Darmowy Program PIT

Robię fajną rzecz – wywiad z Mateuszem Orzechowskim

O rosyjskiej duszy, dziennikarskim warsztacie, pośmiertnym wydaniu politycznego pamiętnika i wielu innych historiach – z właścicielem Wydawnictwa „Wspólnota” rozmawiają Dariusz Magier i Jakub Hapka

D.M.: Pierwsze pytanie: budzisz się rano i…

Budzę się bardzo wcześnie, bo często wstaję już o 4 rano. Mam taką wygodną cechę, że od razu jestem rześki. Inni potrzebują czasu na „rozbudzenie się”, a ja natychmiast mam świeży umysł. Siadam do komputera, ale nie mam stałego dziennego schematu i każdego dnia mogę zajmować się innymi sprawami.

J.H.: Podjąłeś odważną decyzję wybierając studia. Byłeś studentem historycznego, bo pierwszego rocznika stosunków międzynarodowych na UW. Skąd właśnie ten kierunek?

Byłem pierwszym rocznikiem, który studiował w niepodległej Polsce. Profesorowie ekonomii mówili nam o wyższości kapitalizmu nad socjalizmem, a jeszcze rok wcześniej udowadniali wyższość socjalizmu. Studiowałem nauki polityczne, bo interesowałem się polityką od podstawówki. Kierunek stosunków międzynarodowych powstał rok później i mogli na nim studiować ci z pierwszego roku, którzy zdali odpowiedni egzamin i mieli właściwą średnią. Wybrałem się tam, bo interesowałem się polityką międzynarodową. Miałem więc zostać dyplomatą (śmiech). Jednym z przedmiotów był protokół dyplomatyczny. Tam się uczyłem, w którą stronę ma być skierowana łyżeczka na stole, gdzie posadzić gościa honorowego w domu a gdzie w aucie.

J.H.: Z kolegami z roku współtworzyłeś Akademicki Klub Polityczny. Jak sam wspominasz: zorganizowanie Koła Naukowego Politologów i Klubu było bardzo cenną inicjatywą czterech zapaleńców. Organizowaliśmy wykłady naukowe, spotkania z ważnymi w ówczesnym życiu publicznym ludźmi, dyskutowaliśmy.

Jako Koło Naukowe Politologów organizowaliśmy otwarte spotkania na uniwersytecie. Na nasze zaproszenie przybyli np. premierzy: Mazowiecki i Suchocka. Prowadziliśmy też sami wykłady, na które starannie się przygotowywaliśmy. Ja wykładałem konserwatyzm. Szefem naszego koła był Marek Menkiszak. Obecnie jest szefem zespołu rosyjskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, instytucji cenionej przez Zachód i znienawidzonej przez Rosjan.

001

J.H.: Potem decydujesz się na indywidualny tok studiów i dokładasz sobie niezłą kobyłę, czyli rusycystykę.

Wcześniej dołożyłem też filozofię. Ale chodziłem tam nie dla papierka, ale tylko na wybrane przedmioty, żeby sobie podyskutować. Podobnie było na filologii rosyjskiej. Studiowałem tam, żeby poprawić swój rosyjski.

D.M.: Po prostu wybrałeś model amerykański przy systemie polskim (śmiech).

Wcześniej trochę zjeździłem Rosję i zakochałem się w „rosyjskiej duszy”. I tu podzielę się pewnym paradoksem. Nie mam ulubionych narodów i państw, poza dwoma wyjątkami. Jest jeden naród, który lubię i jedno państwo, którego nie lubię. Ten naród, to oczywiście Rosjanie, a to państwo to oczywiście Rosja. Dlatego mam dylemat, kiedy na mistrzostwach piłkarskich gra Rosja. Postanawiam sobie wtedy: „będę kibicował, żeby dokopali Ruskim”, ale gdy zaczynają grać, widzę tych „ruskich” i zaczynam im kibicować.

J.H.: Znalazłeś się w elitarnym gronie osób przyjętych na aplikację sejmową. O czasie spędzonym w kancelarii Sejmu mówiłeś: przekonałem się wtedy, jak potwornie rozrośniętą biurokracją jest nasz aparat administracyjny. Jak wiele należy poprawić w organizacji naszego państwa.Mam wrażenie, że od tamtej pory ten aparat rozrósł się jeszcze bardziej.

Po studiach „politycznych” chciałem „pracować z polityką”. Więc złożyłem swoje CV do Kancelarii Sejmu. Była tam długa ścieżka naboru. Mnóstwo osób złożyło podania, a przyjęli tylko 10, głównie prawników. W biurze, w którym pracowałem, było zatrudnionych m. in. 2 panów. Nie robili zupełnie nic, poza piciem kawy i czytaniem gazet.

D.M. : Znaczy analitycy (śmiech).

Tak naprawdę, nie było tam wiele zadań do wykonania, ale panowała atmosfera pozorowania poważnej pracy i ciągłego przeciążenia zadaniami. Najbardziej zapamiętałem wyczekiwanie na godzinę 16.00, nieustanne spoglądanie na zegarek.

Przekonałem się wtedy jak absurdalnie jest rozrośnięty aparat administracyjny. Zlecane i wykonywane zadania, które nikomu do niczego nie są potrzebne. Potrzebne są tylko po to, żeby szefowie tych jednostek mogli wykazywać swym przełożonym niezbędność istnienia jednostki. I rzecz jasna, zatrudniania kolejnych ludzi…

D.M.: Biurokracja działa już tylko sama dla siebie. Nie wykonuje zadań na rzecz ludności.

Czytałem twój FELIETON. Ludzie myślą sobie, że to takie humoreski. Ale to niestety żywe prawidła odzwierciedlające biurokratyczną rzeczywistość.

D.M.: Byłeś też praktycznym uczestnikiem życia politycznego. Nie mówiąc już o partii, którą wspólnie założyliśmy…

Startowałem do europarlamentu, sejmu i sejmiku. Założyliśmy Partię Liberalną w 1996 r. Stworzyliśmy „Kartę liberalną”, wydawaliśmy czasopismo „Myśl liberalna”.

D.M.: Po tej zabawie, przystąpiłeś do poważnej polityki

Tak. Wystartowałem do Sejmu z list PO. Jako liberał byłem dumny, że powstała taka inicjatywa. Moim marzeniem było, żeby w Polsce były dwie główne partie: liberalna i konserwatywna. To tworzyłoby zdrowy system, tak jak w Anglii, czy USA. Gdy powstała Platforma i PiS wydawało mi się, że w Polsce zrodził się taki system. Potem okazało się, że obie partie zachowują się inaczej niż deklarują.

Dlaczego wystąpiłem z Platformy? Pierwszy powód był taki, że Platforma zdradziła swoje liberalne ideały, nie realizowała programu z 2001 r. Drugi – od środka poznałem mechanizmy polityczne funkcjonowania większości polskich partii, które są bardzo plugawe. W polityce stawia się na ludzi biernych, miernych, ale wiernych. Niekoniecznie ideowych czy merytorycznych, ale takich, którzy są wiernymi szablami jakiegoś wodza. Okazało się, że to jest clou działania partii. W partiach liczą się grupy interesów a nie programy czy ideologie.

Wystąpiłem z partii także dlatego, że dojrzałem do przekonania, że nie powinno się łączyć działalności w mediach z polityką. Uznałem, że jest to niezdrowe dla obu tych dziedzin.

J. H.: Wzorem ministra z „Misia” możesz powiedzieć: ja już wszędzie byłem. Robert Mazurek powinien Cię chyba włączyć do „Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami”. Podróże to odkrywanie nieznanych miejsc. Które najbardziej Cię zachwyciło?

Chyba najbardziej Wyspy Kanaryjskie, bo jest tam wieczna wiosna, tam mógłbym mieszkać. Z innych powodów zachwyciła mnie Rosja. Ludzie są tam niewyobrażalnie otwarci. W Polsce można wsiąść do pociągu i nie rozmawiać z współpasażerami. W Rosji tak się nie da. Nieznajomi ludzie natychmiast ze sobą rozmawiają, oczywiście piją wódkę, częstują się słoniną, grają w szachy. Często zapraszają cię do siebie do domu, opowiadają o swoim życiu tak, jakby się z tobą przyjaźnili od wielu lat.

Zachwyciła mnie też, i zaskoczyła, Tunezja. Pojechaliśmy tam z żoną, żeby nic nie robić. Było to akurat po rewolucji. W Tunisie druty kolczaste, czołgi na ulicach, więc jeździli tam wtedy tylko Polacy i Rosjanie, bo dla nich rewolucja to nie pierwszyzna. Założyliśmy, że będziemy tam tylko wypoczywać, bo nie ma tam co zwiedzać, tymczasem Sahara zaskoczyła nas ilością atrakcji: słone jeziora, gaje daktylowe, miasteczko z „Gwiezdnych Wojen”, góry Atlas, przejażdżki po pustyni na wielbłądach i jeepami, malownicze oazy.

Najbardziej egzotyczne miejsce, w którym byłem, to Nepal. Egzotyka, wpływy tybetańskie, indyjskie. Wyjątkowa „szpiczasta” architektura, zlewanie się religii – buddyzm łączy się tu z hinduizmem. Zawsze pociągały mnie styki kulturowe. Pierwsza moja wyprawa była do Azji Środkowej, gdzie islam miesza się z wpływami rosyjskimi, sowieckimi, a mój pierwszy wyjazd z żoną był do Maroka – końca świata arabskiego.

Nepal. Święci mężowie w Katmandu
Nepal. Święci mężowie w Katmandu

J.H.: Praca w redakcji „Nowej Wsi Europejskiej” była utwierdzeniem się w przekonaniu: tak, dziennikarstwo to mój żywioł?

W „Nowej Wsi Europejskiej” poznałem niesamowitą kobietę. Pani Małgosia była sekretarzem redakcji i pokazała mi, na czym polega rzemiosło dziennikarskie. Pochodziła spod Lwowa, z rodziny ziemiańskiej. Miała wyrazisty sznyt polskiej szlachcianki z Kresów a pierwsze kroki w zawodzie stawiała w czasach stalinowskich. Przeprowadzała wywiady z górnikami – przodownikami pracy. Zadawała pytania i… na nie odpowiadała.

Stanowiła niesamowity konglomerat przedwojennego ziemiańskiego wychowania i socrealistycznej szkoły dziennikarskiej. Rzemieślniczo była świetna. Pokazała mi, jak kilkoma słowami budować zdania. To ona udowodniła mi, że nie ma takiego zdania, którego nie da się skrócić. Ona też nauczyła mnie spostrzegawczości. Mówiła: Proszę pana, dziennikarz musi być dokładnie tak przygotowany, jak oficer wywiadu przedwojennej „dwójki”. Proszę powiedzieć, bez odwracania się, jakiego koloru są doniczki za pana plecami. Przecież ja w życiu bym żadnych kwiatków nie zobaczył, a co dopiero doniczek. A ona mówi: Nie, pan ma mieć fotograficzną pamięć. Wchodzi pan i natychmiast rejestruje i zapamiętuje, co gdzie jest. Dużo jej zawdzięczam.

J.H.: Mówisz: Mateusz Orzechowski, myślisz: Wspólnota. A wszystko zaczęło się chyba od rubryczki w dziale „ZONA” w „Grocie”. To był debiut na radzyńskim rynku?

Nie, wcześniej było „Tu i teraz”. Do tego tytułu coś popełniłem. Ale „ZONĘ” wspominam bardzo sentymentalnie. Robiłem tam wywiady z radzyńskimi szefami partii. Najbardziej „złotouści” byli: Tadeusz Sławecki i Jerzy Rębek.

Indie. Rejs świętą rzeką Ganges
Indie. Rejs świętą rzeką Ganges

J.H.: Opowiedz naszym Czytelnikom o genezie powstania „Wspólnoty”?

Gdy pisałem do „Grota”, zauważyłem, że był gazetą dla bardzo wąskiej grupy. Utrzymywanie takiej gazety było moim zdaniem nielogiczne, niegospodarne i nieuczciwe wobec radzyniaków, którzy płacą podatki. Pomyślałem, że wspaniale byłoby założyć gazetę skierowaną do wszystkich.

D.M.: Nic nie mówisz o politycznych korzeniach „Wspólnoty” i środowisku, które ją powołało do istnienia. Czasem słyszę jakieś żale na ten temat.

Przez pierwszy rok istnienia, „Wspólnota” była zaangażowana politycznie i wspierała ugrupowanie Jerzego Rębka. Po wyborach w 2002 roku stała się gazetą niezależną. Prowadzenie gazety zaangażowanej i nieobiektywnej jest dla mnie bardzo cennym doświadczeniem. Dzięki temu zrozumiałem, że niedopuszczalne jest wydawanie czasopism tendencyjnych. Misją gazety jest patrzenie władzy na ręce, na właśnie tej funkcji kontrolnej polega bycie czwartą władzą, a nie na wspieraniu polityków. Niestety na rynku lokalnym istnieją media, które uprawiają propagandę dla PSL, a także takie które wspierają PiS. Działania takie oceniam jako naganne, nieodpowiedzialne i szkodliwe społecznie. Dokładnie tak samo, jak oceniam swoje działania sprzed kilkunastu lat. Teraz, kiedy przyjmuję do pracy naczelnych, mówię im, że mają być do bólu obiektywni i nie stosować zasady świętych krów.

Od czasów, kiedy powstała „Wspólnota” w Radzyniu, mnóstwo się zmieniło. Założyliśmy 8 tytułów. Więc jesteśmy pod tym względem największym polskim wydawnictwem gazet lokalnych. Następna w kolejności Oficyna Południowa z Wielkopolski ma 5 gazet. Śmiało więc można powiedzieć, że Radzyń jest stolicą polskiej prasy lokalnej.

J. H.: Nie wiem, czy pamiętasz naszą rozmowę o okładkach „Wspólnoty”. Ponowię postawione ci wówczas pytanie, czy na tzw. „jedynce” musi obowiązywać zasada: bad news is good news?

Taka zasada nie obowiązuje we „Wspólnocie” ale obowiązuje na rynku. Naczelny „Wspólnoty” w Lubartowie postanowił, że nie może być tak, że są same złe informacje na jedynkach. Postawił sobie za punkt honoru, że często będzie je przetykał informacjami pozytywnymi. Pewnego razu miał taką miłą, pozytywną i sensacyjną wiadomość o chorej dziewczynce, której choroba wymagała znajdowania się pod ciągłym kontaktem telefonicznym. Została ona okradziona z tego telefonu, ale po apelu o jego zwrot, w związku z jej sytuacją, skruszony złodziej zgłosił się i oddał go! Mieliśmy więc ciekawą i budującą informację na okładce. Ale rynek brutalnie to zweryfikował. Sprzedaż spadła. Większość czytelników nie chce dobrych informacji…

J. H.: Wspólnota ma chyba na tyle wyrobioną markę, że potencjalny czytelnik kupi ją nie tylko dlatego, że okładka będzie ociekać umowną „krwią”

To nieprawda. Nieraz robiliśmy eksperymenty – na Wszystkich Świętych zrobiliśmy okładkę tylko ze zniczem. Taką symboliczną – sam znicz i nic więcej. No i sprzedaż była ok. 30% w dół.

D.M.: Niektórzy pewnie uważają, że „Wspólnota” się na nich uwzięła. Nie wiążą tego jednak z tym, że robią coś źle. Masz takie doświadczenia?

Taka historyjka, z czasów kiedy byłem w partii: jeden z polityków zwraca się do swego koalicjanta w mieście, by dał reprymendę swemu politycznemu koledze, czyli mnie za to, że we „Wspólnocie” na zdjęciach z otwarcia basenu w Radzyniu działacz innej opcji przecina wstęgę. Błaha sprawa, a dotknęła najwyższych szczebli. Ja, jako wydawca, nawet tego artykułu nie widziałem. Nie sądzę, żeby zdjęcie wybierał naczelny ani nawet dziennikarz, wkleił je grafik. Działanie redakcyjne banalne, a reperkusje „polityczne” na najwyższym radzyńskim poziomie. Małostkowość nie do pojęcia.

D.M.: To chyba charakterystyczne, że wszystko musi się odbywać przy takiej partyjnej czujności, być postrzegane przez pryzmat politycznego dobra lub zła.

Wpadłem kiedyś na pomysł, by napisać pamiętnik polityczny, odsłaniający kulisy funkcjonowania partii, różne intrygi, nieczyste zagrywki. Na szczeblu lokalnym i regionalnym, trochę krajowym. Zawiera zbyt wiele szczegółów personalnych, więc go za życia nie upublicznię. Zdecydowałem, że ukaże się dopiero po mojej śmierci.

D.M.: Ciekawe, ilu lokalnych polityków od dziś będzie po cichu spełniać toasty za Twoje zdrowie? (śmiech).

J.H.: Radzyńską redakcję „Wspólnoty” zasiliła ostatnio Monika Mackiewicz. Wciąż jednak proponujecie u siebie pracę. Czy trudno jest znaleźć osobę z predyspozycjami na dobrego dziennikarza?

Owszem, trudno. Adept tego zawodu winien mieć pasję, polot, wyczucie, dobre pióro. Ponadto, trzeba być odważnym. Często trzeba zajmować się sprawami niewygodnymi. Kiedyś nasza dziennikarka pisała o zatrudnieniach po znajomości. Potem usłyszała: Przecież pani dzieci też  będą  kiedyś chciały znaleźć w tym mieście pracę. Marcin Kącki, dziennikarz Wyborczej który ujawnił m.in. seksaferę w Samoobronie, powiedział nam, że dużo trudniej być dziennikarzem lokalnym niż krajowym. On może przyjechać, zrobić materiał i nigdy więcej tu nie przyjechać, dziennikarz lokalny będzie żył w tym środowisku.

Ludzie, którzy są przyzwyczajeni do etatowego widzenia świata, pytają: czy jest u was wolna posada? U nas nie ma kwestii posad, jest kwestia inicjatywy i pomysłów. U nas zawsze jest miejsce dla osób, które mają wartościowe pomysły. Jesteśmy gotowi przyjąć do pracy nie tylko jedną osobę, ale cały zespół ludzi.

002

D.M.: A jak wygląda sytuacja z dziennikarzami po szkole dziennikarskiej?

Wcześniej wydawało mi się, że mogę zatrudniać ludzi bez doświadczenia, że można ich wdrożyć. Tymczasem wdrażanie do zawodu dziennikarza jest bardzo długim procesem, który trwa kilka lat. Nawet ktoś bystry prawdziwym dziennikarzem będzie dopiero po 4-5 latach pracy.

Co do wykształcenia dziennikarskiego. Kiedyś zapytałem Jurka Jureckiego, który ma jedną z najlepszych gazet w Polsce („Tygodnik Podhalański” – przyp. red.): Jurek, a ilu ty zatrudniasz dziennikarzy po dziennikarstwie? Jurecki odpowiada: ja mam różnych ludzi: historyków, prawników, filologów…, ale dyletantów nie zatrudniam. Nie ma do mnie wstępu ktoś po dziennikarstwie.

Dziennikarstwo uczy teorii a nie praktyki.

J.H.: Co ze stroną „Komentarzy i opinii”? Udostępnialiście kiedyś łamy dla wielu różnych felietonistów czy obserwatorów lokalnego życia…

Ta rubryka sprawiała mi dużą frajdę. Niestety okazało się, że trudno o tematy, które byłyby atrakcyjne dla całego dużego regionu od Lubartowa do Białej Podlaskiej. Większy sens miałaby rubryka czysto radzyńska.

J. H.: Nie boisz się o przyszłość prasy papierowej?

Gazetom, które mają obszar lokalny, nic się na razie nie dzieje. Tytułom o zasięgu wojewódzkim sprzedaż spada dramatycznie. Gazety przenoszą się do Internetu. Dlatego pracujemy nad naszymi projektami internetowymi. Budujemy projekt, który nazywa się tuklikam.pl. Przejęliśmy grupę podlasiesiedzieje.pl. Opracowany został program gruntownej przebudowy portalu e-wspolnota.com. Zanim umrze prasa papierowa, zdążymy się przenieść do przestrzeni wirtualnej.

J. H.: Oprócz blasków, stanowisko właściciela gazety to także gorzki chleb. Sporo nerwów zjadła Ci pewnie sprawa pani wójt Dębowej Kłody. Może nie wszyscy nasi Czytelnicy pamiętają to zdarzenie…

W czasie ciszy wyborczej na naszym forum pojawiły się wpisy internautów, które można było zakwalifikować jako polityczną agitację. Pani wójt podała nas do sądu, a my sprawę wygraliśmy. Podanie mnie do sądu było absurdalne, równie dobrze można podawać do sądu burmistrza, że na czas kampanii nie wyburzył słupów ogłoszeniowych, przecież na nich można agitować w ciszę wyborczą. Ale dobrze się stało, że odbył się taki proces, gdyż dzięki temu zaistniał precedens. Było to szeroko komentowane w polskich mediach branżowych.

J. H.: Nie czujesz absmaku patrząc na poziom niektórych komentarzy na Waszym internetowym forum?

Ja jestem liberałem z krwi i kości. Uważam, że każdy ponosi odpowiedzialność za swoje słowa. Voltaire miał stwierdzić: Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć. Jestem tego samego zdania. I dlatego nigdy nie będę blokował forum w jakikolwiek sposób.

Niestety panuje czasami mylne mniemanie, że gdy ktoś się nie zaloguje, to jest bardziej anonimowy. A to bzdura. Tak samo odpowiada i tak samo łatwo pociągnąć go do odpowiedzialności.

J. H.: „Wspólnota” jest ekspansywna. Przejęliście stronę „Podlasie się dzieje”. Po Radzyniu krążyła stugębna plotka, że zastanawiałeś się nad przejęciem praw do „Grota”. Prawda czy fałsz?

Tak, złożyłem taką propozycję burmistrzowi  Jerzemu Rębkowi i poinformowałem o tym Pawła Żochowskiego jako wydawcę. Uważam, że jeśli „Grota” posiadałby prywatny wydawca, to radzyniacy mieliby z tego największe korzyści. Po pierwsze nie musieliby do tego dokładać, po drugie mieliby czasopismo ciekawe, uzupełniające ofertę lokalnego rynku wydawniczego.

D.M.: A może to jest tak, że jeśli nie mogłeś dostać „Grota”, to przyjąłeś chociaż Monikę Mackiewicz?

Może…

J. H.: Jeśli chciałeś przejąć tytuł, to jednak jakąś wizję „Grota” miałeś?

To byłby miesięcznik. Na rynku ogólnopolskim są: dzienniki – informacyjne i tygodniki – opiniotwórcze, które wyjaśniają procesy i zjawiska. W tej wizji „Wspólnota” byłaby pismem stricte informacyjnym, a miesięcznikiem z pogłębioną informacją i strefą opinii mógłby być „Grot”. Taką gazetą dla reportaży, wywiadów, bez newsów a bardziej z opisywaniem rzeczywistości. Czy to pismo nazywałoby się Grot-bis, czy Wspólnota-bis, miałoby nieduże znaczenie.

IS_003

D.M.: Wydawnictwo prasy lokalnej Wspólnota to już resztówki polskiej prasy regionalnej. Nie miałeś jeszcze ofert odsprzedaży „Wspólnoty” ze strony Niemców?

Kiedy prowadzi się takie rozmowy, podpisuje się klauzulę poufności. Ale mogę powiedzieć, że były takie sytuacje, że to ja zabiegałem o przejęcie kilku tytułu od Niemców. Niemcy ostatnimi czasy zakładają kolejne tygodniki lokalne. Jedynym województwem, którego nie tknęli, jest lubelskie. Branżowi dziennikarze śmieją się, że to przeze mnie, bo nie zostawiłem im wolnego terenu.

J. H.: Twoja gazeta patronuje wielu szlachetnym akcjom. Objęliście patronat nad bliską naszemu sercu akcją „TAK dla Muzeum Gestapo/ UB w Radzyniu”.

Wszystkie takie akcje wspieraliśmy, wspieramy i wspierać będziemy – historią lokalną trzeba zarażać ludzi. Bardzo wysoko cenię sobie tych nauczycieli, którzy tak uczą dzieci, żeby pokazać im historię ich dziadków.

J. H.: Kiedy zrodziła się u Ciebie pasja do futbolu?

W podstawówce. Miałem bardzo blisko boisko, czasem chodziłem tam pokopać. Jeśli chodzi o kibicowanie, mocno przeżywałem mistrzostwa świata w 1986 roku.

Moje pokolenie jest szczególnie nieszczęśliwe, jeśli chodzi o kibicowanie polskiej reprezentacji, w dzieciństwie podziwialiśmy sukcesy polskiej reprezentacji, a przez całe dorosłe życie nie mogliśmy doczekać się choćby wyjścia z grupy na mistrzostwach.

Najbardziej zapamiętuję mecze, gdy jest jakiś kontekst i gdy oglądam go z kolegami. Np. pamiętam inaugurację mundialu w Japonii i Korei. Francja grała z Senegalem. Darek do mnie przyjechał na wódkę. Senegal – była kolonia francuska – wygrał z Francją – mistrzem świata.

D.M.: Wniosek jest prosty (śmiech) 

J. H. : Czy były momenty zwątpienia, gdy miałeś myśl: rzucam to w diabły i wyjeżdżam w Bieszczady?

Były momenty refleksji. Niedawno postanowiłem spojrzeć na życie z „opcji zerowej”. Czyli – co bym robił, gdybym nie miał swojej firmy. Przeanalizowałem różne drogi, obszary aktywności. Pomyślałem – bardzo lubię historię, ale nie chciałbym być naukowcem, ani nauczycielem. Lubię politykę, ale – mając wiedzę, którą teraz mam – wiem, że nie chciałbym być politykiem. Przeczytałem dużo książek  o zarządzaniu, studiowałem ten kierunek i mam w tym praktykę – ale biznes dla samego zarabiania pieniędzy mnie nie kręci. I pomyślałem wtedy, że wszystkie inne drogi są mniej ciekawe, jednak: fajną rzecz robię.

Fot. Paweł Żochowski

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Zlikwidowana „dziupla” i zarzuty za kradzieże aut

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Radzyński Talent 2015 – FOTORELACJA

Skomentuj