banner

Od dziś we wtorki: Dawno temu nad rzeką Białą, cz. 18

Nie spełniwszy życzenia swego o odpoczynku od dzyńdzyńskiego bruku, Kuna w stronę rodzinnego grodu się zawrócił. Już z daleka obaczył na zamkowej wieży czarną powiewającą chustę. Przeraził się, bo wiedział, iż może to oznaczać tylko jedno – zarazę! Włos zjeżył się na głowie rycerza. Westchnął ciężko.

Na psa urok. Coś ta kanikuła nie jest dla mnie w tym roku łaskawa… Wprzódy koń się ochwacił, potem dzyńdzynianie swoim gadulstwem zamęczali, a teraz to! – mruczał pod nosem i z frasunkiem tylko głową kręcił.
Powożący zaprzęgiem starozakonny łeb kudłaty w jego stroną obrócił:
-Nie martw się, cny panie – gadał głaszcząc długachną brodę – to nic takiego, co by pospolitemu człekowi zaszkodzić mogło. Wio, koniku, ni ma czego się obawiać! – mówił, bez obaw wjeżdżając do grodziska. Młodzi, ci tak…. Ale ty, panie, na młodzieniaszka mi nie wyglądasz, a i słysząc o tym, co w Kobiałce wyprawiałeś…
-Cicho, parchu! Słuchać hadko! Co było tam, to było! – Kuna za obolały łeb się chwycił – Lepiej o zarazie mi praw! Co zacz za zaraza? Dżuma, czy inna cholera?
-Jakoś tak dziwacznie ją nazywają…. Cretinismus…
-Cretinismus? A cóż ci to za diabeł?
-Zaraza ta już od dawna poczęła brać we władanie całą krainę. Wprzódy opanowała starszych, którzy poczeli zaprzątać się tylko dogadzaniem własnym chuciom, a o wyższych celach zapomnieli… Wszelacy ludkowie tylko o dukatach i przyjemnościach przemyśliwalli. A co najgorsze, o młodych zabyli… A ci przykład z nich zaraz brać poczęli. I nie miał kto ich ze złej drogi obrócić.
-I cóż z tego? Zawsze młodzi ze starych przykład brali. Co złego w tym, iż o dogadzaniu sobie myślą? – Kuna przeciągnął się ziewając szeroko – Nie pojmuję jeno, skąd ta płachta w Dzyńdzyniu…
-Widać panie, żeś z dalekich stron do naszego grodu przywędrował. U nas już od dawna źle się dzieje. Na uprzedniego komesa złym okiem zerkali, ale on z bakałarzy się wywodził i o młodych ludziach nie zabywał. A jak nastał Wit, dukaty w skrzyni zatrzasnął, od wszelakich mistrzów idei wyższych się odwrócił. Zorzan przezeń nękany, w końcu Pallatium Artis ostawił.
-To nic nowego, że ludzie na stolcach się zmieniają…
-Prawda. Tylko że teraz mistrzów do Dzyńdzynia nikt nie chce zapraszać, a jak już, do dają odczuć, iż niechętnie to czynią. Gniewko Chłoptaś jego miejsce zajął i wszystkich zorzańskich człeków się wyzbył. I tera nie ma kto za nich robić… I cisza nastała na korytarzach Pallatium Artis…
-Bez sensu gadacie, stary. Przecie w grodzie trefnisie ostatnio bywali, gdzie uczyli się ciżbę bawić… I za darmo swe sztuki pokazywać mieli…
-I cóż stąd, że mieli? Ale heroldów Chłoptaś nie wysłał, pomocy trubadurom nie dał, a sam śmietankę spijał, że to tak wiela się przy tym narobił… Nie miał kto sztuk trubadurów oglądać….
-A młodzi gdzież wtedy byli?
-A gdzieżby indziej, jak nie w grodzkiej zabawowni Pałacowej, choć z italiańska jakoś ją zwą? Oni ino tam potrafią teraz znajdować uciechę, niczego innego nie potrzebują. Może oprócz zaczarowanych skrzynek, które w każdym domu świecą i godzinami gadają… Nie jest dobrze! Ongiś insze były czasy – młodzi po chutorach nie wędrowali, księgi czytali, starszych słuchali i czas ze swoimi bakałarzami spędzali. A teraz?
-Toć czas kanikuły ku końcowi się ma. Bakałarze wrócą.
-I cóż, że wrócą? Im teraz tylko kariery i dodatkowe dukaty w głowie. Mało który ma czas i ochotę młodych głowami się zajmować!
Kuna westchnął ciężko.
-Co prawda, to prawda mruknął.
Wiatr zatrzepotał czarną płachtą na zamkowej wieży.

ŚMOK

Oczekiwaliśmy urzędującego prezydenta, przyjechał normalny człowiek

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Życie wymyka się spod kontroli

Skomentuj