banner

Szarwark

W kolejnym odcinku wspomnień Wacława Pawliny powracamy do rzeczywistości okupacji niemieckiej w Polsce. Tym razem opowieść utrzymana w nieco lżejszym tonie…

Szarwark (przymusowe roboty) miał różne formy. Nie tylko jeździło się końmi, ale również chodziło się z łopatą, żeby odrobić swoją dniówkę. Pewnego razu wysłano mnie na taki szarwark, poszedłem zamiast ojca.

Poszedłem wraz z wieloma innymi na Marynin. Tam za zakrętem prosto jedzie się na Branicę. Naprzeciwko zakrętu stała duża stodoła dworska, pokryta gontem. A naprzeciwko tej stodoły był wykopany głęboki okop, tak, żeby samochód z karabinem maszynowym mógł tam wjechać i być trochę ukryty.

Tę ziemię, która była wywalona z dołu na wierzch, należało w pewnej odległości usypać w taki półkopiec – dla dodatkowej osłony. Mnie przeznaczono właśnie do tej roboty. Trochę już tam było zrobione, a ja to kontynuowałem.

Po pewnym czasie z tej stodoły wyszedł Niemiec w fartuchu kucharza. I woła mnie: Kinder! Komm! Zdrętwiałem. Nie widziałem, o co chodzi. Może źle pracuję? Może coś tam.

A on mi wskazał na stół. Bo w tej stodole był długi stół z drewnianymi ławami. Tam i Niemcy, i robotnicy przychodzili na obiad. Zostało mu zupy w kotle, nalał mi i dał, żeby zjeść. Ale ja taki byłem zdenerwowany, taki nieswój, że do dzisiaj nie wiem, czy mu podziękowałem. A przecież powinno się podziękować za posiłek. Już stary będąc wciąż nieraz o tym myślę – podziękowałem, czy nie? Nie umiem powiedzieć.

Dawno temu nad rzeką Białą III, odc. 16

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

„Pięść” na jubileusz miasta

Skomentuj