banner

Alfa, beta, gamma, delta, czyli państwowotwórcza anarchia

Od ponad ćwierćwiecza jesteśmy świadkami  uwłaszczania się różnego typu zaprzyjaźnionych z kim trzeba spryciarzy na majątku narodowym Polaków. Okazuje się, że utrata pewnego rodzaju mienia może być bardzo długo i boleśnie odczuwalna. Może być bombą z opóźnionym zapłonem.

O czym ja mogę pisać, jak nie o dokumentach? Nie doceniamy ich roli, dopóki załatwienie jakichś osobistych spraw nie wymaga ich dostarczenia. Gorzej, że w ten sposób traktuje je też państwo. Od lat spotykam ludzi, którzy pracowali w branickiej „Delcie”, poszukujących dokumentacji kadrowej potrzebnej do pomyślnego załatwienia spraw emerytalnych. Nadaremnie.

Tradycja Warszawskich Zakładów Mechanicznych „PZL-WZM” sięga 1951 r. W ostatnim dwudziestoleciu PRL jej filia, zwana „Deltą” powstała w Branicy Suchowolskiej. Podobno był to jeden z tych zakładów, o których mówi sowiecki dowcip: człowiek pracował w fabryce wózków dziecięcych; właśnie spodziewał się narodzin dziecka, a że nie stać go było na nowy, to zaczął wynosić pojedyncze elementy produkowane w fabryce; gdy wyniósł już wszystkie, zaczął je składać; składał, składał, składał, aż złożył… karabin.

W każdym razie był to jeden z ważniejszych zakładów przemysłowych w okolicach Radzynia, zatrudniający wiele tysięcy ludzi. To tu 16 września 1980 r. powstał pierwszy komitet zakładowy NSZZ „Solidarność” w Radzyniu i okolicach. Zakład był państwowy, organem założycielskim był minister rządu PRL, a i po 1989 r. właścicielem było Ministerstwo Przemysłu i Handlu.

Los dokumentacji po „Delcie” odzwierciedla losy majątku narodowego wypracowanego przez pokolenia Polaków okresu PRL. W 90. latach przejęła ją prywatna spółka z siedzibą w Lublinie. Po krótkim epizodzie aktywności właściciel zamknął obiekt na cztery spusty i… słuch po nim zaginął.

Czas na pytania (retoryczne?). Jak to się stało, że dokumenty po zlikwidowanej państwowej firmie – część majątku narodowego – nie zostały przekazane do istniejącej do dziś warszawskiej firmy-matki z większościowym udziałem skarbu państwa, lecz oddane właścicielowi-widmo? Jak to możliwe, że właściciel-widmo może sobie pozwolić na „serdeczne poważanie” setek byłych pracowników fabryki – nominalnie suwerenów państwa, dla których brak tych dokumentów jest powodem do strat materialnych. Jak to możliwe, że administracja publiczna, w tym rządowa administracja specjalna powołana do tych spraw, którą reprezentuję, nie ma nic do powiedzenia na temat dokumentacji gnijącej (podobno) w zatęchłej komorze w branickiej pozostałości po potężnej fabryce? Jak to możliwe, że organy sprawiedliwości z policją, prokuraturą i sądem na czele (oraz przedstawicielami najwyższej władzy w państwie, bo, jeszcze wówczas poseł, Jerzy Rębek również nic nie wskórał w tej sprawie) nie są w stanie zrobić zupełnie nic, żeby pomóc swojemu suwerenowi?

Czyż nie po to wymieniliśmy u steru władzy „samozadowolonych” na „pragnących zmiany”, by państwo typu sienkiewiczowskiego (Ch…, d… i kamieni kupa) przerodziło się w Rzecz Pospolitą, czyli wspólną?

Wiem, że najłatwiej by było skrzyknąć się nocą, wywalić drzwi do składziku i „zabezpieczyć dokumenty”. Ale to już nie byłoby państwo prawa. To by była anarchia. Ale jakże państwowotwórcza!

Sam jestem ciekawy czy po rozpoczęciu odliczania: alfa…beta…gamma, dobra zmiana dotrze również do „Delty”.

 

 

Dariusz Magier

archiwozof

Plotkarstwo

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Pod dach przyjaciół się schowaj

Skomentuj