście to i tak nie zmienia faktu,  że po 30 latach zdarzyło mi się gdzieś w jakimś przedstawieniu w naszej małej szkole wziąć udział.

J. H.: Co pana najbardziej zaskoczyło w pracy wójta, czy wyobrażenie o tym zajęciu sprzed wyborów pokrywają się z rzeczywistością?

Chyba nie poczułem się zaskoczony. Czy wyobrażenia jak tak naprawdę wygląda praca wójta i  czy to moje wyobrażenie wójta polegało na prawdzie? Na pewno musiałem zmodyfikować swoją wizję pracy na tym stanowisku, aczkolwiek nie aż tak bardzo diametralnie. Może trochę zaskoczyła mnie wielość różnych obszarów,  przy których gmina musi pracować, a wójt przez to także, ale nie byłem aż tak zaskoczony.

J. H. Podczas ostatniego, bardzo udanego, Babskiego wieczoru w Ulanie, zwrócił mi pan uwagę na to, że można robić wiele dobrych i cennych rzeczy ponad podziałami. Czy na poziomie gminy mieszkańcy patrzą na partyjną przynależność czy po prostu obserwują i oceniają po prostu człowieka i skuteczność jego działań?

Może zacznę od tego,  że Babski Wieczór w Ulanie to nasze najnowsze dziecko kultury. W jego organizację włączyły się ważne instytucje samorządowe naszego regionu, między innymi: województwo lubelskie z marszałkiem na czele, powiat radzyński oraz gmina Ulan-Majorat, która była pomysłodawcą tego wydarzenia.

Do współpracy zaprosiliśmy również pozostałe gminy, pierwotnie włącznie z miastem Radzyniem, ale zaproszenie z zewnątrz odpowiedzi nie znalazło, w związku z powyższym doprowadziliśmy w takiej konfiguracji do finalizacji tego zamierzenia.

Czy na poziomie gminy mieszkańcy patrzą na partyjną przynależność, czy po prostu człowieka i działalność w jego skutecznym działaniu  i czy można robić wiele cennych rzeczy miedzy podziałami – uważam,  że tak można między podziałami robić wiele cennych rzeczy. To jest nie tylko możliwe a wręcz konieczne.

Właśnie to jest klucz,  że na tym większym poziomie zaczynamy działać ponad podziałami. Da się to robić, co prawda nie udało nam się zaktywizować pozostałych samorządów do organizowania Babskiego Wieczoru,  który miał za zadanie być ponad podziałami politycznymi, przede wszystkim zaktywizować wszystkie samorządy, po to aby zrobiły jedną dużą, na miarę dużego miasta powiatowego, imprezę.

Czy ludzie patrzą na przynależność partyjną – tak patrzą, ale nie jest to takie twarde spojrzenie, że ich sympatia jest już przesądzona. Ludzie bardzo patrzą na to właśnie co robisz, jak postępujesz, jak jesteś skuteczny w działaniu, po  jakie metody sięgasz przy wykonywaniu tej pracy. Myślę, że poszukiwanie różnic po kluczu politycznym, partyjnym tak nie do końca się sprawdza.

A ja wierzę w to,  że niezależnie od poglądów poglądów politycznych –  tutaj nawet zacytuję wypowiedź Adama Świcia, którą dostrzegłem  we Wspólnocie,  jak ocenia pracę i jaki ma stosunek, bodajże do byłego już posła pana Sławeckiego,  powiedział „jest dyrektorem Wojewódzkiej Biblioteki, jakoś mu to wychodzi, to po co to psuć?” – można to robić w taki sposób, by nie prowadzić wojny polsko-polskiej, uważam, że to właśnie wewnętrzne konflikty najbardziej nam szkodzą.

J. K. : Żadne działania zewnętrzne nie przynoszą skutku, jeśli nie ma wewnętrznych podziałów. One tylko podsycają.

Dlatego jesteśmy otwarci na współpracę ze wszystkimi, którzy chcą z nami współpracować, nie dzielimy, nie oceniamy ludzi przez pryzmat partii,  do której należą. Zależy nam na wspólnym dobru, korzyści naszej gminy, powiatu, regionu, naszej społeczności bo to jest najważniejsze. Po to jesteśmy.

J.K.: Miał Pan wcześniej propozycję do kandydowania w wyborach samorządowych, dlaczego je Pan odrzucił?

Tak,  oczywiście miałem wcześniej propozycje kandydowania  to były wybory w 2006 i 2010 roku, no i za każdym razem je odrzucałem. Pracowałem w sądzie, nie miałem czasu zająć się życiem lokalnym i odkładałem to na potem. W 2010 roku grupa mieszkańców zwróciła się do mnie z propozycją startu w wyborach, odparłem że jest zbyt późno, to były faktycznie ostatnie momenty do zgłaszania kandydatów, że nie chcę bez przygotowania do tego przystąpić,  ale porozmawiamy za cztery lata, no i po czterech latach powróciliśmy do tego tematu. .

Ja tak naprawdę wiedziałem,  że w naszej gminie nie dzieje się najlepiej, ale cały czas miałem nadzieję i łudziłem się, że to jednak się poprawi. Nie można kogoś na starcie czy w trakcie deprecjonować, mówić:  że wszystko robisz źle. Każdy ma prawo popełnić błąd, ale każdy ma też obowiązek wyciągnąć naukę z tych błędów.

Dzisiaj, z perspektywy czasu tak nie do końca jestem przekonany że dobrze uczyniłem nie startując w wyborach w 2010 roku, bo wiem że to, co bardzo ważne w życiu gminy, jeśli chodzi o taką sferę materialną, to są fundusze zewnętrzne, to był  doskonały czas na ich pozyskiwanie,  na bardzo wiele działań. Nasza gmina sobie z tym nie poradziła, nie wykorzystała dobrego czasu i sprzyjających okoliczności. Być może mam trochę żalu do siebie, że nie kandydowałem we wcześniejszych wyborach. Może gdybym zdecydował się wcześniej udałoby się uniknąć wielu złych rzeczy takich jak ta w szkole w Sobolach.

J.K.: Co zadecydowało o tym, że podjął Pan decyzję o kandydowaniu na wójta?

Jakby nie patrzeć,  te 16 lat pracy na stanowisku wójta pana Jana Łaskiego, ten taki marazm, zastój, rada gminy nie zmieniała się, była praktycznie ta sama,  nie było nowych pomysłów,  także nie było nowych trendów w działalności gminy. Nie działo się dobrze, a nie miało prawa dziać się niedobrze, powinno dziać się  tylko i wyłącznie dobrze.

Władza uzależnia i deprawuje. Nie wiem, czy uzależniła kogoś przez 16 lat czy zdeprawowała – nie mi o tym wyrokować – ale wystarczy powiedzieć,  że postanowiłem kandydować,  bo to był mój obywatelski i moralny obowiązek. Trzeba było przywrócić normalność.

J. H.: Jakie były początki pracy wójta?

Nie były tak bardzo różowe. Organ sprawczy, decyzyjny, uchwałodawczy, jakim jest Rada Gminy, podzielił się na dwa obozy. Część zwolenników nowo wybranego wójta nazywana była tą częścią rządzącą, chociaż miała o jeden głos za mało, żeby mieć większość. A z kolei druga część de facto miała przewagę liczebną i nazywała się „opozycją”. To jest takie odwrócenie pojęć.

Nie była to sytuacja komfortowa – moim zasadniczym celem pracy z radą było to, żeby radzie, która wymieniła się w zasadzie w ponad połowie stanu osobowego – byli to w większości młodzi ludzie, którzy na te 4 lata związali się z samorządem – chciałem zaproponować pracę ponad podziałami. Dlatego moją propozycją było, żeby przewodniczącym rady został człowiek bodaj jedyny, z dużym doświadczeniem radnego, bo od początku samorządności był radnym, pracował w radzie, był jej wieloletnim przewodniczącym. Był i jest nadal człowiekiem obytym z procedurami, także z postępowaniem z radnymi jako ludźmi. Mam na myśli radnego pana Ryszarda Nieśmiałka.

Niestety, nie udało się tej propozycji przeprowadzić, zaważyły inne względy. Myślę, że nawet nie natury politycznej. Po 10, 11 miesiącach Prezydium Rady zostało zmienione przez radnych, którzy sami dojrzeli do tego, że nie może być w ten sposób, by posiedzenia były prowadzone w sposób nieudolny. Rola przewodniczącego nie jest może jakoś znacząca, bardziej ma charakter porządkowy, normujący pracę rady, ale to też musi być człowiek świadomy, który zna swoje uprawnienia, wie, w jaki sposób te obrady poprowadzić. Wie, kiedy pozwolić na dłuższą dyskusję i kiedy ta dyskusja przeradza się w dowolne powtarzanie być może tych samych zwrotów. Państwo radni uznali, że czas jest na taką zmianę i ją przeprowadzili.

J. H.: Z jakich osiągnięć jest pan zadowolony? 

Najbardziej cieszy mnie to, że wraz z mieszkańcami budujemy lokalną wspólnotę. Nie dzielimy na lepszych, na gorszych – to są zawsze ci sami ludzie, obywatele, którzy mają takie same prawa i potrzeby jak wszyscy inni – staramy się te potrzeby zaspokajać. Jest to wspólny wysiłek tak lokalnych działaczy, ludzi kultury, sportu, sołtysów, rad sołeckich, także radnych, zaangażowanych rolników, przedsiębiorców, rodziców, nauczycieli, młodzieży, seniorów i chciałbym, by wszyscy mieszkańcy gminy, od jednego jej krańca do drugiego, mogli z dumą mówić o naszej małej ojczyźnie.

J. K.: Po objęciu funkcji wójta nie było zmian personalnych. Dlaczego?

Wyznaję zasadę, że urzędnicy powinni być osobami, mimo że mającymi poglądy polityczne, ale apolitycznymi i w wykonywaniu swoich funkcji nie powinni kierować się emocjami. Powinni być fachowcami. Uznałem, że po pierwsze są to ludzie, po drugie – pracują w tym urzędzie i nie tylko zostali zatrudnieni przez mojego poprzednika, ale jeszcze przez poprzedniego wójta, pana Józefa Wójcika. I to doświadczenie i zdobyta wiedza generalnie powinny być zasadniczym i podstawowym kryterium oceny ich pracy, a nie to, że pracowali w minionym systemie.

Z perspektywy czasu powiem, że to nie było złe posunięcie. Moja diagnoza, którą postawiłem na samym początku była prawidłowa. Faktycznie – to są ludzie fachowi, w zdecydowanej części bardzo doświadczeni. Posiadający wiedzę nie tylko teoretyczną, ale także praktyczną, którą niestety, w żaden sposób ocenić się nie da. Jednak mimo tego były osoby, które straciły prace.

J. K. : Co z perspektywy czasu można było zrobić lepiej albo inaczej?

Zapewnie każdy z nas ma takie stany, kiedy zrobi coś – wybuduje dom, kupi samochód – i powie: „A, mogłem inaczej to zrobić.” Zawsze tak jest. Tak, niekiedy miewam takie myśli, że mogłem zrobić inaczej, aczkolwiek nie kwestia w tym, czy można było zrobić inaczej, tylko w tym – jak wykorzystać to na przyszłość. Co zostało zrobione, w zasadzie tego nie poprawimy.

Osobiście widzę wiele takich rzeczy, w poprzednich kadencjach, od początków samorządności, od roku 1990, które można było zrobić inaczej. I one mają być dla mnie wiedzą na przyszłość, dlaczego mamy zrobić tak, bym potem sam nie myślał, że mógłbym to zrobić inaczej. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. To też wymaga czasu – pewne rzeczy robione ad hoc nie są dobre.

 

II część wywiadu – za tydzień

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Wystawa Antoniego Gładuna

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Historia zamknięta w fotografii

Skomentuj