banner

Widły i karabin, czyli o tym, jak fałszują historię

Po dłuższej przerwie powracamy do cyklu wspomnień pana Wacława Pawliny. Przenosimy się do czasów II wojny światowej…

Przytoczę rzeczywistość taką, jaka zaistniała w czasie II wojny światowej tutaj, u nas. W Brzostówcu był pan Szczotka, sadownik i pszczelarz. Miał duży sad i wiele uli, był stosunkowo bogatym człowiekiem.

Chodziły takie wieści: Uważaj, bo ludzie narzekają, że przychodzą w nocy i okradają.

On miał tam wszystko tak pourządzane, że sad był ogrodzony siatką, bramy na noc były pozamykane, a przy wjeździe do jego posesji stał długi budynek. Tam przechowywał zebrane jabłka, żeby nie stały na dworze. Od frontu były okna. Wszystkie zakratowane, oprócz jednego, żeby można było skrzynki podać lub wnieść do środka.

Pan Szczotka od czasu do czasu pilnował dobytku, siedząc tam do 12, do 1 w nocy. Pewnego razu usłyszał, że ktoś chodzi na zewnątrz. Przygotował się, postawił z jednej strony widły, z drugiej tak samo. Cichutko siedział i czekał. Tamten ktoś podszedł do okna, zobaczył, że nie ma w nim krat. Miał karabin, stuknął kolbą tak, że okno wyskoczyło z zawiasów. Wsadził rękę z karabinem, drugą się trzymał i przekładał już nogę przez futrynę.

Szczotka stojąc przy tym oknie z boku miał widły przygotowane i go nimi w brzuch stuknął. Tamten poczuł, puścił broń i zaczął się wycofywać. Uciekł. Ale karabin został.

Przyszedł ranek a gospodarz myślał, co zrobić. Bał się, że może ktoś przyjdzie. Podczas okupacji wystarczyło, że ktoś dał Niemcom cynk, że jest w domu karabin, i cała rodzina mogła być zabrana. Nikt się jednak nie zgłosił. Południe już było. Bali się. Uradzili całą rodziną, że trzeba karabin oddać, że nawet on sam pójdzie i powie, ze jest tutaj broń.

Zaprzęgnął konia, siedzenie zrobił. On powoził, a sąsiad na drugim siedzeniu trzymał karabin między nogami. Jechali ulicą z Brzostówca do Radzynia a ludzie patrzyli się, co też się dzieje. Wjechali tutaj na ul. Gwardii, która wówczas nazywała się Rzeźnikowska. Ja jak wraz szedłem z miasta jako mały chłopak, po coś mnie mama wysłała. Patrzę, a tu taki karabin. Pojechali na posterunek policji, powiedzieli jak było i oddali broń.

Teraz najważniejsze pytanie: czy tacy ludzie jak ten włamywacz to byli partyzanci? Miał karabin i obrabowywał ludzi. Teraz się mówi, że tego czy tamtego partyzanci poturbowali, że to, że tamto. A to wszystko nieprawda. To był po prostu złodziej. Prawdziwi partyzanci takich jak on odnajdywali, przeprowadzali śledztwo i wydawali wyrok.

Zachęcamy także do ponownej lektury wspomnienia z Wigilii…

Na krańcu świata, odc. 45

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Zemsta

Skomentuj