Darmowy Program PIT

Na Wschodzie traci się ludzi – wywiad z Januszem Szymańskim

O początkach swojej teatralnej drogi, zielonogórskim zagłębiu talentów, wymagającym Grotowskim, naszej wschodniej mentalności, genezie „Dialogów” – z Januszem Szymańskim rozmawiają Adam Świć i Jakub Hapka

A.Ś.: Czy ktoś proponował Ci dyrektorowanie w ROK-u?

Były takie niezobowiązujące rozmowy. Uważam, że instytucja Domu Kultury w Radzyniu nie istnieje. Tak naprawdę, trzeba ją budować od zera. Bycie dyrektorem w takiej instytucji wiązałoby się ze stworzeniem nowej załogi, który pracowałaby bez istniejących naleciałości historyczno-politycznych. Jeśli byłaby możliwość stworzenia zespołu kompletnie nowego, gdzie należałby to tylko do dyrektora, a nie osób trzecich, to myślę, że jest to możliwe.

A.Ś.: Czyli absolutna wolność. Wykonujesz pracę, zupełnie inną od tego, co robisz jako człowiek teatru. Czy czujesz, że chciałbyś się tej pracy poświęcić na co dzień?

Nie do końca wiem, czy to rzeczywiście byłoby wtedy fajne. Jeśli jest to rodzaj hobby, które do niczego mnie nie zobowiązuje ani nikt mnie z tego nie rozlicza., to czuję się w tym wolny i swobodny. Bycie w instytucji, związanej z etatem, powoduje to, że jest to rodzaj jakiegoś ograniczenia.

DSC_0279

A.Ś.:  Teatr i bycie instruktorem teatralnym to jest porządny kawał Twojego życia i być może na łożu śmierci uznasz za najważniejszy.

Przygoda z teatrem najsilniej wpłynęła na moje życie. I stała się rodzajem zawodu. Nie ukrywam, że z tego całkiem dobrze żyję. Warsztaty międzynarodowe czy wyjazdy, gdzie robi się projekty europejskie, to są bardzo przyzwoite pieniądze. Można powiedzieć, że to jest hobby, z którego zarabiam. Zajęcia ze studentami, wykłady. Jednak te pieniądze nie są systematyczne.

Praca stabilna, z comiesięczną, konkretną wypłatą daje jakąś stabilizację, kurek bezpieczeństwa. Natomiast nie ukrywam, że zawsze interesowałem się komputerami. Jestem z wykształcenia matematykiem i programistą, uczyłem się tego na studiach. I też to lubię.

J.H.: Od 1986 roku zajmuje się pan technikami parateatralnymi z zakresu teatru, ekspresji ciała i ruchu. Skąd wzięła się ta pasja?

Źródło jest strasznie zawiłe. Cała przygoda zaczęła się od tego, że dwóch moich bliskich przyjaciół ze szkoły podstawowej w Szprotawie (stamtąd pochodzę)  zaćpało się na śmierć. Stojąc nad ich grobami, mając 15 lat, stwierdziłem, że coś z tym chcę zrobić i po prostu udałem się do Monaru, młodzieżowego ruchu na rzecz przeciwdziałania narkomanii. Powiedziałem, że chcę coś zrobić, żeby pomagać ludziom, by nie wdepnęli w narkomanię. I wtedy powstał taki projekt profilaktyki młodzieżowej, który był bardzo nowoczesny. Niemcy się  tym bardzo interesowali. Było to po prostu streetworker’stwo, później zostało spopularyzowane. I Marek Kotański powiedział mi tak: Janusz, rób co chcesz, wybierz sobie jakąś dziedzinę, ja cię w niej wykształcę, za nie wiem jakie pieniądze. Nie masz ograniczeń, ale będziesz  to musiał robić na ulicy z ludźmi.

Powiedziałem: Dobrze, niech to będzie teatr. Najpierw skończyłem mnóstwo różnych kursów, spotkań. To były spotkania z Andrzejem Komorowski, Jerzym Grotowskim, , z ludźmi, którzy pracowali w streetworkerstwie, ludzie teatru ulicy, Jeleniogórskie Spotkania Uliczne. Wiele wyjazdów do Niemiec, Warszawy – na różne spotkania, z Ewą Wiśniewską, Janem Peszkiem, Olgą Tokarczuk którzy nas kształcili w ramach programu profilaktyki. Później trzeba to było wykorzystać na ulicy, wyjść do ludzi, wykorzystać to w pracy z młodzieżą, która siedzi pod garażami i nie wie, co ze sobą zrobić. Robiłem te grupy w Legnicy, Jeleniej Górze, Zielonej Górze. Jeździłem po tych grupach, tam powstawali kolejni liderzy. I zrobił się taki duży ruch teatralny. Skupiało to dużą grupę młodzieżową, lekko mówiąc, patologiczną. To wszystko polegało na rówieśnictwie. Młodzież licealno-techniczna. To był początek, potem się to przerodziło w kontakt z wieloma grupami w całej Polsce –  np. Kielce -jeździłem jako kształcący liderów, którzy potem pracowali z tymi grupami na stałe.

Potem był  taki duży projekt fundacji polsko-amerykańskiej Promocja Talent Postęp. To były lata 80-te, były to w Polsce bardzo rzadkie rzeczy. Ktoś mnie wyłapał, że robię to w wielu miejscach i dostałem wieloletnie stypendium fundacji amerykańskiej. Pozwoliło mi to skończyć technikum, studia, wykształcić się, kupić materiały, książki. To były bardzo duże pieniądze, jak na tamte lata. Spokojnie mogłem za to wyżyć jako student.

Moje kulturalne początki rodziły się w Zielonej Górze. W otoczeniu kabaretu POTEM, Irka Krosnego i zespołu Raz, Dwa, Trzy. To wszystko działo się w naszym akademiku w klubie „Zatem”. To kulturalne życie akademickie wywarło na mnie duży wpływ.

DSC_0274

A.Ś.: Jak postrzegasz Radzyń w zestawieniu z tą Zieloną Górą i w ogóle Polską Zachodnią, bo do dziś się nas sobie przeciwstawia? Ty poznałeś „obie” Polski.

Przyjechałem tu za żoną. Poznaliśmy się na obozie teatralnym, prowadziłem zajęcia. Tak zostało – ponad 20 lat jesteśmy małżeństwem. Sama ta różnica…Pamiętam, jak tutaj przyjechałem. Najpierw w Lublinie, gdzie pracowałem w stowarzyszeniu „Kuźnia” z młodzieżą patologiczną i w Teatrze Andersena. To był dla mnie taki mocny szok. Kulturowy, obyczajowy, ludzki.

Gdybym miał jednym słowem powiedzieć, coś, co było najbardziej dla mnie dziwne – tu się nagradza za normalność. Jeżeli ktoś normalnie pracuje, wypełnia swoje obowiązki to dostaje natychmiast nagrodę. Byłem w szoku, bo co nie zrobiłem to dostawałem jakieś dyplomy, nagrody. Po prostu nie wiedziałem o co chodzi, dlaczego, jak to się dzieje.

To trochę stereotyp dzielenia Polski na Wschód i Zachód. Tak naprawdę wszędzie są ludzie. Festiwale teatralne, czy obecnie modne warsztaty – w tych środowiskach, w różnych miastach – to wszystko są konkretni ludzie. To nie jest wschód, ani zachód. Tylko jest człowiek na danym miejscu, który stwarza tam i różne relacje, atmosferę wydarzenia i to, że się tam ludziom chce, albo nie chce przyjeżdżać. To nie jest kwestia miejsca, tylko człowieka, który w tym miejscu żyje – przyciąga albo nie.

A.Ś.: Chyba nasza mentalność jest inna. Popatrzmy na wyniki wyborów – Wschód/Zachód, pewne zachowania społeczne itd.

To jest naturalne w pewien sposób. Ci ludzie się różnili. Tutaj żyją bliżej granicy wschodniej, tam – zachodniej. Pamiętam swoje czasy szkolne, gdzie się szło do ruskich koszar, prosić o cukierki, których w polskim sklepie nie było. A z drugiej strony była możliwość wyjazdu do NRD, do Drezna, gdzie jeździliśmy po buty salamandry…Widzieliśmy inny świat. I to też było coś, czego nie było tutaj. Jechać na dawną granicę rosyjską – to jest dalej inny świat. Różnica sąsiedztwa, kontaktów miała bardzo duży wpływ. Widać to po młodzieży, która teraz otworzyła się na świat, zobaczyła jego inność i zaczyna inaczej myśleć, funkcjonować w tych danych swoich małych środowiskach.

A.Ś.: Dużo pracujesz na Wschodzie – Ukraina, Rosja. Co możesz ciekawego powiedzieć o tych młodych ludziach, z którymi się tam stykasz?

W dużych projektach – na Ukrainie i Białorusi – jest bardzo dużo młodych ludzi, którzy bardzo chcą coś zrobić, wyjechać, zobaczyć, stworzyć coś na miejscu u siebie. A co najfajniejsze w tym wszystkim, jak się tam z nimi porozmawia na miejscu, wieczorem przy piwku – to się okazuje, że oni naprawdę nie chcą wyjeżdżać z tych swoich krajów. Oni naprawdę są patriotami, chcą budować kulturę tam na miejscu i chcą ten świat zobaczyć po to, żeby się czegoś nauczyć i przywieźć do siebie. Oni są naprawdę mocno zaangażowani, robią fajne rzeczy. Są wielojęzykowi, bardzo poważni w rozwoju młodzieżowym, bardzo konkretni – wiedzą, czego chcą. Naszej polskiej młodzieży tego brakuje…

Sama Rosja powala mnie od wielu lat klasyką. Teatr rosyjski, który też jest światową awangardą, bazuje jednak na potężnie wypracowanej klasyce, która niesie ze sobą piękno, coś, co dociera do każdego, niezależnie od wieku. Nie szuka szokowania sztuką. To różni Rosję od Zachodu. Jest zakorzeniona w tej pięknej, wypracowanej klasyce. Zachód szuka czegoś łatwego, szybkiego. Czegoś, co dotrze do nas poprzez szok, a tak naprawdę działa na nas krótko.

A.Ś.: Jak sam powiedziałeś, zetknąłeś się z Grotowskim. Chcę spytać o Twoich największych, najważniejszych mistrzów – co Ci dali?

Mistrzów było wielu. Grotowski był ideałem, rodzajem guru, Boga. Najwięcej pracowałem z Andrzejem Komorowskim – uczniem Grotowskiego. Pracując z nim przez wiele lat, wynosiło się takie doświadczenie. Pamiętam jedno z takich zajęć, gdzie przychodziliśmy robić improwizacje w 3-4 osoby. Pracowaliśmy ze 2 godziny, wydawało się nam, że jest to szczyt naszych możliwości. A potem padał tekst: Super, chłopaki, rozgrzaliście się, to coś pokażcie. To noszę w sobie do dzisiaj. To, co w naszej ocenie jest na jakimś poziomie, co warto pokazać, sprzedać drugiemu człowiekowi, pokazuje, że jesteśmy dopiero na jakiejś warstwie wierzchniej. Ta warstwa jest naprawdę wszędzie. Żeby dokopać się do czegoś, co niesie przekaz nie związany z komunikacją werbalną, docierający do naszego podbrzusza, to my sami musimy się do tego dokopać i wymaga pracy. A nie jest to lekkie, łatwe i przyjemne.

A.Ś.: Twoi najzdolniejsi uczniowie?

Jestem bardzo zadowolony z Przemka Buksińskiego, który robi potężną robotę w Lublinie. Mnóstwo rzeczy, rozpropagował impro – nowy nurt teatralny. Jest też mnóstwo ludzi, którzy już mnie ściągają na warsztaty, są zawodowcami, profesjonalistami, aktorami. Piszą sobie w CV, że byli na „Dialogach” w Radzyniu. Jest kilku aktorów, Aśka Stanowska, która robi swój teatr w Płocku – zawodowa aktorka. Jest Paweł, który zajmuje się fireshow’em (będą w tym roku na „Dialogach”). Z okazji XX-lecia będzie ich pokaz.

Aśka Brodzik, która być może wpadnie, ale niestety jest za granicą. Może mniej to widać w jej rolach serialowych, natomiast zrobiła ogromną robotę. Jak byłem na jej 40-leciu, gdzie była cała śmietanka filmowo-teatralna, od Pazury przez Lubaszenkę i naprawdę fajnych ludzi. Było niesamowitym zdaniem, padającym publicznie, gdzie ona mówi, że jest tutaj, gdzie jest tylko dzięki mnie. To jest coś, na co się jakoś tam czeka. Takich osób jest kilka. Nie chodzi o to, że ktoś tam o tym mówi, tylko co robi.

Słyszę, że ktoś śpiewa, ktoś robi projekty, ktoś robi teatr.

A.Ś.: A czy z radzyniaków chciałbyś kogoś wyróżnić?

Z radzyniaków na pewno, ewidentnie, przez wiele lat, z wypracowanym środowiskiem animatorskim, jest Aśka Winnik, która wyjechała niestety z tego miasta, będzie na „Dialogach”. Przez wiele lat pracowała z nami, robiła ten teatr i całe środowisko kulturalne. Zajmowała się pomocą przy „Oranżerii”, przy wszystkim, co się działo w kulturze. Natomiast nikt jej nie zauważył. Ania Grzesiak która organizowała przez wiele lat Targi Próżności i wiele innych osób które niestety opuściły nasze miasto. To jest też problem wschodu. Traci się tu ludzi. Zachód wyłapuje ludzi i potrafi to robić. Natomiast na wschodzie nie szanuje się tego, co ludzie potrafią. Nie potrafi się zauważyć tego, co robią.

A.Ś.: I robią przez lata coś społecznie…

Osoby, które robią to po cichu, nie chcą się wybijać, to po prostu nie mają szans, by ktoś ich wyłapał. Natomiast moja przygoda z Zielonej Góry – nagle ktoś mnie wyłapał, ufundował mi stypendium, w czymś mi pomógł itd. Ja nigdy niczego nie szukałem, to samo przychodziło. W naszym środowisku jest tak, że jak ktoś nie jest silny, nie potrafi się gdzieś tam wkręcić, nie ma „pleców”, ale jest świetnym pracownikiem, animatorem – to zostaje tutaj przybity, zagłuszony, nie znajdzie szans na to, żeby się zrealizować

J.H.: W 2000 roku ukończył pan kurs z improwizacji kontaktu w Bremie. Proszę nam o tym opowiedzieć

To był przełomowy dla mnie moment. Załapałem się na to,  nie wiem jakim cudem. Dostałem zaproszenie, żeby przyjechać do Warszawy, pod Pałac Kultury. Będzie wyjazd do Bremy, na projekt związany z nowością, wchodzącą wtedy do Polski – improwizacją kontaktu. Teraz jest to już bardzo modne, popularne  w świecie współczesnej kultury teatralnej. Przeżyłem szok, wsiadłem do pięknego autokaru, gdzie witając się z ludźmi, którzy tam siedzą – dowiedziałem się, że jest tu baletmistrz ze szkoły bytomskiej, jakaś pani, która robi amerykański teatr tańca, ktoś, kto jest w projektach w Norwegii, z opery warszawskiej. Wszyscy po prostu profesjonaliści pełną gębą, z górnej półki. I szczerze mówiąc, miałem taki moment, przed odjazdem tego autokaru, gdzie pomyślałem: ja stąd spier… . Po prostu, nie dam rady. Ale tam też poznałem Iwonę Olszowską. To był szok, pojechałem na 2 tygodnie do tej Bremy. Zostałem wrzucony w taki projekt pracy od rana do nocy, łącznie z nocą – też się tam pracowało z profesjonalistami z Belgii i z Holandii.

Wtedy dużo się nauczyłem pracy z ciałem, zupełnie innej niż do tej pory się zajmowałem. Dosyć mocno rozszerzyło to moje horyzonty. A z drugiej strony nawiązałem bardzo fajne kontakty z ciekawymi ludźmi. Do dzisiaj to funkcjonuje i trwa.

Janusz-Szymański

J.H.: Jest pan długoletnim współpracownikiem Centrum Arteterapii w Lublinie oraz członkiem Polskiego Stowarzyszenia Terapii przez Sztukę.

To, co my w Centrum Arteterapii, próbujemy zrobić, to rzeczywiście żeby arteterapia była terapią. Żeby nie było to tylko sama nazwa. 5 lat pracy arteterapeutycznej będzie można porównać do 5 lat pracy „lekomańskiej”, czyli tam , gdzie pacjenta rzeczywiście się prowadzi przy pomocy leków, lekarzy i to robimy w postaci badań naukowych. Pokaże to, czy rzeczywiście arteterapia jest skuteczna. Jeśli ma być samą przyjemnością dla pacjenta, to tez jest fajna rzecz. Ale użycie „terapii” w jakimkolwiek słowie wiąże się z konsekwentnie prowadzoną pracą i pytaniem: czy do czegoś prowadzi?

Jest dużo takich miejsc, jak Domy Pomocy Środowiskowe itd., gdzie się próbuje mówić, że prowadzi się tam ceramikoterapię, teatroterapię, muzykoterapię -ok. Pytanie – jak ktoś to prowadzi? Niech pani pokaże kartę pacjenta sprzed 5 lat, jaki jest cel np. muzykoterapii, którą pani prowadzi w ośrodku? Do czego pani doprowadziła tego pacjenta? Okazuje się, że nikt w ogóle o tym nie myśli. Nie, ja gram z nimi, śpiewam z nimi – To pani robi sobie zabawę ogniskową, nie robi muzykoterapii. To jest coś pozytywnego, ale nie nazywajmy tego wielkimi słowami. Teraz jest przegięcie w tę stronę, że wszystkie zajęcia nazywamy terapią. Jeżeli tak jest, to znaczy że wszyscy jesteśmy chorzy. Ale wcześniej robiono to samo i nazywano to „zajęciami z muzyką, z teatru”, a teraz nazwali to, aby to ładnie czy nowocześnie zabrzmiało – teatroterapią. Oczywiście, samo wyjście na scenę jest już jakąś terapią…

Ale Polskie Stowarzyszenie Terapii przez Sztukę, które mamy w Lublinie (obecnie jestem jego w-ce prezesem), działające przy UMCS-ie. Staramy się robić to tak, by działania terapeutyczne rosły w poziomie naukowym. Żeby rzeczywiście można było zrobić jakąś wykładnię, chociażby wyznaczenia kierunku, realizowanego na studiach. UMCS realizuje muzykoterapię, tam też wykładam. Porównujemy to do angielskiej szkoły w Londynie, gdzie mamy znajomych. Są to jednak dwa różne światy. Tam, żeby zostać muzykoterapeutą, trzeba przeprowadzić wiele sesji z pacjentami, nadzorowanych przez wiele osób. Obgadać to, zobaczyć jakie cele się osiąga itd. U nas wystarczy skończyć studia i mieć papier.

Daleko nam do tego, żeby studia kształcące terapeutów były na takim poziomie, że zdobywają oni praktyczne umiejętności, a nie tylko samą książkową wiedzę.  Zresztą w ogóle u nas studia mają z tym problem.

J.H.: Na czym polega, wykładany przez pana przedmiot, „Ekspresja ciała”?

Tak to kiedyś nazwałem i tak to funkcjonuje dzisiaj, w wielu uczelniach zostało przyjęte. Wiele lat temu zacząłem to robić na kierunkach PR. Dosyć mocno wyprzedzałem wiedzę uniwersytecką w tej dziedzinie. A wiązało się to przede wszystko z umiejętnością kłamania.

Nasza komunikacja polega na tym, że język stanowi tylko 7% naszej komunikacji, reszta – to jest ciało. Te „komunikaty” czytamy. Jak się nauczyć to czytać? Jak nauczyć się bardziej to pokazywać? Jak wykorzystać to w polityce, menadżeringu itd. Były zainteresowane uczelnie prywatne. Przez 10 lat wykładałem to na public relations. Dla rzeczników prasowych, dla osób chcących się prezentować na zewnątrz i używać swojego ciała.

Dlaczego ekspresja ciała? Bo jest to właśnie związane z naszą ekspresją, tym co mamy, na co dzień. Mamy określoną ilość znaków, zakres, który jest taką naszą kulą, zbudowaną przez wiele lat. I tak naprawdę, jedyną formą poszerzenia tej kuli, jest umiejętność dialogowania z drugą osobą. Jest wiele sposobów rozbudowywania tej kuli. Najprostszą jest coś takiego, że trzeba oddać nasze ciało w ręce drugiego człowieka. Dlatego, że dopóki nasz umysł, siły fizyczne funkcjonują same, bez czyjejś ingerencji, one się poruszają w tej zamkniętej kuli. My nigdy nie wykroczymy poza nią. A w momencie, gdy oddamy rękę drugiemu człowiekowi, on zacznie nam tą ręką manewrować. Wykona ruch, którego my sami nigdy byśmy nie wykonali. Bo nasz umysł nie zna tego schematu ruchowego. Natomiast ciało ma swoją pamięć. Jeśli ktoś nam jakiś ruch pokaże, to gdzieś tam w głowie zostaje, mimo że może on fizycznie nie będzie w stanie być pokazany.

Dlatego też kontakt został tak mocno rozwinięty w sztuce. Improwizacja polega na tym, żeby uczyć się pracy z drugim człowiekiem, grupą, dialogowaniem…Stąd też nasza nazwa „Dialogów”. Powstała z myślą o tym, że dla mnie dialog jest jedyną formą tworzenia czegoś nowego. Jedna osoba tworzy coś, druga – coś, ale dopiero dialog tworzy coś, czego nie stworzą ani jedno, ani drugie.

A.Ś.: Zawsze mnie ta nazwa zastanawiała. Dialogi odnoszą się raczej do werbalizacji, do słowa. A u was nie ma słów, albo prawie nie ma. To ciekawe, że to przetrwało 20 lat w Radzyniu. To najdłużej trwająca impreza cykliczna, która przetrwała w naszym mieście.

J.H.: We Lwowie prowadził pan nawet trening on-line, na czym polegał?

Była taka przygoda. We Lwowie powstała grupa, gdzie mieliśmy cykliczne zajęcia na Uniwersytecie Katolickim. Bardzo fajnym uniwersytecie, gdzie bardzo mi się podobało. Pierwszy szok, gdy przyjechałem tam na pierwsze zajęcia. W związku z tym, że robię to w weekendy, żeby jak najwięcej tych zajęć zrobić, postanowiliśmy, że ja w piątek wyjadę z Lublina o 13.00. Dotarłem do Lwowa na 19.00. Godzinka przerwy, żeby coś tam zjeść. Po 20-tej się umówiliśmy, że zrobimy zajęcia jeszcze.

Wchodzę na ten uniwersytet, a tam – wszystkie światła się świecą. Piątek, 21.00 (śmiech) I pytam: co tam się dzieje? Tylu studentów? Normalnie, zajęcia poza przedmiotowe, praktyczne. Spotkania, rozmowy. Dla mnie to był szok, bo mam zajęcia na polskich uniwersytetach i wiem, jak to wygląda (śmiech). Dlatego to była fajna przygoda.

Tam powstała cykliczna grupa, gdzie spotykaliśmy się co 2,3  miesiące. 3-4 dniowe warsztaty. Wypadła mi taka historia, że musiałem zostać tu w związku z awarią w mojej firmie, w PGE. Miałem być na miejscu pod telefonem. No i nie mogłem wyjechać w tym umówionym terminie, wcześniej zaplanowanym, gdzie były ludzie umówieni, sala itd. Jedna z organizatorek, tam na miejscu, stwierdziła: No to może byśmy zrobili to online?  – No ale jak, no gdzież!? – No, połączymy się kamerką, tam zorganizujemy rzutnik. Zorganizowali go na całą ścianę. Zrobiliśmy warsztaty „onlinowe”. Ja je prowadziłem z domu, oni byli na sali. Część rzeczy robili sami, część – współpracowaliśmy razem. Szczerze mówiąc, bardzo się tego bałem, ale nie wyszło to najgorzej.

DSC_0277

 

J.H.: Przed nami XX-lecie „Dialogów”. Od 1995 roku jest pan organizatorem i prowadzącym Warsztaty Teatralne. Jak zrodził się pomysł tego ambitnego przedsięwzięcia?

Jak zacząłem robić te warsztaty, przyjechałem, poszedłem wtedy do dyrektora Sozoniuka, pokazałem materiały z gazet zielonogórskich, bo nie miałem żadnych papierów na prowadzenie zajęć, poza tym, że byłem pedagogiem z wykształcenia. Miałem uprawnienia pedagogiczne. Po przeczytaniu tych różnych wywiadów, stwierdził: No dobrze, spróbuj.

A.Ś.: Podkreślmy to, że za czasów Bohdana Sozoniuka rozpoczęły się dwie najdłuższe, trwające do dzisiaj imprezy kulturalne: Oranżeria i Dialogi. To trzeba Mu oddać.

Okazało się, że bardzo duża grupa młodzieży przyszła na te zajęcia. Aśka Winnik była pierwszą z tych osób. Byli wtedy bardzo fajni ludzie. I stwierdziłem, że chcę dać coś, co jest bardziej profesjonalne. Żeby dać im spotkanie z profesjonalistami. By zobaczyli, jak to wygląda i że jest to coś bardzo konkretnego, co robimy.

To, co robiliśmy było dla nich szokiem. Teatr, który my robimy – teatr ruchu, ekspresji ciała, gdzie jest  bardzo dużo fizycznej roboty. Jest bardzo dużo pracy ze sobą samym. Często tym osobom nie wiąże się to w ogóle w głowie z teatrem. Nie kojarzy się w żaden sposób.

I teraz ich spotkanie z profesjonalistami, którzy robią rzeczywiście zawodowy teatr, żyją z tego. Pokazanie tego,że oni tak samo pracują, wydają z siebie tyle samo potu, by osiągać jakieś cele spowoduje to, że oni bardziej uwierzą w to, że taki nakład pracy jest potrzebny. Zaprosiłem wtedy znajomych z Wrocławia- Jarka Paczkowskiego, który w tym roku będzie. Wtedy przyjechał też Jacek Zuzański, który jest w tej chwili w Stanach, jeden z najlepszych polskich lalkarzy. Lalki jego są do dzisiaj w ROK-u -wielkie, stoją na strychu – były robione w czasie warsztatów. To jest postać nietuzinkowa, która jest w historii polskiego teatru lalkarstwa jedną z ważniejszych postaci.

No i to była taka przygoda, gdzie oni przez tydzień pracowali z zawodowcami. Z jednej strony to było podniesienie rangi tych zajęc, które robimy na co dzień. A także możliwość mojego rozwoju. Mam możliwość pracy z zawodowcami, to mogę stanąć też po stronie uczestnika. I nie być tylko tą osobą prowadzącą.

Myśląc dalej o „Dialogach”, chciałem zapraszać ludzi bardzo różnych. Żeby też młodzież miała prawo wyboru. Jednemu może podobać się pantomima, drugiemu – śpiewanie, a trzeciemu – taniec. I nie chodziło mi to , żeby ich związać z moją grupą, żeby zostali na lata, tylko żeby poznali różne formy na bardzo dobrym poziomie, pokazane przez profesjonalistów, którzy ukazują też poziom pracy, by cokolwiek w tej dziedzinie osiągnąć. I żeby ta młodzież, przychodząca na zajęcia, chciała coś ze sobą zrobić, by określiła siebie samego – w jakiejś konkretnej robocie.

Raz była to pantomima, raz był to taniec klasyczny, czy reżyseria, czy pisanie scenariuszy – z bardzo różnymi ludźmi rozmawialiśmy. Historia pokazuje też, że jednym z prowadzących, 2 lata temu , był już „Buks”, Przemek Buksiński, który był wychowankiem tych „Dialogów”. To też fajna sprawa, że osoby które tu przyjechały na jakąś przygodę, są profesjonalistami, których ja mogę zaprosić jako osoby prowadzące.

J.H.: Jak sam pan mówił: Do Radzynia staramy się ściągnąć sztukę, która jest na fali, ale nie popularną, tylko taką, która prowokuje do myślenia jeszcze długo po zakończeniu spektaklu.

Jeżdżę po naprawdę wielu festiwalach. Jestem w jury, czasem uczestniczę w różnych rzeczach, projektach. W tej chwili jestem podbudowany teatrem w Polsce i tym, co się dzieje w Europie. Były takie lata, że jechałem na festiwale alternatywne i oglądałem 40 spektakli, na których w 36 była goła baba. To fajnie działa raz, ale w pewnym momencie staje się bez sensu kompletnie. I pojawił się jakiś moment załamania, że ten teatr światowy, europejski idzie w takim kierunku szokowania bez treści.

Treść przestała być ważną rzeczą. Jest wiele młodych teatrów, gdzie rzeczywiście wraca się do czegoś, gdzie scenariusz jest ważną rzeczą. Nawet przy budowaniu impro, zakłada się już pewne rzeczy i myśli się, co widzowi powiedzieć.

Teatru nie zrobimy bez trzech rzeczy: aktora, widza i scenariusza. Jeśli którakolwiek z tych rzeczy leży, to nie ma teatru. Jeśli nie mamy dobrego aktorstwa, scenariusza, widza – nie mamy teatru. Te trzy rzeczy muszą współistnieć.

Natomiast nie ukrywam i to jest wieloletnia moja nauka, że kultura nie jest dla wszystkich. W ogóle się tego nie boję. Dobry teatr też nie jest dla wszystkich. I pytanie: czy my musimy to robić jako coś popularnego, gdzie przychodzą tłumy? Nie, ja sobie cenię 30-osobową widownię, która będzie o tym dyskutować.

/Prowadzący wywiad wpadają w śmiech/

J.H.: Wiesz, czemu się śmiejemy?

A.Ś.: Przypomniało nam się to, co mówił Bill Murray w filmie „Tootsie”:

 [Nie chcę pełnej sali w Winter Garden Theatre.  Chcę 90 ludzi, których właśnie zmoczyła największa ulewa stulecia.  To jedyni żywi ludzi na tej planecie…dopóki nie wyschną. Chciałbym mieć teatr otwarty tylko w czasie deszczu ]

To jest prawda. Bywam na takich teatrach, np. „Odin Teatret”, który robił spektakl o Andersenie 2,3 lata temu, gdzie robi się to dla małej widowni, 50 osób – robi się potężne przedsięwzięcie. Potężny teatr, który robi niesamowity spektakl. I oni nie chcą tłumu, interesują ich określone osoby. One dostają zaproszenie – z całej Polski, wybierane są pośród znajomych. Chcą dotrzeć do konkretnego widza. Ich nie interesuje pozostała część tłumu.

A.Ś.: Kultura zawsze była elitarna i nie uciekajmy od tego.

Fajnie działa scena w Radzyniu, jestem naprawdę zadowolony z tych ostatnich wydarzeń. Jolanta Juszkiewicz, która wystąpi na otwarciu „Dialogów” – jeden z ciekawszych spektakli historycznych w Polsce, monodram. Zapraszam 1 sierpnia o 20.00. Przyjedzie z Warszawy, zagra, potem jedzie na brazylijski festiwal teatralny gdzie zagra spektakl, który można było obejrzeć w Radzyniu rok temu.

Trochę się tego spektaklu boję, bo być może będzie on po angielsku. Zobaczymy, być może będzie on częściowo po angielsku, częściowo po polsku. Z drugiej strony, myślę, że ciekawy eksperyment. Jest to jakaś otwartość.

Ale też Iza Kała – w Polsce to ewenement, co ona robi. W Radzyniu było pół sali, która się świetnie bawiła na tym spektaklu.

J.H.: Byłem, potwierdzam.

Robią furorę tym spektaklem. Jest to w Polsce projekt znany i realizowany na najwyższym poziomie. A w Radzyniu był jako jeszcze nie znany.

J.H.: Co Radzyniacy zobaczą podczas XX-lecia „Dialogów”?

Różnica jest duża. Zazwyczaj, co roku pokazujemy spektakl powarsztatowy i zaproszonego gościa. Natomiast w tym roku na początku będzie wydarzenie „Dialogów” i na zakończenie. Na otwarcie, 1 sierpnia będzie można zobaczyć spektakl historyczny na temat księżnej krakowskiej z XIII wieku. I będzie też otwarcie wystawy fotograficznej z XX-lecia. W tej chwili „Klatka” tam mocno pracuje nad zebraniem zdjęć do tej wystawy. Prawdopodobnie zrobimy tak, że o 19.00 będzie otwarcie wystawy, a o 20.00 będzie spektakl, żeby osoby, które przyjdą na wystawę od razu przejść do sali kina.

Wtedy też przyjeżdżają uczestnicy i będą mogli sobie miłym akcentem rozpocząć zajęcia. W tym roku będzie Witalij Lubota z Kijowa, Jarek Paczkowski z Wrocławia – jako osoby prowadzące i ja, jako 3 osoba. Liczba prowadzących to też ewenement. Z okazji jubileuszu jeden z naszych wieloletnich sponsorów, czyli PGE dała parę groszy więcej, niż co roku. 8 sierpnia będzie finałowy spektakl dla dzieci i fireshow.

J.H.: Wspominamy rocznicę zamknięcia Olsena. Jak pan wspomina to miejsce?

To było bardzo twórcze miejsce, spotykali się tam wtedy młodzi (teraz troszkę już starsi) którzy mieli wspólne tematy, o których można było gadać godzinami przy piwie. Miejsce, które miało niesamowity klimat, ale i czas w którym razem spotykała się niesamowicie różnorodna i zdolna grupa ludzi, która chciała robić coś wspólnie od malowania ścian, przez koncerty i happeningi.

J.H.: Na łamach „Grota” prowadził pan rubrykę „Okiem konsumenta”. Proszę opowiedzieć o tym doświadczeniu i wspomnieniach z tym związanych.

To był kawałek ciężkiej roboty, musiałem dokształcać się w przepisach dotyczących praw konsumenta. Obserwować rzeczywistość radzyńską, jakość obsługi klienta (z którą cały czas jest problem) opisywać to cyklicznie i mieć nadzieję, że komuś to w czymś pomoże. Odzew ze strony czytelników był zadziwiający, obcy ludzie zaczepiali mnie na ulicy i pytali o różne rzeczy dotyczące praw konsumenta. Teraz wiedza w tej dziedzinie jest już na wyższym poziomie rozpropagowania i prawo również się poprawiło, nadal jednak słabo wykorzystujemy nasze prawa jako konsumenci.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Uratowana dzięki szybkiej reakcji policjantów

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Dźwięk syren upamiętni rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego

Skomentuj