Darmowy Program PIT

Rok ’80 zapoczątkował zmiany, które trwają do dziś- wywiad z Józefem Korulczykiem (cz.I)

O szachach z profesorem Paśnikowskim, kulisach samorządu, współpracy z ówczesnym posłem Skomrą i bombie, która miała wysadzić go z fotela – z Józefem Korulczykiem, byłym burmistrzem, prezesem RASIL-u rozmawiają Dariusz Magier i Jakub Hapka.

Przed wami najobszerniejszy w  historii portalu wywiad, który podzieliliśmy na części. Dziś – część pierwsza.

J. H.: Panie Józefie, kiedy i w jakich okolicznościach zrodziła się inicjatywa powstania Radzyńskiego Stowarzyszenia Inicjatyw Lokalnych, którego nasz portal jest integralną częścią? W jednym z wywiadów mówił pan, że idea utworzenia stowarzyszenia narodziła się w 2002 roku, gdy po zmianie władzy samorządowej w mieście podupadła działalność kulturalna.

W czasie, kiedy byłem burmistrzem, ukazały się dwa numery „Radzyńskiego Rocznika Humanistycznego”. Nowe władze nie kwapiły się do kontynuowania tej inicjatywy, a nam szkoda było zakończyć to przedsięwzięcie. Potrzebne były jednak środki finansowe. Istnienie stowarzyszenia dawało możliwość pozyskiwania funduszy. Wraz z grupą samorządowców, która współpracowała ze sobą w latach 1998- 2002, spotkaliśmy się w tym celu w grudniu 2003. Powołaliśmy komitet założycielski, następnie rozpoczęliśmy procedurę rejestracyjną, a w marcu 2004 roku stowarzyszenie zostało już zarejestrowane.

DSC_1053

J. H.: Darek, wspominając powstanie „RRH”, mówił podczas jubileuszu 10-lecia RaSIL-u: To był czas, kiedy w Radzyniu rozkwitało wiele kulturalnych przedsięwzięć – przełom XX i XXI w. Dobry czas, kiedy potrafiono postawić na młodych i zaufać im na tyle, by pozwolić im realizować swoje idee. (…) Od początku był z nami Józef Korulczyk.

To prawda. Od samego początku rozpoczęliśmy współpracę. Pojawiły się nowe przedsięwzięcia kulturalne. Był to nie tylko „Radzyński Rocznik Humanistyczny”, ale pojawił się także konkurs satyryczny „Biały Miś”, pierwsze sesje naukowe, warsztaty muzyczne w szkole muzycznej. Zebrała się grupa osób, która prowadziła rozmaitą działalność kulturalną. Byli to młodzi, ale również kompetentni ludzie.

J. H.: Skąd wzięła się miłość do historii i decyzja, by zostać nauczycielem tego przedmiotu?

Zawsze lubiłem czytać. W szkole średniej byłem laureatem Olimpiady Wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Pamiętam, że dla szkoły wywalczyliśmy jako nagrodę magnetofon grundig. Wybór historii był zgodny z moimi zainteresowaniami. Kiedy wybierałem historię, nie myślałem o pracy. Problem pracy pojawił się po skończeniu studiów (śmiech). Akurat studia uniwersyteckie oznaczały późniejszą pracę w szkole.

DSC_1061

J. H.: Przez krótki czas był pan moim nauczycielem historii w I LO – z lekcji zapamiętałem słynne już kartkówki, gdzie było 15 minut na udzielenie odpowiedzi na 14 pytań. Przychodził pan też na lekcję bodaj z „Przeglądem Sportowym” i prosił ucznia z pierwszej ławki o podanie dowolnej liczby, dodawał swoją i tak wyłaniał się „chętny” do odpowiedzi.

Tak było. Z tym, że ty Kuba masz niewiele wspomnień z tego względu, że bardzo krótko miałeś ze mną lekcje. Były wybory, a po nich wiedziałem, że odchodzę już ze szkoły. Natomiast rzeczywiście te 14 pytań było. Ważną rzeczą jest systematyczność nauki ucznia. Jeśli nie ma systematyczności, to ta wiedza jest bardzo ulotna. Jest to słynne „3 zet” – zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Natomiast wiedzy historycznej trzeba tak nauczać, żeby była ona w miarę trwała. Te kartkówki w jakiś sposób mobilizowały, tak samo sposób odpytywania, bo nigdy nie było wiadomo, kto zostanie wylosowany. Janusz Golec zawsze wspomina, jak był pytany na trzech lekcjach po kolei. Uczniowie, gdy kończyli liceum zawsze mi mówili, żeby tego systemu nie zmieniać.

D.M.: Ale system tych sprawdzianów, o których mówisz, wprowadziłeś od razu czy po jakimś czasie?

Po krótkim czasie. Natomiast wpadłem na ten pomysł podczas lekcji o demokracji ateńskiej, ponieważ tam wybierano urzędników przez losowanie (śmiech) i to się tak narodziło. Jeśli chodzi o 15 minut… to zawsze było dłużej. To był tylko taki trik psychologiczny, żeby uczeń się spieszył i nie rozglądał się, bo miał mało czasu. Natomiast generalnie sprawdzian kończył się, jak widziałem, że wszyscy skończyli. Tak to wyglądało w praktyce.

D.M.: Nigdy nie zwróciłem na to uwagi (śmiech). Czyli jednak psychologia zadziałała.

DSC_1058

J. H.: Ile razy udało się panu wygrać w szachy z profesorem Eugeniuszem Paśnikowskim w pokoju nauczycielskim, podczas przerw?

Nigdy nie grałem sam. To była gra zespołowa. Z jednej strony był pan Paśnikowski, a drugi zespół stanowili pan Beń, pan Adamowicz i ja. Graliśmy we trzech przeciwko panu Paśnikowskiemu (śmiech). Wygrywaliśmy bardzo często. Pan Beń siedział przy szachownicy, a my po dwóch jego stronach i podpowiadaliśmy mu. Kiedy pewnego razu wygraliśmy 3 razy z rzędu, pan Paśnikowski zdenerwował się i mówi tak: „Ale ja mam i tak nad wami przewagę”. A my pytamy: „Ale w jaki sposób?” On odpowiedział nam: „Ja idę do domu i analizuję dlaczego przegrałem, a wy wygraliście i nie wiecie dlaczego” (śmiech).

D.M.: Ale oprócz tych sprawdzianów „14 na 15” i szachów to pamiętam, że można było wygrać u ciebie nieprzygotowanie, grając w tenisa stołowego. Jak wygrałeś, mogłeś mieć jedno dodatkowe nieprzygotowanie na lekcję, ale jak przegrałeś – straciłeś nieprzygotowanie. W każdym bądź razie był u nas w klasie kolega, który stracił tyle tych nieprzygotowań, że nałapał bardzo dużo dwój (śmiech).

Pracując w liceum, rozwijałem swoje zainteresowania sportowe. W związku z tym, że mam uprawnienia instruktora piłki nożnej prowadziłem szkolną drużynę w piłce nożnej. W dramatycznych okolicznościach karnymi przegraliśmy finał wojewódzki. Do dziś jest to największe osiągnięcie szkoły w tej dyscyplinie.

J. H.: Jak pan wspomina pracę w I LO?

Wspominam dobrze pracę w tej szkole. Z moich obserwacji wynika, że to była trochę inna szkoła niż dziś. Grono pedagogiczne było stateczne, ale z zasadami, mające własne poglądy, o co teraz jest trudno. Najlepszym przykładem jest to, że w roku 1980, kiedy w Polsce powstała „Solidarność”, to pojawiła się ona także w tym samym czasie i w LO. Było to grono, które miało swój kręgosłup moralny. Atmosfera także była dobra. Pamiętam jak w 1990 roku, kiedy nastąpił gwałtowny skok oprocentowania pożyczek, nauczyciele zrobili zrzutkę na spłatę pożyczki dla jednego z pracowników i później spłacał im on tę pożyczkę, co teraz jest w ogóle nie do pomyślenia.

J. H.: A sami uczniowie? Wymagania wobec nich?

Wymagania były zdecydowanie większe. Uczeń musiał się jednak więcej uczyć, niż dziś, pewnego minimum nigdy nie przekraczano. Nawet jeśli ucznia przepuszczało się warunkowo do następnej klasy, to dawało mu się partię materiału, której musiał się nauczyć i wtedy zdawał. Szansę miał do końca, ale warunek był taki, że musiał się nauczyć. Myślę, że efekty były zdecydowanie lepsze. Co tu dużo mówić, nie było takiego zjawiska korepetycji, jakie jest teraz. Zjawisko korepetycji wynikało wówczas z czego innego – z egzaminów na uczelnię. Pytania nie pokrywały się z programem liceum. Tu był ten dysonans pomiędzy wymaganiami uczelni a liceum. Jeśli ktoś brał korepetycje, to nie na miejscu, ale jeździł do jakiegoś profesora, który wiedział, jakie wymagania są na danej uczelni. To była ta różnica.

D. M: Czy w pamięci nauczyciela pozostają jacyś konkretni uczniowie? Czy śledzi się ich późniejsze koleje życia? Czy ich postępowanie przynosi Ci momenty radości lub roszczarowań? Pytam, bo sam byłem Twoim uczniem i współpracujemy razem już z 15 lat. Chyba jest takich osób więcej.

Ja miałem to szczęście, że mam nie najgorszą pamięć. W związku z tym znałem ucznia z imienia, nazwiska, numeru w dzienniku i ławki, w której siedział. To miało znaczenie o tyle, że jak sprawdzałem sprawdziany, to z góry wiedziałem, kto był w jakiej grupie i nie było możliwości podmiany pytań. Jeśli chodzi o spotkania po latach, to spotykam się z dużą sympatią. W wielu sytuacjach, kiedy spotkałem się ze swoimi uczniami, a potrzebowałem jakiejś pomocy, to zawsze ją otrzymywałem. Jak widać tutaj, nawiązałem jeszcze przyjacielskie relacje ze swoimi uczniami (śmiech). Darek, Maciek, Adam… Z Adamem byliśmy na wycieczce w Gdańsku z panią Ostasiewiczową. Była to słynna wycieczka, kiedy wspólnie pokłóciliśmy się z przewodnikiem. Dostaliśmy przewodnika, który nie chciał nas zaprowadzić pod pomnik stoczniowców. Odpowiedzieliśmy mu, że to my ustalamy program, a on ma go realizować. Kiedy pod pomnikiem stoczniowców zaczął mówić nieprawdę, zwróciliśmy mu uwagę. Na koniec odgryzł się nam, że jak tacy nauczyciele jak my mogą pracować w szkole.

 

DSC_1068

J. H. : Chciałbym zapytać o pana doświadczenie „Solidarności”

Jest to ważny element w moim życiu. Uważam się za człowieka „Solidarności”. Może dlatego, że przypadło to na okres mojej młodości. Byłem świeżo po studiach, uczyłem zaledwie trzy lata, zanim zaczęły się strajki. Pamiętam taką sytuację, kiedy na konferencji z wizytatorami, w sierpniu kiedy zaczęły się strajki, przyszła do mnie pani wizytator. Zachęcała do wystąpienia na tej konferencji. Zaczęła mi mówić, co mam powiedzieć w swoim wystąpieniu, a ja na to: „Wie pani co, jeżeli zechcę wystąpić, to ja wiem, co mam mówić”. Niestety naraziłem się wtedy. To był sierpień. We wrześniu powstawały komisje założycielskie solidarności w każdym zakładzie.

My w liceum powołaliśmy komitet założycielski „Solidarności”, w skład którego weszli pan Adamowicz, pani Szatkowska i ja. Osobiście jeździłem rejestrować komitet w Lublinie. Mieliśmy w liceum Komisję Zakładową. Co ciekawe,70-80% nauczycieli zapisało się wtedy, nawet ci, którzy mieli inne poglądy. Później były wybory Zarządu Oddziału. Był on 25-osobowy. Zostałem do niego wybrany. Tak się właśnie ta działalność zaczęła. Z tymi ludźmi z 80-ego roku do tej pory się spotykam, wspominamy stare czasy, jest miło i sympatycznie. W 1981 r. strajkowaliśmy, by wywalczyć wolne soboty. Miałem wtedy praktykanta, który też przyszedł na lekcję w biało-czerwonej opasce. W stanie wojennym zbieraliśmy pieniądze, by pomóc rodzinom internowanych. Natomiast czy jestem rozczarowany efektem tej walki? Tak. Jestem rozczarowany. Nie o takie przemiany w Polsce walczyła Solidarność. Uważam, że rok 1980 zapoczątkował pewnego rodzaju powstanie narodowe, które trwa do dziś, i które jeszcze się nie zakończyło, ale mam nadzieję, że już niedługo się zakończy.

D.M.: Były w przeszłości obrzydliwe i zupełnie nieprawdziwe zarzuty dotyczące zdejmowania krzyży w salach lekcyjnych LO w latach 80. ubiegłego wieku w czasie tzw. walki o krzyże. Wiem, że znasz prawdę i wiesz kto w rzeczywistości to robił. Czy jesteś gotowy to wyjawić?

To były ciężkie czasy dla szkoły i dla nauczycieli dlatego, że rozpoczęła się bardzo silna akcja nacisku na nauczycieli, wywieranie presji, żeby to Rada Pedagogiczna podjęła decyzję o zdjęciu krzyży. Rada Pedagogiczna takiej uchwały nie podjęła. Została ona zawieszona. Pamiętam takie posiedzenie Rady, na której każdy nauczyciel był pytany o stosunek do tego. Było to następnie imiennie zapisywane w protokole. Był stan wojenny, przyjechał kurator Grębski w mundurze wojskowym, aby wywierać na nas silną presję. Niektórzy temu ulegli, ale 6 osób jednoznacznie powiedziało do protokołu, że popierają uczniów. W ten sposób wypowiedziałem się ja, pan Adamowicz, pani Szatkowska, pani Ostasiewiczowa, pan Mazgaj i pan Semeniuk. Część lawirowała, starała się nie powiedzieć ani „tak” ani „nie”. W liceum zawsze jednak była grupa tych odważnych nauczycieli. Pamiętam sytuację, też w stanie wojennym, kiedy pan Semeniuk pojechał na konferencję nauczycieli języka polskiego. Zapytał wtedy: „Chciałem się dowiedzieć, mamy rozwiązane związki, a wczoraj usłyszałam w telewizji, że delegacja związkowców OPZZ bawi z wizytą na Kubie”. Odpowiedź była taka: „Nie wiem, ale dostanie pan odpowiedź”. Zaczęły się naciski, żeby skarcić pana Semeniuka, ale obronił go pan Sawicki, który wtedy był wicewojewodą bialskopodlaskim. Finał był taki, że prowadzący konferencję po jakimś czasie przesłał panu Semeniukowi odpowiedź listownie. Kto zdejmował krzyże, jest zapisane w dokumentach sądowych,. Kiedy ten temat został wyciągnięty na portalu w czasie wyborów, podałem panią Danutę Wojtaś do sądu, a ona tę sprawę przegrała. W domu posiadam poświadczoną przez IPN kopię tego dokumentu. Nie chcę brać na siebie odpowiedzialności podawania nazwiska.

D.M.: Wiem, że badałeś akta IPN-u, o czym wspominasz, pod kątem agentury, która rozpracowywała „Solidarność” w Radzyniu. Czy to, co tam wyczytałeś w jakiś sposób zdziwiło cię, zaskoczyło, czy potwierdziło twoje przypuszczenia?

Raczej potwierdziły się moje przypuszczenia, ponieważ powszechnie było wiadomo, że „Solidarność” jest naszpikowana agenturą. To nie było tak, że wszyscy w 80-tym roku byli bohaterami. Każdy w jakiś sposób opierał się, albo w jakiś sposób bał się w to wchodzić lub angażować. Niektórzy jednak byli bardzo gorliwi, aż za bardzo, i to zazwyczaj agenci byli bardzo aktywni. Ale było ich stosunkowo mało. Nie udało mi się zidentyfikować większości agentów, są tylko pseudonimy: „Jan”, „Diana”, „Bogusław”, „Kornel”, „Daniel”, „Lech”, „Alan”, „Waldek”. To jest ciągle temat do zbadania. Jednak to nieprawda, że każdy człowiek musiał szkodzić znajomym, wtedy, kiedy SB miała na niego „haki”. Zawsze istniał jakiś wybór. Pamiętam, jak jednego z członków Zarządu Oddziału „Solidarności” zatrzymała milicja. Prowadził ciągnik po alkoholu. Musiał podpisać zobowiązanie, że będzie z nimi współpracował, ale później, kiedy przyszedł do pracy, powiedział wszystkim: „Słuchajcie, przy mnie teraz nic nie można mówić”. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Po opublikowaniu artykułu w RRH jeden z TW zadzwonił do mnie i chciał się spotkać i wyjaśnić swoje postępowanie. Odmówiłem mu.

J. H.: Adam Świć, przedstawiając w 2014 r. pana kandydaturę na zastępcę przewodniczącego Rady Powiatu, powiedział: doświadczony samorządowiec, z wielkim doświadczeniem w każdej kadencji. Proszę opowiedzieć pokrótce o tym doświadczeniu.

Myślę, że Adam nie bez powodu to mówił. Przez 3 kadencje byłem radnym Rady Miasta. Byłem przewodniczącym komisji rewizyjnej, która także dała mi bardzo dużo. Pisałem tam protokoły, sprawozdania z budżetu. Byłem także przewodniczącym Komisji Oświaty i Kultury. Ta praca pomogła mi w pełnieniu funkcji burmistrza, dlatego że praktycznie znałem wszystkie tematy. Nie musiałem się „wgryzać”, robić audytu. Wszystko na bieżąco wiedziałem. Stary budżet został wrzucony do kosza, a my w styczniu stworzyliśmy już nowy. Wtedy był zarząd, a istnienie zarządu było dla burmistrza dużym wsparciem. Lepiej się radzi w sposób zespołowy, kiedy jest dobra atmosfera, dlatego że są różne pomysły. Jedna osoba nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Podam prosty przykład. Zakupiliśmy cegłę na mur oporowy, bo robiliśmy remont pałacu. Cegłę przywieziono i została złożona na placu pałacowym. Pan Woś na zarządzie mówi do nas: „Słuchajcie, ja oglądałem tą cegłę. Ona mi nie najlepiej wygląda”. Ja mu odpowiedziałem: „Słuchaj, ona ma wszystkie atesty, spełnia wszystkie warunki”. Daliśmy ją na badanie wytrzymałości na Politechnikę. Okazało się, że cegła nie spełnia tych norm. Dostawca musiał wszystko zabierać i przywozić drugi transport na swój koszt. Istnienie zarządu było korzystne dla miasta i należałoby do tego wrócić. Moje kolejne doświadczenie samorządowe to członkostwo w Radzie Powiatu. Dodam jeszcze , że to nie jest tak, że opozycja nic nie może. Może, ale tylko pod warunkiem, że jest kompetentna i zorientowana lepiej w bieżących sprawach niż pozostali radni. Podam przykłady na podstawie pracy w Radzie Powiatu. To my byliśmy pomysłodawcami budowy dróg wspólnie z samorządami. To ja zawsze upominałem się, żeby prowadzić chemiczne niszczenie chwastów na poboczach. Nasze ciągłe uwagi dotyczące budżetu doprowadziły do tego, że starostwo przestało się zadłużać Myślę, że te dwie kadencje w Radzie Powiatu zapisały się czymś pozytywnym, mimo że cały czas byliśmy w opozycji.

 

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Wczorajsze ostatnie trzy referaty z konferencji „To idzie młodość”

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Radzyńska muzyczna jesień w pełni – zaproszenie w „Podróż muzyczną”

Skomentuj