banner

Kiedy my żyjemy

Przed 68 laty funkcjonariusze radzyńskiego UB wtargnęli na polskowolską plebanię, wywlekli ks. Lucjana Niedzielaka na śnieg i zastrzelili go na podwórzu.

Za to, że nie milczał. Za to, że nie chciał zgodzić się na odwrócenie plecami do prawdy. Do wolności. Do tradycji. Do Polski. Że zabierał głos. Za to, że nie zgadzał się zamknąć religii w murach kościoła.

I tak oto stanął nasz ks. Lucjan w szeregu tych wielkich duchownych z dziejów Rzeczypospolitej, którzy nie ugięli się pod naporem władców tego świata. Nie zeszli z drogi prawdy. Stanął obok poprzedzających go: św. Wojciecha, św. Stanisława ze Szczepanowa, św. Andrzeja Boboli, św. Maksymiliana Kolbe. Stoi obok tych, którzy męczeńską śmierć ponieśli już po nim z tych samych komunistycznych rąk, jak bł. ks. Jerzy Popiełuszko, ks. Stefan Niedzielak, ks. Stanisław Suchowolec, ks. Sylwester Zych.

Mord na ks. Lucjanie w Polskowoli 5 lutego 1947 r., kilkanaście dni po sfałszowaniu wyborów do sejmu, to symboliczna scena. Początek świata, który my znamy już dobrze. Ale wtedy właśnie się to zaczęło. Oto narodowi zaprzańcy, dzieci poczęte z grzechu rewolucji, dla których jedynym bogiem jest materia, rozzuchwaleni osłoną sowieckich bagnetów zadają śmierć przedstawicielowi dawnego porządku, duchownemu katolickiemu, by tym mordem założycielskim stworzyć nowy świat.

Czy to się im udało? Żołnierzy podziemia niepodległościowego wyklęto i skazano na zapomnienie. Elitę narodu wymordowano lub skazano na wieczną społeczną banicję. Czerwona komunistyczna zaraza wylała się szeroko z gazet, radia, później z telewizorów. Indoktrynacja ruszyła pełną parą. A jak ktoś nie ulegał, służby pomagały łamać fizycznie terrorem. Z czasem terror fizyczny zastąpiony został psychicznym oraz represjami ekonomicznymi prowadzącymi jednostki i całe rodziny do śmierci społecznej.

Wielu nie mogło już mówić prawdy. Wielu nie chciało. A aparatczycy z PZPR i ich sługusy z ZSL i SD na podobieństwo obozowego kapo, trzymały rząd dusz. Aura zapomnienia zaległa nad miastami i wioskami.

Ale nie wystarczyło półwiecze bezbożnych rządów komunizmu w imieniu Sowietów. W tkance społecznej, w genach Polaków pozostało pragnienie wolności i normalności. Dzięki temu może odradzać się Duch Wolnych Polaków. I świadomość.

Co by się stało gdybyśmy usunęli z naszych dziejów wielkich polskich królów: Mieszka I, Bolesławów, Kazimierza Wielkiego, Stefana Batorego, Jana III, Zygmunta Starego; gdybyśmy wymazali z pamięci patriotów takich jak ks. Skarga, Pułaski, Kościuszko, Traugutt, Piłsudski, Dmowski, Paderewski; gdybyśmy zapomnieli o artystach takich jak Szopen, Wieniawski, Matejko, Sienkiewicz czy Reymont? Wyobraźmy sobie czyje imiona nosiłyby dziś ulice, place i szkoły?

Tak właśnie stało się w Radzyniu. Gdy skutecznie wymazano ze społecznej pamięci bohaterów walki o wolność ostatniego zrywu niepodległościowego, czyli miejscowych Żołnierzy Wyklętych, co nam pozostało? Ano peerelowski działacz PTTK i nomenklaturowy dyrektor szkoły. Oto polityka historyczna i patriotyzm lokalny na miarę sprzątania kup po psie.

Ale prawdy nie da się zabić. Żyje w sercach, w duszach, w genach nowych pokoleń. Będzie się odradzać nawet ze zgliszcz, z popiołów. Zawsze. Niczym feniks. Póki żyje ostatni Polak, który pamięta. Kiedy my żyjemy…

 

 

Dariusz Magier

archiwozof

Wyryte w naszej pamięci

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Radzyniak (II, cz.6)

Skomentuj