banner

Trzeba zmieniać mentalność- wywiad ze Zbigniewem Makarskim, radnym powiatowym

O roku niebytu, pookrągłostołowym buncie, partii antywałęsowskiej, początkach uroczystości na uroczysku Baran i pracy radnego – ze Zbigniewem Makarskim rozmawiają Józef Korulczyk i Jakub Hapka.

_dsc0006

J. H.: Pochodzi pan z Rzeszowszczyzny. W jaki sposób trafił Pan w nasze okolice?

Ściśle mówiąc, to całą młodość, spędziłem w Rudniku nad Sanem. Małym miasteczku koło Stalowej Woli,  tam też ukończyłem liceum Studiowałem na Akademii Medycznej w Lublinie, poznałem tam swoją małżonkę, Zofię Góralską z Czemiernik, a ponieważ ona pracowała już przed studiami w szpitalu w Radzyniu, ciągnęło ją do swojego miejsca pracy i w strony rodzinne. Tak za nią trafiłem tutaj w te urocze strony.

J. K. : Czyli ściągnęła Cię żona (śmiech)

Bywa i tak

J. H.: Skąd wzięło się u pana zainteresowanie sprawami publicznymi?

Moja praca jest związana z ludźmi. Byłem bardzo zaangażowany w sprawy publiczne w gminie, tym bardziej, że byłem kierownikiem gminnego ośrodka zdrowia. Pod koniec lat osiemdziesiątych ośrodki wiejskie zostały pozostawione same sobie. ZOZ-y, które do tego okresu były jednostką dla nich nadrzędną, przestały finansować ich rozwój i remonty. Działo się tak dlatego, że same szpitale  miały problemy finansowe, a ponadto było już wiadomo o przyszłej reorganizacji i oddzielenia szpitali od ośrodków. Nasz ośrodek przeżywał wtedy ciężkie chwile. Nie było nawet strzykawek, a budynek wymagał pilnego remontu i niezbędnego do diagnozowania aparatu do EKG – ośrodek był w opłakanym stanie. I wtedy jako kierownictwo znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że trzeba było sobie radzić, dogadywać się z ludźmi, coś załatwiać obok tych finansów publicznych.

Należy tu wspomnieć o zaangażowaniu miejscowej ludności , która powołała komitet pomocy służbie zdrowia i dzięki niemu poprzez zbiórkę pieniędzy udało się zakupić nowoczesny aparat EKG. Sprawę remontu doraźnie odroczyliśmy dzięki radzyńskiemu  ZUS- owi , który udostępnił nam jeszcze dobre okna z demontażu. Wstawiliśmy je do ośrodka za własne prywatne pieniądze. To te trudne czasy i wspólne działania z mieszkańcami, a zwłaszcza wynikłe z nich efekty, skłoniły mnie do szerszego zainteresowania się sprawami publicznymi.

Byłem związany zwłaszcza ze związkiem zawodowym”Solidarnością” Rolników Indywidualnych, gdzie wybrano mnie do składu rady wojewódzkiej związku w Białej Podlaskiej. Dzięki tym działaniom, zdobyłem zaufanie, zostałem wytypowany do Rady Naczelnej Porozumienia Ludowego – to był taki „solidarnościowy” PSL. Wchodził w to też PSL „Mikołajczykowski” Henryka Bąka.

Na terenie naszej gminy, takim działaniem było organizowanie uroczystości w lesie Baran.

W moim życiu szczególnie liczyło się nawiązanie do patriotyzmu przedwojennego. Działaliśmy z Jankiem Kołkowiczem przy wielu uroczystościach. W Leśnej Podlaskiej na opłatku zbierali się byli AK-owcy, oddział „Zenona” – często tam przebywaliśmy. Wiele od tych ludzi można było się nauczyć i dowiedzieć. Ta działalność też była w kręgu moich zainteresowań.

J. K. : Pochodzi pan z terenów o dużych tradycjach patriotycznych.

Te tereny są przywiązane do własności prywatnej. Ludzie nie godzili się z narzuconym systemem komunistycznym. Po wojnie wielu ludzi, studenci spisywali pociągi, wywożące sprzęt z polskich fabryk za wschodnią granicę. Mało co, a niektórzy mogli przez to stracić życie. Uważam, że wiele ludzi mimo, że byli zapisani do partii w duchu nie tolerowali obcej nam, narzuconej ideologi komunistycznej. Myślę jednak, że taka działalność była wszędzie, nie tylko tam i dzięki temu doszło do powstania „Solidarności”.

_dsc0009

J. H.: Prowadził pan działania, mające wprowadzić prawo i porządek w samorządzie gminy Kąkolewnica. Miał pan z tego powodu wiele kłopotów.

Tak. Myślę, że to  zaczęło się od naszego komitetu pomocy służbie zdrowia, ówczesny wójt  Kurowski pewnie czuł się zagrożony, że jest jakaś nowa grupa.  Zdobyłem tam jakieś zaufanie. Może czuł, że mogę być dla niego zagrożeniem.

Wywiązała się ostra walka między władzą (wójtem Adamem Kurowskim) a mną. Wszystko zaczęło się od tego, że gdy wojewoda bialskopodlaski wydał decyzję przekształcenia gminnych ośrodków zdrowia w niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej, wójt próbował skorzystać z okazji i uniemożliwić mi dalszą pracę w Kąkolewnicy.

Przekształcenie w niepubliczny zakład miało polegać na tym ,że kierownicy bądź spółki lekarskie miały powołać własne zakłady i ubiegać się ośrodki na prowadzenie zakładu na drodze konkursu. Dla tak powołanego zakładu każdy z tych zakładów dostał promesę na dzierżawę dotychczas używanych budynków i sprzętu. Budynki i teren naszego ośrodka były w tym czasie w gestii wojewody jako zarządcy mienia Skarbu Państwa. Taką promesę na dzierżawę dostałem i ja.

Już w czasie pierwszego przetargu doszło do nieprawidłowości, dzięki temu ku uciesze ówczesnego wójta rozstrzygnięcie jego było na moją niekorzyść. Jednak udało mi się, dzięki pomocy parlamentarzystów, udowodnić przekręty w przetargu,  a tym samym unieważnić go. To nie skończyło mojej gehenny,  wójt który miał duże wpływy w ówczesnym AWS-ie robił wszystko, by mój zakład nie mógł podjąć kontraktu. Wojewoda z powodu ukończenia kontraktowania na rok 1998, wstrzymał kontraktowanie na nasz gminny ośrodek do następnego roku.

W tym czasie wójt, mimo braku odpowiednich aktów prawnych, przejął budynek gminnego ośrodka na mienie gminne, dzięki uprzejmości byłego starosty Pana Jerzego Kułaka. Tym samym została unieważniona moja promesa na dzierżawę budynków po Gminnym Ośrodku Zdrowia . O całej tej wątpliwej darowiźnie ze Skarbu Państwa dla gminy dowiedziałem się dopiero na powtórnym przetargu, co świadczy o złej woli, zarówno ze strony wójta, jak i starosty radzyńskiego, Kułaka.

_dsc0001

Mogłem dochodzić prawdy w sądach,  ale prawdopodobnie puszczony by mnie z gminy w skarpetkach, jak przepowiadał mi to sam wójt.  Z drugiej strony wielu moich pacjentów zaangażowało się w obronę mojego zakładu, postanowiłem więc dalej walczyć ,wydzierżawiłem budynek wolnostojący i zorganizowałem w nim działalność,. Na dostosowanie budynku dla potrzeb zakładu mieliśmy tylko 3 miesiące. Potrafiliśmy to zrobić. W dzisiejszych czasach byłoby to pewnie niemożliwe. Ale dzięki dobremu podejściu ludzi i administracji, udało mi się.

Tutaj już ręce wójta nie sięgały, poza licznymi donosami na mój zakład i marnowaniem gminnych pieniędzy na polecone listy z tymi donosami, mój zakład mógł dalej funkcjonować.

Przez doświadczenia moje z samorządnością gminną,  zrozumiałem jak wiele zależy od właściwego działania samorządu. W mojej sytuacji doszło do znacznej rozbieżności zdań ówczesnego samorządu a popierającymi mnie mieszkańcami. Sukces w tej nierównej walce z władzami gminnymi dodał ducha zarówno mnie, jak i społeczności lokalnej i tak wkrótce wszystkie środowiska sprzeciwiły się wójtowi, łącząc się w zorganizowany ruch wyborczy „Prawo i samorządność”, który objął władzę w naszej gminie. Nastąpił szybki rozwój widoczny gołym okiem, a ponieważ miałem duży udział w tworzeniu tego ruchu, dzięki uzyskanemu zaufaniu mogę piastować funkcję radnego powiatowego już trzecią kadencję.

Więc te sprawy publiczne były związane i  z moją działalnością zawodową, ponieważ musiałem się bronić i być z ludźmi, a także z moimi zainteresowaniami – z rolnikami indywidualnymi. Uważałem, że wtedy, w tamtych czasach, przy tych zmianach „Solidarność Rolnicza” była spychana na margines. Szczególnie po tzw. nocnej zmianie, ugrupowania post-okrągłostołowe i sam Wałęsa wolały wspierać PSL niż „Solidarność Wiejską” uważałem, że w tym okresie należy im pomagać, bo ich idee były zbieżne z moimi.

01

J. H.: Wiemy, że jest pan  pomysłodawcą obchodów ku czci pomordowanych w lesie Baran. Pierwsze obchody organizował pan za własne pieniądze, teraz organizuje je gmina. Skąd ten pomysł i czy ma pan  satysfakcję?

Nie byłem pierwszy, który to organizował. Pierwsze wzmianki, działania były jeszcze długo nawet przed stanem wojennym. Ludzie pamiętali,zanosili i palili znicze, ale każdy trzymał buzię na kłódkę i nie chciał nic mówić, bo wszędzie panował strach.

Po przemianach były organizowane pierwsze uroczystości, z tym, że wyglądało to tak, że była modlitwa, parę słów i do domu.. Mówiono, że to jest tylko dla rodzin. Nie można tam było słowa powiedzieć na tematy polityczne. Nas to bulwersowało. Intymność obchodów prowadziła do stopniowego zaniku zainteresowania się tym miejscem.

04

Tutaj moje działania były związane z członkiem WiN, redaktorem  Janem Kołkowiczem. Uważaliśmy , że uroczystości te nie mają być tylko pożegnaniem nam bliskich, lecz odrodzeniem, pochowanej w tym miejscu razem z zamordowanymi, myśli o wolnej Polsce, odrodzeniu patriotyzmu i ujawnieniu roli, jaką w tym mordzie odegrał nasz  wschodni przyjaciel  i kształtowana przez niego nowa władza Polski Ludowej.

Nasza właściwa działaność związana jest ze zmianą samorządu w Kąkolewnicy.Wygranie wyborów przez ruch „Prawo i samorządność” dał okazję do wprowadzenia zmian w tych uroczystościach

Pierwsza taka uroczystość była związana z konferencją naukową, którą zrobiliśmy w Kąkolewnicy, gdzie zjawili się historycy. Byli m. in. : Piotr Gawryszczak, Jerzy Malinowski, Marcin Dąbrowski, Michał Góralkiewicz. Jan Kołkowicz z tej konferencji sporządził skrypt, w postaci książki.

Książka wyd. w 2007, pod red. Jana Kołkowicza
Książka wyd. w 2007, pod red. Jana Kołkowicza

W tamtym czasie wśród mieszkańców było jeszcze dużo takich, którzy Armię Krajową nazywali a kury a kaczki. Konferencja ta była pierwszą próbą wyjaśnienia roli męczeństwa tych młodych ludzi dla istnienia Państwa Polskiego i jego dążeń do wyzwolenia od obcych wpływów.

W związku z tym, że ocena tych uroczystości przez mieszkańców gminy nie były jednoznaczna, a w gminie należało każdą złotówkę przeznaczyć na rozwój gospodarczy, radni powołani z ruchu „Prawo i samorządność” zdecydowali się nie finansować ich z gminnych pieniędzy. Uroczystości te były organizowane z ich prywatnych składek.

Z pomocą  przyszło też Radzyńskie Stowarzyszenie Inicjatyw Lokalnych,  którzy udostępniło nam konto, będąc organizacją pożytku publicznego, mogliśmy uzbierać z wpłat darczyńców kwotę  na organizowanie kolejnych uroczystości. Sam Prezes Stowarzyszenia, Józef Korulczyk mocno angażował się i wspierał naszą działalność.

Radni zaś jako rekompensatę za to ,że nie przeznaczali pieniędzy gminnych na tę uroczystość, włączali się dając środki gminne, nie pieniężne -swoją pracę i sprzęt pomocny w organizacji.

02

Uroczystość zaczęła nabierać kolorów, w  jej organizowanie  włączyły się szkoły,dzieci zaczęły robić przedstawienia – to ściągnęło ludzi. Zaczęliśmy robić także ogniska, gdzie konsolidowała się  miejscowa ludność. Uroczystość zupełnie zmieniła swoje oblicze i nabrała jakiegoś życia.

J. K.: Pierwsze spotkanie odbyło się w Żakowoli (2005), jeszcze przed sesją naukową (w 2007). Prawie na każdych uroczystościach na uroczysku Baran uczestniczy senator Gogacz – nie jest to jego okręg wyborczy. Skąd jego obecność?

Senator Gogacz jest moim kolegą, z ramienia Ruchu Odbudowy Polski, kiedyś byliśmy w Radzie Naczelnej. Ja byłem wtedy przewodniczącym ROP w ówczesnym województwie bialskopodlaskim, natomiast on – z Lublina. Później, po rozwiązaniu woj. bialskopodlaskiego praktycznie byliśmy razem w lubelskim zarządzie ROP i dalej w Radzie Naczelnej, aż do rozwiązania ruchu.

Jako ROP nigdy nie startowaliśmy indywidualnie z list naszej partii, nie chcieliśmy dzielić prawicy. Traciliśmy na tym materialnie, ponieważ jeśli Ruch nie startował ze swoich list, nie dostawał dotacji. Natomiast myślę, że to się opłaciło Polsce, bo Prawo i Sprawiedliwość – dzięki naszym działaniom – bardzo się wzmocnił .Widać to po tym ,że w jej władzach i ławach poselskich jest bardzo dużo członków Ruchu Odbudowy Polski. To pierwsze spotkanie było jeszcze przed zmianą w samorządzie gminnym i było autentycznym ruchem społeczeństwa,które chciało coś więcej niż modlitwę w miejscu kaźni.

SONY DSC

J. H. : W działalności politycznej był pan wierny wspomnianemu ugrupowaniu. Proszę powiedzieć coś na temat swojej działalności w tym ugrupowaniu.

ROP powstał po tej pamiętnej tzw. „nocnej zmianie”, czyli obaleniu rządu Jana Olszewskiego. Wcześniej byłem w Radzie Naczelnej Porozumienia Ludowego, która została rozwiązana przez Gabriela Janowskiego –  to spowodowało osiągnięcie słabego wyniku wyborczego i rozpad partii. W tych wyborach na prezydenta kandydował Jan Olszewski. Ponieważ Porozumienie Ludowe mocno wspierało rząd Jana Olszewskiego,  to ja współuczestniczyłem w założeniu komitetu jego poparcia w woj. bialskopodlaskim. Stanąłem na czele tego komitetu, osiągnęliśmy bardzo dobry wynik.

Trudno było zmarnować ludzkie zaangażowanie w te wybory. Dzięki temu powstały struktury Ruchu Odbudowy Polski w województwie,  a ja stanąłem na jego czele jako przewodniczący. Wielu naszych członków wywodziło się z uprzedniej „Solidarności Wiejskiej” i działaczy PSL Mikołajczykowskiego i Porozumienia Ludowego. Mieliśmy świadomość co się dzieje w Warszawie, widzieliśmy jaki skręt w lewo wykonał Wałęsa, widzieliśmy bezmyślną niekontrolowaną prywatyzację wspieraną przez liberalny układ postokrągłostołowy.

To wzmacniało potrzebę naszego działania w  zorganizowanych strukturach. Byliśmy od początku wrogiem dzikiej prywatyzacji, mówiliśmy o potrzebie stworzenia zaplecza finansowego na przyszłe  zabezpieczenie podstawowych potrzeb państwa, takich jak ubezpieczenia społeczne, zdrowie , nauka i obronność. Byliśmy za utrzymaniem w polskich rękach kluczowych gałęzi przemysłu, na wsi za wspomaganiem małych i średnich gospodarstw.

Przemiany w Polsce szły jednak w innym kierunku. To rodziło w nas ten bunt, że coś tu nie tak, że trzeba to zmieniać. I stąd nasze zaangażowanie w ROP. Ciekawe było moje działanie z byłym marszałkiem, Henrykiem Bąkiem.

J. K. : To był PSL „Mikołajczykowski”

Tak, to był taki działacz ludowy, który w PRL-u miał trzykrotną karę śmierci za działania przeciw Polsce Ludowej. Działał od samej wojny, cały czas przeciwko ustrojowi komunistycznemu. Był więziony, prześladowany, ale nie poddał się. Walczył do końca swojego życia o wolną, sprawiedliwą Polskę.

O sile jego ducha świadczy, że nawet w więzieniu mając wyrok kary śmierci, kształcił się, ułaskawiony napisał pracę doktorancką „Organizacja ruchu samorządnego w Jugosławii’, jednak w Polsce Ludowej SB wrogom publicznym blokowało dalsze kariery naukowe. Walczył do końca i umarł, walcząc. Nasze działania wiązały się głównie z ruchem „Solidarności Wiejskiej”.

W pewnym okresie należałem nawet do redakcji wydawanej przez niego „Gazety Ludowej”, zajmowałem się między innymi jej kolportażem w naszym terenie. Gazeta ta wykazywała jak władze PSL-u zrodzonego z ZSL oszukiwały społeczeństwo wiejskie. Między innymi drukowane były wykazy imienne głosowań poszczególnych posłów. To rzeczywiście działało na ludzi, przecierali oczy, że coś jest nie tak z tym PSL-em.

dsc_0361-800x533

J. H.:. Od 2002 r. nieprzerwanie jest pan radnym Rady Powiatu. Jak wyglądały początki pracy?

W związku z tym, że jestem lekarzem, interesowały mnie sprawy służby zdrowia i szpital. Byłem radnym od drugiej kadencji. Wchodząc do rady, można było przeczytać w prasie lokalnej, że szpital tak dobrze funkcjonuje, jak nigdzie. Same pochwały, natomiast nasza pierwsza komisja rewizyjna ujawniła ok. 12 milionów długów.

Co się okazało? Nie powołano w ogóle Komisji Zdrowia, Rada Powiatu służbę zdrowia traktowała jak nie swoją. Ówczesny starosta,  Kułak uważał, że służba zdrowia to nie jest temat dla powiatu, szpital to zakład samodzielny, rada nic do niego nie ma.

Skutkowało to tym, że powiat nic nie robił , żeby wzmocnić szpital. Chociaż jeśli chodzi o dobór dyrektorów, to starosta był pierwszy i działał tam od początku do momentu, aż okazało się, że jeden z powołanych przez niego dyrektorów, który prosząc o pomoc o środki z powiatu, nie dostając ich, rzucił po prostu tą pracę.To był pewien szok dla rady, szpitalowi zagroziła likwidacja.

Z powodu długu doszło do wejścia do szpitala komornika. |Dopiero te nieprzyjemne zdarzenia zaczęły skutkować.Moje apele, żeby powołać Komisję Zdrowia i zająć się tymi sprawami, trafiły na dobry grunt i zaczęto działać. Ale niestety tych długów było już dużo.

Dlaczego tak się stało? Tak jak wcześniej mówiłem: zupełny brak pomocy ze strony powiatu szpitalowi. Postawiono wtedy na dyrektora-pielęgniarkę. W tamtym okresie ordynatorzy nie byli skłonni poddać się rządom pielęgniarki. Wtedy były inne stosunki między ludźmi, pewne zasady… Dyrektor siedział odosobniony, szpital szedł jak taki statek bez sternika, nie wiadomo gdzie. I dlatego stało się, jak się stało.

W pewnym sensie taki układ był dobry do zmian strukturalnych – te powiat zrobił, ale skutki były marne. Zlikwidowano wtedy szpital zakaźny-gruźliczy, ale żadnych środków z tego ja bynajmniej nie widziałem.

_dsc0007

Posprzedawano też bloki przyszpitalne, miał z tego powstać oddział ratunkowy, ale jak powstawał, to znosili sprzęt z góry. Nie kupiono nic nowego, w zasadzie zrobiono trochę remontu. Nie było widać aż takich efektów, jakie winny być ze sprzedaży mieszkań w blokach.

Skutkowało to zapóźnieniem ze sprzętem. Dla przykładu nie było tomografu, kupiono zaś mammograf, który wtedy w zasadzie był dobry dla ludzi, ale niedobry dla szpitala. Mammografię mogła sobie zrobić jedna, druga kobieta, natomiast NFZ nie płacił w ogóle za te badania, a szpital musiał to obsługiwać za darmo. Był to więc cel tylko propagandowy, bo taki sprzęt powinien robić te badania non stop. Gdy NFZ zaczął płacić za tę procedurę to ten sprzęt okazał się nieprzydatny – nie spełniał warunków postawionych takiemu sprzętowi przez NFZ. Dla szpitala nie była to dobra inwestycja. Uważam, że wtedy trzeba było kupić tomograf.

J. K.: I tak był kupiony ze składek samorządów. To samorządy dały środki na zakup. Starosta zwrócił się do samorządów, a one wyasygnowały określoną kwotę.

Ale stamtąd musiała wyjść inicjatywa. Jeśli chodzi o samorządy, które mają w swoich programach: działalność profilaktyczna – to tutaj pełna pochwała. Ale w związku z długami szpitala, powinno się myśleć przede wszystkim o jego rozwoju.

Kwestia zadawnienia, spóźnienia się z rozwojem odbija się dobitnie na działalności szpitala – tym bardziej, że na tym polu istnieje konkurencja. Jeżeli inny szpital się rozwinie – to przejmie usługi tego zapóźnionego, a tym samym i część środków na prowadzenie szpitala. Przykładem jest szpital bialski, który dzięki rozwojowi kardiologii inwazyjnej mógł znacznie podwyższyć swój budżet, a to wpłynęło na rozwój pozostałych oddziałów. W szpitalu radzyńskim raczej wszystko jest zwijane, chociaż szpital jest duży – a szkoda.

J. H.: Jakie sprawy samorządu powiatowego są panu szczególnie bliskie?

Myślę, że jest tu kwestia rozwoju samorządności. Mam tutaj wielkie obawy. Dlaczego? Dlatego, że tak jak w naszym powiecie, cała działalność samorządu dyktowana jest w zasadzie przez Zarząd Powiatu i  starostwo.

Komisje są obdzielane przez grupę, która ma najwięcej ,czyli ma władzę. Opozycji nie daje się w zasadzie nic. Dobiera się tylko te tematy, które chce starosta. Przedstawia się te materiały, które nie obciążają starostę i zarząd. I w zasadzie, jak się przypatrzyć, to tę działaność można by sklasyfikować jako superdyrekcję nad szkołami średnimi, plus ośrodek, który lepiej lub gorzej prowadzi konkursy na drogi. To w zasadzie wszystko, może jakieś dotacje do straży czy policji i rozdział marnych środków na działalność organizacji pozarządowych

Zarząd i starosta praktycznie pełni rolę zarządcy, natomiast rada jako ten czynnik uspołeczniający, jako głos ludu się nie liczy, nie ma tu znaczącego głosu. Tu jest problem.

Dam przykład szpitala – cały czas się mówi o zadłużeniu, o kontrakcie, natomiast nie mówi się, jak to funkcjonuje, czy ludzie są zadowoleni, dlaczego, po co, co tam zmienić, żeby było lepiej? Takich rzeczy, które można by zrobić, nie nakładając nawet pieniędzy. Ale tego nie ma.Jest to może wygodne dla starosty i dla zarządu, natomiast jest to wynik małej świadomości, małego poczucia demokracji w społeczeństwie.

J. H.:. Jak z pozycji radnego ocenia pan działalność Komisji Zdrowia w Radzie Powiatu?

To są tematy, które ustalają ze starostą. Np. moja prośba, żeby sprawdzić jak przebiegał konkurs, wykonanie remontu bloku operacyjnego, który trwał przecież tyle – 3,4 razy dłużej niż zakładano, przeszła w ogóle bez odzewu, bez echa. Nie dotyczy to tylko komisji, zgłaszałem to na radzie.

J. H.: Proszę powiedzieć coś o swoich działaniach w Radzie Powiatu?

Z pozycji, w której ciągle jestem, czyli opozycji trudno liczyć na jakieś spektakularne efekty. Natomiast pełno jest takich rzeczy, np. podczas głosowania, czy wydzierżawić blok operacyjny z ortopedią, gdzie –  jako lekarz –  moje stanowisko się liczyło -dzięki Bogu nie doszło do dzierżawy. Mam nadzieję, że mój głos także się liczył, gdy próbowano ten szpital wydzierżawić jakiejś spółce.

Samo powstanie Komisji Zdrowia – także może nie spektakularne działania, ale jakiś wpływ jest. To, co kiedyś mówiłem, że nie wolno iść w spółki, teraz sam starosta i zarząd przejął i powtarza. Cieszy mnie to.

_dsc0055

J. H. : Jak wytłumaczyć fenomen: ludzie negatywnie oceniają rządy PSL-u , ale mimo to ta partia wygrywa kolejne wybory w samorządach?

Jest to wynik zaszłości, czyli jest to jedyna partia komunistyczna, która przetrwała do dnia dzisiejszego. Czyli praktycznie jest to partia, która cały zasób finansowy, mogąca dalej utrzymać i swoje struktury. Jeśli chodzi o sprawy miejskie, gdzie Solidarność działała – tam doszło do rozwiązania PZPR i rozdzielenia tego majątku, tak tutaj sprytnie – z ZSL-u zrobiono PSL „Odrodzenie”, które zaczęło udawać, że się zmienia. Pewni ludzie się nabrali, między innymi Roman Bartoszcze, były działacz solidarnościowy.

W terenie ci ludzie nie byli jacyś strasznie partyjni. Ta partia opierała się przecież na elektoracie z kółek rolniczych, gminnych radach kobiet,straży pożarnej czyli praktycznie mogłoby dojść do tego, że PSL się zmieni. Wyszło inaczej na zjeździe zjednoczeniowym byłego ZSL-u , który przybrał miano PSL Odrodzenie oraz PSL Wilanowskiego i PSL Solidarnościowego Józefa Ślisza, Grupa „odrodzeniowa”, która miała całe struktury po ZSL-u, przejęła całość. W zasadzie po „nocnej zmianie”, gdzie Wałęsa „namaścił” Pawlaka skończyła się ta przemiana PSL. Rządy w PSL były kontynuacją rządów ZSL-u, zmieniono tylko nazwę.

By oszukać teren zasłaniano się kilkoma działaczami przedwojennymi, natomiast podstawę przedwojennego PSL-u  – agraryzm wyrzucono do kosza, a partia z partii chłopskiej stała się partią obrotową, pertraktującą raz z lewicą, raz z prawicą i wikłającą się w układy liberalne.

PSL zawsze miał poparcie – Wałęsy, Unii Liberalnej, Stronnictwa Demokratycznego, a nawet SLD. Na wsi utrzymywał kontakt z elektoratem przez  kółka, straż pożarną, SKR-y. Miał solidne podstawy finansowe (KRUS)- przejął wszystkie środki finansowe po byłym ZSL-u. To sprawiło ,że inne partie wiejskie – jak PSL „Mikołajczykowski”, napiętnowany przez Wałęsę i inne wspomniane partie – nie miały szans , a PSL ogłosił się jedyną partią dla wsi.

To spowodowało, że coraz więcej w wiejskiej administracji było ludzi z PSL-u. Ci dostawali się do sejmiku, zaczęli rządzić dotacjami, dosłownie chwalili się: „ten załatwił to, tamten to”, chociaż w zasadzie gdyby załatwił, to powinno to być w sądzie, bo partia nie powinna wpływać na przetargi. Ta partia oszukiwała od początku, ale z dotacjami to mogła być prawda –  dobrze widoczne jest to na Podkarpaciu, Tam skorumpowany układ PSL zderzył się z Temidą. Mam nadzieję, że to uświadomi ludziom kto na takich układach zyskuje, według mnie to nie społeczeństwo, lecz pewna kasta trzymająca władzę.

J. H.: Należy pan  do założycieli RaSIL. Od początku jest pan członkiem zarządu stowarzyszenia. Z jakich działań w RaSIL-u jest pan zadowolony?

Przede wszystkim to działalność naszego prezesa, który jest człowiekiem, potrafiącym coś zrobić i doprowadzić do czegoś, co ma efekty.  Nasza działalność wydawnicza, organizowanie różnych tematycznych konferencji naukowych, spotkania z ciekawymi ludźmi czy inne wydarzenia, które aktywują ludzi i pobudzają do działania. Chodzi także o nasze wspieranie różnych organizacji. My – jak sama nazwa mówi – gdzie zobaczymy inicjatywę, to próbujemy coś robić i to mi się podoba. Nie jesteśmy nastawieni tylko na jedną rzecz, tylko próbujemy robić różne rzeczy.

Te sprawy wolnościowe, niepodległościowe, patriotyczne są także wyraźne w naszej organizacji. Myślę, że to jest nasza chluba.

J. H.:  Skąd u pana i w podejmowanych działaniach jest tyle wartości patriotycznych?

To coś, co człowieka kształtuje przez całe życie, przez obserwowanie świata. Nie można powiedzieć, że byłem jakimś strasznym patriotą od początku, w dzieciństwie czy w  szkole średniej. Natomiast myślę, że to kształtowało się już od rozumienia tego, czym jest stary system na studiach. Patrzenie, jak i co działa i próba przewidywania, czym co skutkuje.

Dla przykładu kiedyś na studiach miałem takie towarzyskie spotkanie z pułkownikami, na którym oskarżyłem o mord Polaków władze rosyjskie. Nie wiem czy to było przyczyną, ale na zajęciach wojskowych miałem kłopoty.

Późniejsze działania z rolnikami, wsią, o których wspominałem – było to widać, jak wtedy ludzie się zachowali. Napływ towarów chińskich – tu wszyscy byli zachwyceni -ludzie targujący i ludzie kupujący, ale te towary niewiele były tańsze od krajowych.. Dzisiaj pytają: dlaczego ta krawcowa tak mało zarabia? Dlaczego państwa nie stać na to czy na to? Dzisiaj trzeba ich zapytać: dlaczego daliście pozamykać zakłady? A były zamykane, bo towar był tani. Ta świadomość ludzi była mała i myślę, że jest jeszcze mała.

J. K. : A więc był to proces

Tak,  może spotykanie się akurat z tymi środowiskami AK-owskimi?  Nie da się powiedzieć, że coś tam  mnie natchnęło, jedno wydarzenie czy jakieś straszne rzeczy rodzinne. Moi rodzice mieszkali w Jaworniku Polskim,  na wsi podkarpackiej – tam jakiś strasznych działań wojennych nie było. Mój dziadek ,wracając z pierwszej wojny światowej zapadł na gruźlicę i wcześnie zmarł, a mój ojciec jako najstarszy musiał go zastąpić, wychowując 11 rodzeństwa.

J. H.: Jak znajduje pan czas na tak rozliczne zainteresowania?

Muszę (śmiech). Jak się zacznie działać, to ciężko skończyć.

_dsc0005

J. H.:  Czy nie jest pan czasem pracoholikiem?

Pracoholikiem jestem, ale wynika to z pewnego układu. Ze względu na mój wiek, wolałbym mniej pracować. Ale na wsi nie ma lekarzy. Teraz na wsi musi być lekarz z pierwszym stopniem specjalizacji i z 5-letnim stażem pracy. Teraz  jeszcze dorzucono leki dla 75+ i też musi być tylko lekarz rodzinny, nie można wziąć nikogo na godziny. Mam ośrodki w 3 miejscach, gdzie to komplikuje sprawę. Chętnie zatrudniłbym lekarza uprawnionego do zbierania listy pacjentów i to na stałe. Taki lekarz dba o swoich pacjentów, zatrudnianie na godziny jest koniecznością nie zawsze opłacalną i dla mieszkańców i dla zakładu.

W moim zakładzie pracujemy już na komputerach, nie każdy zna oprogramowanie i nie każdy chce tak pracować –  to także utrudnia pozyskiwanie lekarza do pracy. Jednak to znacznie usprawnia naszą pracę, pozwala mniejszymi etatami pracować tak, by nie był kolejek do lekarza i pielęgniarki. Córka jest lekarzem i w przyszłym roku zdaje egzamin specjalizacyjny mam nadzieję, że mi pomoże, chociaż lubi też pracować w szpitalu. Jako osoba młoda ma kontakt z innymi, a tutaj jest się na wysuniętej placówce.

 J. H.: Refleksja na koniec?

Z moich ostatnich obserwacji wynika, że PiS jest pierwszą partią, która konkretnie dała coś ludziom, można powiedzieć, że każdemu. Może nie każdy miał dostać bezpłatne leki, natomiast inicjatywa była taka, żeby każdego było stać na leki. Wybrano te leki – lepsze, gorsze – ale coś było dane, dano ludziom po 500 złotych.

Jest to więc pierwsza partia, która coś dała, a nie wzięła jak poprzednie. Natomiast ludzie są zniecierpliwieni: „a tyle mówili, a nie dają!”. To trochę śmieszy, ale mentalność ludzką trzeba zmieniać i musimy to robić. Uwrażliwiać ludzi, żeby potrafili myśleć nie tylko, co na drugi dzień, tylko co będzie za 10 lat – bo to jest najważniejsze.

Jeżeli będziemy myśleć tylko dniem jutrzejszym, zawsze nas zrobią w konia i nie będzie żadnego rozwoju. Zawsze ludziom mówię: „nie patrz, co jest, popatrzysz po 4 latach, wtedy dopiero będziesz mógł realnie ocenić. Tylko pomyśl sobie, co było przez dłuższy okres. A nie, że ktoś cię podpuszcza i żyjesz jakimiś emocjami”.

Dziękujemy za rozmowę

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

W Lisiowólce zebrano ponad 7 tysięcy złotych dla Amelki

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Rocznica III rozbioru Rzeczpospolitej

Skomentuj