Darmowy Program PIT

Rok ’80 zapoczątkował zmiany, które trwają do dzisiaj- wywiad z Józefem Korulczykiem (cz.II)

O kulisach samorządu, współpracy z ówczesnym posłem Skomrą i bombie, która miała wysadzić go z fotela – z Józefem Korulczykiem, byłym burmistrzem, prezesem RaSIL-u rozmawiają Dariusz Magier i Jakub Hapka.

J. H.: Temat-rzeka, czyli stanowisko burmistrza…

 Powiem jedną rzecz, która może zaskoczyć – miałem satysfakcję z tej pracy i tę pracę lubiłem. W każdej pracy trzeba lubić to, co się robi, i wtedy są efekty. Natomiast, jeśli praca nie sprawia przyjemności, a jest tylko spełnianiem ambicji – nigdy nie będzie efektów. Tylko wtedy rodzą się pomysły i chęć działania. Z perspektywy czasu powiem, że jestem na 100% przekonany, że tamta kadencja będzie bardzo wysoko oceniona przez historyków. Nie waham się tego powiedzieć, że był to 4-letni okres rozwoju Radzynia w różnych dziedzinach. Żałuję jedynie, że niektóre pomysły nie weszły w życie, a mogłyby wejść i przynieść określone efekty.

Wydaje mi się, że podstawową kwestią była i jest sprawa bezrobocia. Ludzie potrzebują miejsc pracy do życia. Co prawda, to nie należy do kompetencji burmistrza, ale może on stworzyć warunki do walki z bezrobociem. Będę się zawsze chwalił tym, że bezrobocie w tym czasie spadło poniżej średniej krajowej. W obecnych statystykach w skali województwa Radzyń ma wysokie bezrobocie. Wtedy w naszym mieście bezrobocie gwałtownie spadło. Pojawiły się nowe miejsca pracy w Liderze. Za mojej kadencji oba zakłady, Lider 2000 i Lider SKG, stały się największymi zakładami, przebijając Spomlek i inne. Wszystkie hale produkcyjne powstały właśnie w tym czasie. Dobrze współpracowało mi się z prezesami, mimo że byli spoza Radzynia, obaj dostali tereny inwestycyjne. Mógł powstać kolejny zakład na Lendzinku. Inwestor, który miał budować ten zakład, nie mógł jednak dogadać się ze starostą. W związku z tym przyszedł do mnie z prośbą o pomoc. Ustaliliśmy z nim prostą zasadę. Miasto zwróci się do starostwa o wykup tego terenu, a starostwo sprzeda ten teren miastu po wycenie. Następnie my mieliśmy sprzedać inwestorowi teren po cenie wyższej o 50 tys. od ceny, którą zapłaci miasto Starostwu. Była to oczywiście transakcja ustna. Wystąpiliśmy zatem do Starostwa o wykup tego terenu. Procedura ta trochę trwała. Starostwo dokonało wyceny, następnie obie rady podjęły uchwały – Rada Miasta o zakupie, a Rada Powiatu o sprzedaży. Jednak były wybory, nie zdążyliśmy podpisać aktu notarialnego i zakład na Lendzinku nie powstał.

Druga rzecz – zostały wybudowane nowe chłodnie w BIMIZ-ie. Były tam ruiny, które figurowały w spisie jako nieruchomości. W związku z tym należało od nich odprowadzać podatek. Przyjechał właściciel i mówi tak: „Wie pan, my możemy te ruiny zburzyć, żeby wam nie odprowadzać podatku, ale to powstrzyma naszą modernizację. Jak nam umorzycie podatek od tych ruin, my rozpoczniemy inwestycję. Podpisaliśmy z nimi umowę, że jeśli zainwestują w utworzenie nowych miejsc pracy ponad milion złotych, to umorzymy im podatek od tych ruin. Okazało się, że zainwestowali znacznie więcej niż milion i powstały chłodnie i nowe miejsca pracy. Z tego powodu miałem postępowanie prokuratorskie. Ktoś doniósł, że BIMIZ-owi umorzyliśmy podatek, a panu Brożkowi nie chcieliśmy, mimo że wcześniej miał umarzany. Umorzenia podatkowe były tylko w kompetencji burmistrza, nie zarządu.. Kolejna sprawa. Miasto w tamtym czasie utrzymywało dobre stosunki z Nadleśnictwem. Wspólnie prowadziliśmy rozmowy i powstał zakład CMC w Maryninie.

zdjecia (1)

J. H.: Już po latach, patrząc na swoją pracę włodarza Radzynia z pewnym dystansem, co uważa pan za swój sukces?

To była kadencja rozbudowy kanalizacji sanitarnej. W ciągu 4 lat wybudowano 12 km kanalizacji. Będę to zawsze powtarzał, ponieważ budowa kanalizacji to bardzo kosztowna i ważna inwestycja. Była wtedy możliwość pozyskiwania środków na ochronę środowiska i my wykorzystaliśmy to. Nie było wtedy środków unijnych. Wszystko było robione z własnych pieniędzy, plus inne środki, które można było pozyskać dzięki własnej kreatywności. Radzyń od wybuchu wojny do 1998 roku miał 24 km kanalizacji. Jako burmistrz wpadłem na autorski pomysł. Polegał on na tym, że korzystając ze środków, czy to Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, trzeba było mieć tzw. wkład własny. My jednocześnie składaliśmy wniosek i w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska na tę samą inwestycję. W Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska wykazywaliśmy środki z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, a w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Jedynym naszym wkładem było wykonanie projektu. Nie były to jednak dotacje, tylko środki umarzalne, chyba w 65%. Braliśmy określoną transzę na te działania, w następnym roku spłacaliśmy 35% i występowaliśmy o umorzenie pozostałej części. Byliśmy jedyni w województwie, którzy tak robili.

Sukcesem również było uzyskanie przychodni zdrowia i terenu wokół niej. Przepisy były takie, że miała ona przypaść prezydentowi Białej Podlaskiej, ponieważ wszystko, co wojewódzkie, ówcześnie przypadało Białej Podlaskiej. Zbuntowaliśmy się przeciwko temu. Miałem wtedy wsparcie wójtów, bo ich to także dotyczyło. Była to nasza wspólna akcja. Pisaliśmy pisma do ministra zdrowia Franciszki Cegielskiej, do premiera Buzka. W końcu nasze działania doprowadziły do przejęcia przychodni.

Nie wiem, czy wiecie, ale miasto za mojej kadencji pozyskało nieodpłatnie od Skarbu Państwa prawie 49 ha po byłym lotnisku. Należało je tylko skomasować. To jest naprawdę świetny teren inwestycyjny. Miasto ma przez te grunty perspektywę rozwoju, ponieważ coraz mniej miast ma w swojej okolicy tereny inwestycyjne.

Kolejna sprawa to wykupy gruntów w mieście. Wykupiliśmy grunty pod dworzec, pod przejście z osiedla „Dom” do ulicy Gwardii. Otrzymaliśmy teren po Straży Pożarnej na ulicy Armii Krajowej – został on skomunalizowany. Mówię o tych rzeczach, bo one promieniują na lata.

Myślę, że ważnym wydarzeniem było także nawiązanie współpracy z Węgrami. Podpisaliśmy umowę partnerską między Egyekiem a Radzyniem.

Został powołany także Związek Komunalny Gmin i zapadła decyzja o budowie nowego wysypiska śmieci. Co ciekawe, udało nam się wywieźć za granicę tzw. mogilniki, które były przechowywane na wysypisku śmieci, a w nich mieściły się środki ochrony roślin. Pojechały one do utylizacji w Holandii.

Została również zapoczątkowana wymiana dzieci polskich ze wschodem. Gościliśmy dzieci z Litwy i z Ukrainy. Żałuję, że nie jest to kontynuowane, zwłaszcza, że nie były to kosztowne dla miasta sprawy. Mieszkańcy brali dzieci do siebie, utrzymywali je, a miasto zagospodarowywało im czas. Rozpoczęliśmy proces sprowadzania rodziny z Kazachstanu. . Powstała wtedy także noclegownia.

J. H.: Z czego natomiast jest pan niezadowolony?

Jedną rzecz już powiedziałem – nie powstał zakład pracy na Lendzinku.

Nie jestem zadowolony, że nie został zagospodarowany zalew. Mieliśmy inwestora z Kielc, który chciał to zrobić. Umowa była taka, że zostanie mu on wydzierżawiony na 30 lat. Po tym czasie cała infrastruktura przechodzi na własność miasta. Natomiast my zażądaliśmy jednej rzeczy, która przeciągnęła proces, a mianowicie planu zagospodarowania tego terenu. Plan nie został wykonany, przeszkodziły w tym wybory i sprawa upadła.

Można żałować nieprzeprowadzenia modernizacji PEC-u. Powstał wtedy pomysł produkcji energii skojarzonej, czyli połączenia produkcji energii cieplnej z energią elektryczną. Miała powstać spółka. Jej udziałowcami miały być Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, Elektrociepłownia Wrotków i miasto. Miasto wnosiłoby do tej spółki majątek PEC-u, natomiast pozostałe strony wnosiłyby pieniądze równowartości PEC-u. Środki tych stron miały być przeznaczone na modernizację zakładu. Miasto miało prawo pierwokupu akcji NFOŚ. Warunkiem tego było opracowanie planu zaopatrzenia miasta w ciepło. Taki plan zleciliśmy do zrealizowania. Wypadły wybory i modernizacja PEC-u nie nastąpiła.

Mogą żałować także mieszkańcy ulicy Polnej, bo na 2003 rok mieli już przyznane środki na kanalizację. Właśnie tą metodą , o której mówiłem wcześniej. Na 2003 rok złożyliśmy podanie o środki na Polną i na Podlaską. Podlaska została zrobiona, a Polna na kanalizację czeka do dziś.

Były także rozmowy i pomysł budowy krytej pływalni w Maryninie, przy OHP-ie. Nawiązaliśmy kontakt z komendą Główną OHP i miała być tam wybudowana pływalnia Myślę, że dojechać byłoby łatwo, a teraz miasto ma problem z utrzymaniem pływalni. Umowa miała być podpisana w ten sposób, że koszty utrzymania pływalni byłyby rozłożone na OHP i na miasto. Ten pomysł też został porzucony. Myślę, że o takich rzeczach też warto mówić – o dobrych, ale niewykorzystanych pomysłach. Nie chodziło o to, aby wybudować i pochwalić się. Nie ukrywam, że celowo za mojej kadencji nie budowaliśmy pływalni, bo wiedzieliśmy, jakie są koszty utrzymania. Jeździłem do Międzyrzeca i Łukowa – wiedziałem, jakie są koszty utrzymania. Nam opłacało się wtedy robić bezpłatne wyjazdy do Międzyrzeca niż budować pływalnię, a jeśli już, to w Maryninie. To są te pomysły niezrealizowane, których później nikt nie chciał poznać, nie mówiąc o kontynuacji.

zdjecia (2)

J. H. Sprawa oczyszczalni i kolejny cytat: „W 1998 ster władzy w Radzyniu przejął Józef Korulczyk. Natychmiast rozpoczął wyjaśnianie sprawy oczyszczalni. Na wniosek Korulczyka działania rozpoczęła Najwyższa Izba Kontroli. Wyniki kontroli były porażające. Kontrolerzy stwierdzili „nieprawidłowości zarówno na etapie przygotowania inwestycji, jak również wyłonienia wykonawcy oraz sprawowania nadzoru”. Pracę komisji przetargowej, której przewodził wiceburmistrz Kazimierz Brożek określono jako „nierzetelną i nielegalną”. Oferta wykonawcy nie spełniała istotnych warunków zamówienia określonych w specyfikacji, zaś Tetlak i Brożek mieli podpisać „umowę na warunkach niekorzystnych dla Urzędu, co w konsekwencji spowodowało straty w kwocie 1 239 422 zł netto”.Kontroler stwierdził, że powinien zlecić rozebranie oczyszczalni, bo została zbudowana nielegalnie, bez projektu, który został dorysowany po wykonaniu. Nie zrobił tego, aby nie narażać miasta na ogromne straty. Dzięki temu to, co przedstawiało jakąś wartość, zostało ujęte w nowym projekcie – wspomina Józef Korulczyk. Kierowany przez niego zarząd miasta, wraz z NIK, złożył w sprawie oczyszczalni zawiadomienie do prokuratury, a także pozew przeciwko wykonawcy. Wcześniej ówczesny radny Witold Kowalczyk zgłosił wniosek, aby rozwiązać umowę z Proinwest- Kępno, bo wykonawca oświadczył, że nie dokończy inwestycji. Tak się też stało, do realizacji wniosku zobowiązano burmistrza Korulczyka.W grudniu 2013 roku sąd wydał wyrok, w którym stwierdził, że.. to miasto ma zapłacić wykonawcy 1,7 mln zł! Pomimo porażającego raportu NIK oraz jednoznacznych ekspertyz sędziowie uznali, że miasto odstąpiło od umowy z Proinwest-Kępno w chwili, gdy była ona w całości wykonana, zaś „roboty obarczone były wadami, lecz nie były to wady istotne”. Ówczesny burmistrz Kowalczyk za niekorzystny dla miasta obrót sprawy obarczał Pana, choć sam wnioskował o zerwanie umowy z wykonawcą. – Do 2002 roku, gdy sprawowałem urząd, szef Proinwestu nie zgłaszał żadnych roszczeń wobec miasta – ujawnia Korulczyk i zastanawia się, dlaczego do 2002 roku Proinwest się bronił, a od roku 2003 przeszedł do ataku. – Jak można przegrać proces, gdy trzy niezależne ekspertyzy potwierdzały, że inwestycja nie została dokończona i nie osiągnięto efektu ekologicznego, co było warunkiem odbioru inwestycji? Dlaczego miasto zamiast wyegzekwować od wykonawcy ponad 1,3 mln zł, jak zalecił NIK, dopłaca mu jeszcze 1,7 mln zł? Co stało się z taśmami, na których nagrano oświadczenie szefa Proinwestu, że nie dokończy inwestycji, bo nie ma pieniędzy? Dlaczego burmistrz Kowalczyk nie odwołał się od wyroku o zwrot nadpłaty z tytułu waloryzacji cen?

Potwierdzam to wszystko, co zostało tu powiedziane. Powiem jeszcze o kulisach tej sprawy. Oczyszczalnia ścieków miała być bombą, która miała mnie wysadzić ze stanowiska burmistrza. Nie ukrywam, że pomogło mi tu doświadczenie zdobyte w Radzie Miasta. Na oczyszczalni ścieków, mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, poległby każdy niezorientowany burmistrz. Dlatego, że istniał fikcyjny protokół odbioru, nierozliczone były sprawy z Narodowym Funduszem Ochrony Środowiska i groził zwrot przyznanej dotacji. Na szczęście nie podpisałem żadnego dokumentu, który by mnie w jakiś sposób kompromitował. Nasze działania w sprowadzeniu NIK były bardzo utrudniane. Chcieliśmy sprowadzić NIK, w ogóle jakąkolwiek kontrole. Jednak nikt nie chciał tego kontrolować. Zgłosiliśmy się do RIO, ale RIO nam odmówiła. Zgłosiliśmy do NIK-u, NIK nam odmówiła. Natomiast jest przy NIK taka komórka, która dokonuje kontroli na wniosek posłów i senatorów. Nasi posłowie nie chcieli pomóc, jednak pomogli senatorowie z zewnątrz – z Białej Podlaskiej i z Chełma, którzy taki wniosek do NIK złożyli. Na ich wniosek została rozpoczęta kontrola. Kiedy pani z NIK przyjechała na kontrolę i zorientowała się, jak ta inwestycja wygląda, to sprowadziła drugą osobę do kontroli. Wniosek NIK był jednoznaczny – prokuratura. Problem trzeba było rozwiązać w jakiś sposób. Przedłużaliśmy termin zakończenia oczyszczalni przez Proinvest, ale żadnych efektów nie było. W związku z tym zarządziłem posiedzenie zarządu wspólnie z komisją rozwoju gospodarczego, na które przyjechał pan Wołk. Atmosfera na posiedzeniu była bardzo gorąca. W pewnym momencie on się odkrył i powiedział: „Ja tego nie wykonam, bo nie mam pieniędzy. Jak mi z góry zapłacicie, to będę robił. Całe posiedzenie było nagrywane. Później okazało się, że taśmy zaginęły. Główny dowód w sprawie, na którym przyznaje się, że nie ma pieniędzy zniknął. Mało tego, radny Kowalczyk zgłosił wtedy wniosek o rozwiązanie umowy. Kiedy skierowaliśmy sprawę do sądu o wyegzekwowanie pieniędzy, pan Wołk chciał zawierać z nami ugodę, ponieważ wiedział, że jest na przegranej pozycji. My byliśmy jednak tak pewni wygranej, że nie chcieliśmy ugody. Mieliśmy 3 ekspertyzy: naszą, NIK i prokuratora, i wszystkie wskazywały to samo. Powiem tak – kuriozalny wyrok. Ja już kiedyś powiedziałem i powtórzę – aby przegrać tę sprawę trzeba było naprawdę wielkiej sztuki. Na tej bombie się nie wyłożyłem. Nie ukrywam, że pomógł mi sporo ówczesny prezes PUK-u – pan Kieczka, który powiedział tak: „Wie pan co, ja się cieszę, że pan został burmistrzem, bo teraz to oni przekazaliby mi ten bubel i ja bym nie wiedział, co z tym robić. On właśnie wprowadził mnie w szczegóły. Dlatego nie popełniłem tutaj żadnego błędu. Pan Wołk w obecności mojego zastępcy groził mi, że jak sprawa znajdzie się w prokuraturze, to zostanę zniszczony politycznie.

J. H. Czy były inne „bomby”?

Koniecznie chciano coś znaleźć, by doprowadzić do tego, abym otrzymał wyrok sądowy. Wtedy straciłbym stanowisko burmistrza. Byłem oskarżony o łamanie praw pracowniczych z powodu odwołania pani Wójcikowej ze stanowiska dyrektora szkoły Nr 1 mimo, że dokonał tego zarząd ,a nie ja.. Na policji chciano pobierać ode mnie odciski palców. Poprosiłem, by zrobili to siłą. Nie odważyli się. Napisałem skargę do prokuratury wojewódzkiej. Sprawa została przeniesiona do Lubartowa. Tamtejszy prokurator powiedział, że dla niego sprawa jest oczywista, ale uzasadnienia tak szybko nie dostanę, bo teraz jego będą się czepiać. Pani Chudziakowa, która sprawę prowadziła powiedziała mi, że sprawę przeniesiono nie z powodu mojego pisma, ale z powodu jej rezygnacji.

zdjecia

J. H.: Jak układała się Panu współpraca z ówczesnym posłem Szczepanem Skomrą?

Tutaj wszystkich zaskoczę, bo chcę coś pozytywnego powiedzieć o pośle Skomrze. Współpraca z nim układała mi się bardzo dobrze. Mieliśmy kilka spraw, które wiązały się z relacjami Spomlek – miasto. Pierwsza sprawa była taka, że oczyszczalnia miała przyjmować ścieki ze Spomleku. Nie pamiętam już dokładnie, ale Spomlek przekazał miastu pewną kwotę. Kiedy okazało się, że ta oczyszczalnia nie działa, było wiadome, że ta umowa jest nierealna. Pan poseł Skomra poszedł nam na rękę i zrezygnował z tych środków.. W zamian za to my mieliśmy wybudować naprzeciwko Spomleku wiatę autobusową. W zasadzie to był drobiazg. Taka umowa była zawarta – my stawiamy wiatę, a Spomlek rezygnuje z roszczeń z tytułu umowy dotyczącej oczyszczalni. To było pierwsze pozytywne zaskoczenie. Drugie pozytywne zaskoczenie… Wspólnie jeździliśmy do Urzędu Marszałkowskiego i do ministerstwa starać się o środki na remont stadionu, bo, de facto, to miasto remontowało stadion, ale poseł Skomra starał się pomóc nam w pozyskiwaniu środków.

J. H.: To był ten czas, kiedy ze stadiony znikały drewniane ławki, a pojawiły się plastikowe krzesełka?

Tak, to był ten czas, kiedy robiliśmy boczne boisko i ogrodzenie. Został przeprowadzony główny remont stadionu. Kiedy już nie byłem burmistrzem, spotkaliśmy się na jakiejś uroczystości i Skomra mówi do mnie: „Wie pan co, z panem mi się lepiej współpracowało niż z obecnym burmistrzem”. Pytam się: „Dlaczego?” Odpowiedział: „Jak pan mi powiedział ‘nie’, to ja wiedziałem, że już nic nie wskóram i nie musiałem chodzić, a jak powiedział pan ‘tak’, to ja wiedziałem, że to będzie zrealizowane, a ten mi wszystko obiecuje i nic z tego nie wynika” (śmiech). Myślę, że wyrazem tych korzystnych stosunków (nie byłem już wtedy burmistrzem) było zaproszenie mnie na jubileusz Orląt. Mało tego, dostałem wyróżnienie: Srebrny Krzyż Zasługi dla kultury fizycznej i turystyki. Natomiast burmistrz Kowalczyk nie zaprosił mnie na 20-lecie samorządu i to jest różnica w podejściu.

Pietrzak

J. H.: Podczas sesji Rady Powiatu w 2007 r. stwierdził pan:  jako burmistrz podejmowałem działania niemieszczące się w kompetencjach burmistrza i działania te przynosiły efekty

Chodziło o remont drogi Kock-Radzyń Podlaski oraz remont ulicy Wisznickiej. Zarządzał tym Krajowy Zarząd Dróg i to nie wchodziło w skład kompetencji burmistrza. Natomiast wtedy wiceministrem transportu był poseł z Siedlec – Krzysztof Tchórzewski. Pamiętam, jak jeździliśmy do ministerstwa transportu z Włodkiem Dzięgą. Zostaliśmy przyjęci w ministerstwie o godzinie 20 i wtedy przekonaliśmy wiceministra,, aby rozpoczęto modernizację tej drogi. Po naszej wizycie ta modernizacja rzeczywiście się rozpoczęła. To były działania wykraczające poza kompetencje burmistrza. Druga rzecz… Planowany był remont ulicy Wisznickiej. Było tam za mało terenu, aby stworzyć rondo, a było ono konieczne i przewidywane w planach. Należało przejąć część terenu od pana Próchniewicza, a on nie chciał go sprzedać. W związku z tym nawiązaliśmy umowę z panem Próchniewiczem – przekazaliśmy mu część ogródków działkowych, tak więc powiększył on swój teren od tyłu. W zamian za to zgodził się oddać tą część, która był potrzebna do budowy ronda Generalnej Dyrekcji Dróg.

J. H.: Podczas debaty w 2013 r. ws. przyszłości Pałacu Potockich mówił pan: miałem przyjemność być burmistrzem w tym mieście i zarządzać tym pałacem Ze swego doświadczenia w latach 1998 do 2002 nie było żadnych problemów z pałacem. Co roku były wykonywane prace. Został odnowiony mur oporowy, rampa, odwodnienie, blacha miedziana, sala wyremontowana. Został zrobiony olbrzymi wkład , a miasto praktycznie nic do tego nie dokładało, bo środki były z Urzędu Wojewódzkiego.

Jeśli chodzi o pałac to potwierdzam, że część środków wpływała do budżetu, bo my nie przerabialiśmy wszystkiego, co otrzymywaliśmy. Część środków z wynajmu zasilała budżet. Otrzymywaliśmy środki z 3 źródeł – był to Fundusz Geodezyjny (tu zasługa starosty Kułaka, bo jednak wspierał pałac), druga transza, którą otrzymywaliśmy, to dofinansowanie od wojewody, a trzecią otrzymywaliśmy od konserwatora zabytków. Przejęcie na własność pałacu to olbrzymi błąd. Powiem może coś jeszcze bardziej krytycznego, ale każdy z burmistrzów mógł ten pałac przejąć. Skarb Państwa chciał oddać ten pałac władzom miasta, aby pozbyć się kłopotu finansowego. Jednak żaden z burmistrzów nie chciał go przejąć, poczynając od burmistrza Daniluka. Poprzedni status pałacu był dla miasta formą idealną. Miasto, administrując, czerpie wszelkie korzyści, natomiast nie ma obowiązków. Uważam, że to był wielki błąd, że decyzję o przejęcie pałacu podjęto bez konsultacji, bez głębszej analizy.

J. H.: Wielu ludzi przekonał straszak w postaci tego, że przyjdzie prywatny właściciel, wszystko ogrodzi i żeby wejść do pałacu i do parku trzeba będzie zapłacić. Nie wiem, na ile jest to realne, na ile nie, ale ostatnio Zbyszek Smółko w felietonie dla „Wspólnoty” pisał o tym. jak się sprawdza prywatny właściciel pałacu w Czemiernikach. Nie wiem, czy to można porównać. Może dlatego większość ludzi przyjęła to z aprobatą, że to wciąż pozostaje otwarte…

To wszystko zależy od podpisanej umowy. Najlepsza forma to długoletnia dzierżawa podpisana przez miasto,które sprawuje funkcję administratora.

DSC_1072

D.M.: Czyli to tylko taki PR-owski zabieg?

Tylko PR-owski, który będzie miał duże konsekwencje finansowe dla miasta, bo środki z funduszu geodezyjnego i z funduszu wojewody już w tej chwili odpadają. Myślę, że zrobiono to pochopnie. Należało przeprowadzić dyskusję, padłyby argumenty „za” i „przeciw”. Ci, co byli, tak jak ja, przeciwni, nawet nie mieli szansy wypowiedzenia się przed przejęciem.

J. H. Podczas jednej z naszych rozmów towarzyskich padło takie stwierdzenie, że jeśli obecny burmistrz przez 12 lat kandydował na stanowisko włodarza miasta, to dzisiaj powinien mieć, choć może to przesadne stwierdzenie, dokładnie rozpisane co i kiedy robić, jak działać… Jak się pan do tego odniesie?

Ja uważam, że tak powinno być. To nie może być tak, że po 8 miesiącach okazuje się, że brakuje 3,5 miliona w budżecie. Analiza budżetu powinna nastąpić najpóźniej do lutego i korekta budżetu powinna nastąpić już w lutym. Ten budżet należało od razu zmienić. W samorządzie jest tak, że pieniędzy nie było, nie ma i nie będzie. Sztuką jest ich znajdowanie. Należało przeprowadzić analizę budżetu i zastanowić się, w jaki sposób zwiększyć dochody, a takie możliwości są, i w jakiś sposób zmniejszyć wydatki. To jest metoda na rządzenie w sytuacji braku pieniędzy.

J. H: Przychodzili do pana, jako burmistrza, przedstawiciele zagranicznych sieci handlowych…

Te rozmowy były bardzo krótkie, bo informowaliśmy, że nie jesteśmy zainteresowani powstaniem takich sieci. Wtedy już istniała Biedronka, na którą nie mieliśmy żadnego wpływu, bo budynek został odkupiony od Gali. Biedronka istniała i uważaliśmy, że lokowanie w centrum miasta dużych sieci handlowych jest niekorzystne dla lokalnych handlowców. Sieci handlowe nie płacą podatków w mieście.. To właśnie wpływa negatywnie na budżet miasta i na miejsca pracy. Przewiduje się, że jedno miejsce pracy w sieci handlowej to utrata 3 miejsc drobnym handlu.

J. H: W kontekście ostatnich wieści o finansach miasta, znalazłem artykuł z „Dziennika Wschodniego” z grudnia 2002 r., pozwolę sobie zacytować pana następcę Witolda Kowalczyka:  Każdemu idzie dobrze, jak działa za pożyczone. Teraz muszę oddłużyć miasto. To ja ponoszę konsekwencje poprzednich decyzji. Drugi raz już bym nie startował w wyborach na burmistrza.

Sytuacja finansowa miasta po moim odejściu była lepsza, niż wtedy, kiedy je przejmowałem. Miasto miało około 1 miliona mniejsze zadłużenie, kiedy odchodziłem, mimo takich inwestycji.

J. H: W tym samym artykule czytamy: Poprzedni burmistrz Józef Korulczyk powiedział nam, że zdumiewa go bezczynność następcy. – Zawalił już niejedną transakcję. Nie doszła do skutku przygotowywana przeze mnie wymiana nieruchomości miasta z PSS. Spółdzielnia miała dopłacać do kasy miasta 1,2 mln zł. Nikt z urzędu nie pojechał też na rozprawę sądową ze wspólnotą gruntową. Nazbyt szybko zapadł zatem wyrok niekorzystny dla miasta. Do 16 grudnia miała zostać przygotowana lokalizacja sali gimnastycznej wymagająca zgody konserwatora. Czy ogrom problemów nie przerósł debiutującego na stanowisku burmistrza? Tak się dzieje, jak wyborcy chcieli mieć tańszego burmistrza (obiecywał pobieranie mniejszego wynagrodzenia), a nie najlepszego. Nota bene, dodajmy, że powyższa obietnica chyba nie została spełniona…

W dalszym ciągu potwierdzam to, co mówiłem, gdyż pewne rzeczy były niedokończone. Po tym, jak pan Kowalczyk został burmistrzem, zaprosiłem go na spotkanie w obecności przewodniczącego Rady – Tadeusza Pietrasa. Przedstawiłem mu podstawowe problemy i powiedziałem, że jeśli będzie potrzebował pomocy, może zawsze się do mnie zwracać. Nigdy się nie zwrócił. Sala gimnastyczna miała być budowana między blokiem a szkołą w kierunku Pocztowej, Gimnazjum miało mieć odrębne wejście do szkoły. Projekt był na etapie uzgodnień konserwatorskich. Sądzę,że dyrektor Płatkowa zachowała go na pamiątkę. Po zakupie spółdzielni inwalidów chcieliśmy zrobić szeroką drogę. Chcieliśmy zawrzeć transakcję z PSS-em – przejąć budynek na Dąbrowskiego, rozebrać go i zrobić parking, a w zamian za to zaoferowaliśmy „Polonię” oczywiście z dopłatą. Był temat wspólnoty gruntowej, której nie płaciliśmy… Mieliśmy pewne atuty w kontaktach ze wspólnotą, dlatego że wspólnota nie płaciła opłat adiacenckich i chcieliśmy na wspólnocie wymusić korzystne warunki. Sprawa została skierowana do sądu. Nikt z urzędu tam nie pojechał, a wiadomo, że jak strony nie ma na rozprawie, to ona wtedy przegrywa. Sprawa została przegrana i to co przygotowaliśmy przez 2-3 lata zostało zmarnowane. Jak targowisko wygląda – widać. Zablokowało to wszelkie zmiany i inwestycje na targowisku.

DSC_1055

J. H: Uczestniczył pan w pracach Komitetu Budowy Pomnika bł. ks. Jerzego Popiełuszki przy kościele św. Trójcy.

RaSIL utrzymuje bliską współpracę z zarządem oddziału NSZZ „Solidarność”. Pamiętam, jak zamawialiśmy Mszę św. z okazji 30. rocznicy powstania „Solidarności” u proboszcza parafii Świętej Trójcy, księdza Kieliszka, i w trakcie rozmowy powstał pomysł, że może dobrze by było z racji, że ksiądz Popiełuszko jest patronem Solidarności, taki pomnik postawić, tym bardziej, że były wtedy planowane remonty na obszarze plebanii, miał być np. odnawiany pomnik św. Antoniego.

D.M.: To pierwsza w III RP kadencja samorządu, w której Cię nie ma. Paradoksalnie, kadencja, w której prawicy udało się przejąć władzę w mieście. Czujesz się wielkim przegranym ostatnich wyborów?

Może nie przegranym, ale rozczarowanym. Z tego względu, że dużo zrobiłem dla tego środowiska. Miałem pomysły na dalsze działania. Nie mam natury żebraka. Nie chodziłem i nie prosiłem o głosy. Dla mnie proszenie o głosy to parodia demokracji Sądziłem,ze zostanie docenione to, co robię. Z drugiej strony uzyskałem dobry wynik Uważam, że padłem też ofiarą oszustwa wyborczego. Sprawę skierowaliśmy do sądu. Nie był on zainteresowany wyjaśnieniem .Kiedy przedstawiałem nieprawidłowości, sędzia zapytał mnie, kiedy wreszcie skończę. Odrzucił nawet wniosek o ponowne przeliczenie głosów. Obecnie burmistrz mówi, że od 2010 roku gwałtownie zaczęło narastać zadłużenie. To dlatego, że wybory przegrali najbardziej kompetentni radni – Zdzisław Woś i Maciej Tracz. Dopóki oni byli w Radzie, sprawowali kontrolę, pilnowali budżetu i nie dopuszczali burmistrza do takich szaleństw. Kiedy zabrakło ich w Radzie, pozostali radni nie potrafili już tego. Taka jest prawda. Czasami ludzi docenia się po fakcie – kiedy ich już nie ma w radzie. To jest najlepszy przykład. To byli ludzie z pomysłami. Nikt tego nie wie, ale pomysłodawcą ścieżki rowerowej wzdłuż rzeki był Zdzisław Woś. To on wprowadził ten pomysł do projektu zagospodarowania miasta.

Ludzie za mało interesują się swoimi sprawami i ulegają czarnej propagandzie. Taka propaganda przeciwko mojej osobie istniała i była prowadzona celowo. Kiedy pełniłem funkcję burmistrza, byłem bardzo oczerniany przez prasę. Raz, będąc przejazdem, odwiedził mnie znajomy Narzekałem na tendencyjne artykuły w jednej z gazet. Odpowiedział, że dobrze trafiłem, bo jest członkiem rady nadzorczej tej gazety. Następnego dnia oddzwonił, że jest „za krótki”. Rozpowszechniano informacje, że jako burmistrz ukradłem dużo pieniędzy, że wybudowałem nowe kamienice – te, które są obok przychodni. Przyszedł nawet do mnie pewien człowiek z ulicy Porzeczkowej, który chciał wynajmować ode mnie te lokale. Ludzie słuchają oszczerstw, a nie zwracają uwagi na pracę.

Kolejny przykład: była likwidacja spółdzielni pracy „Radzynianka”. Likwidatorem był Janusz Wiszniewski. Przyszedł do mnie na rozmowę w tej sprawie, ponieważ miasto miało, nazwijmy to, swoje udziały przy likwidacji. Jako burmistrz podchodziłem do tego racjonalnie – zrobić tak, żeby zakład nie upadł i miejsca pracy pozostały. W ciągu pół godziny dogadaliśmy się, a on powiedział: „Wie pan co, jak miałem iść do pana, to tyle strasznych rzeczy mi na pana temat naopowiadano, że aż się bałem iść. Okazuje się, że pan jest normalnym człowiekiem”. Mało tego, w następnych wyborach wystartował z mojej listy (śmiech). Kiedy przegrałem wybory na burmistrza, ksiądz Kazimierz Musiej, którego bardzo szanuję, powiedział mi: „Pan Bóg wie co robi”. Tego się trzymam.

D. M: Mówiłeś o mądrych ludziach, których zabrakło w samorządzie poprzez jakiegoś rodzaju czarny PR. Dlaczego nie zostali wykorzystani teraz?

Pytanie nie do mnie. Zawsze uważałem, że zatrudnianie powinno być niezależne od wieku. Powinno się zatrudniać ludzi kompetentnych. Taką zasadę stosowałem jako burmistrz. Mogę podać przykłady. Adam Świć – nie startował w wyborach, został sprowadzony z Komarówki do prowadzenia Radzyńskiego Ośrodka Kultury i sprawdził się na tym stanowisku. Krzyśka Ufniarza ściągnęliśmy z Polski do Radzynia, dlatego że był to młody człowiek, który znał tę firmę. Wzięliśmy człowieka z zewnątrz, który naprawdę miał pomysły – Jana Gryczona z Czemiernik – gdy przegrał wybory na wójta. Szukaliśmy fachowców, a nie stażystów.

D. M. Słyszy się głosy, że RaSIL-owi udało się jakoś przetrwać 12 chudych lat rządów lewicy i teraz odżyje. Czy to prawda?

(śmiech) RaSIL-owi zawsze było pod górkę, ale zawsze sobie radził. Powiem tylko tyle, że generalnie z dwóch samorządów, czyli powiatowego i miejskiego, w 2015 roku dostaliśmy mniej niż w 2014. Nigdy nie wspierali nas posłowie i senatorowie. Dopiero w tym roku uzyskaliśmy wsparcie posła Marcina Duszka, dzięki któremu mógł ukazać się „Kozirynek”. Natomiast jesteśmy już na tyle doświadczeni, że mamy możliwości pozyskiwania dodatkowych środków. Powiem tak – Opatrzność czuwa nad nami i ja w tę Opatrzność wierzę. Myślę, że nie pozwoli RaSIL-owi zginąć. Wierzę w pomyślność i dobre wiatry dla RaSIL-u.

DSC_1067

J. H: Zatem jakie są plany RaSIL-u na najbliższe miesiące?

Rok 2015 będzie rokiem wysypu wydawnictw. To będzie dwucyfrowa liczba. Ukazało się już kilka tomików poezji: Słowo po słowie Janiny Karasiuk, Blask świętości Janusza Szalasta, Odzyskany czas Gertrudy Banachowicz, Wolne żarty nie na żarty Bogdana Czeżyka, Urodzaj na słowo Jolanty Koziej-Chołdzyńskiej. Ukazał się tegoroczny „Radzyński Rocznik Humanistyczny”oraz książka Andrzeja Chojnackiego Żołnierze regionu siedleckiego w latach 1795-1831. Wkrótce ukażą się Dzieje Brzostówca i okolic Jadwigi Jonasz, drugi tom kazań ks. Kobylińskiego, Wybory polityczne mieszkańców Radzynia w latach 1989-2009 Szczepana Korulczyka oraz „Kozirynek”.

J. H: Będzie gala RaSIL-u?

Zastanawialiśmy się nad tym, czy organizować galę. Doszliśmy do wniosku, że szkoda by było rezygnować, bo służy ona prezentacji działalności RaSIL-u, wręczaniu statuetek, rozstrzyganiu konkursów, a dobre rzeczy staramy się kontynuować. Oprócz tego jest to dobra zabawa.

DSC_1057

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Dokopiny w Olszewnicy

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

„Podróż muzyczna” z Szymonem Kowalskim

Skomentuj