banner

Konf. pielgrzymkowa: uczynki miłosierne względem ciała

Uczynków miłosierdzia względem ciała, zgodnych z wiarą i postulowanych przez słowo Boże oraz nauczanie Kościoła, jest wiele. Tradycyjnie jednak wymienia się siedem uczynków względem ciała i siedmiu co do duszy, ponieważ są one najbardziej powszechne i najczęściej praktykowane przez większość wierzących.

Pierwszych sześć dobrych uczynków co do ciała pochodzi z 25 rozdziału Ewangelii Mateuszowej, która wymienia je wraz z opisem sądu powszechnego: Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. (Mt 25, 35-36). Siódmy (umarłych pogrzebać) prawdopodobnie zaczerpnięty został z Księgi Tobiasza (Tb 6,12), ale o nim mówią także ewangelie, chociażby z okazji pogrzebu Łazarza, a przede wszystkim same go Jezusa. Dlatego mógłby On dodać: „Byłem umarły, a pogrzebaliście Mnie”.

GŁODNYCH NAKARMIĆ

Katalog uczynków miłosierdzia co do ciała otwiera wezwanie do tego, by dzielić się chlebem z potrzebującymi. Głód, to jedna z wielkich ran współczesnego świata. Co 4 sekundy ktoś umiera na świecie – codziennie aż 24 tysiące ludzi umiera wprost z głodu lub z przy czyn spowodowanych pośrednio głodem. Głód spowodował więcej ofiar śmiertelnych niż wszystkie wojny na świecie łącznie. Jest najbardziej dramatycznym frontem walki o istnienie ludzi i ich przetrwanie. Raport pod tytułem „Zdrowie a milenijne cele rozwoju”, wydany w Genewie 22 sierpnia 2005 przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), podał do wiadomości, że około 11 mln dzieci umiera rokrocznie z głodu przed
osiągnięciem pięciu lat życia. Głód prze chodzi z pokolenia na pokolenie – około 17 mi lionów niemowląt ma przy urodzeniu zbyt małą wagę, bo ich matki głodują.

Nie można żyć bez jedzenia. Nie wystarczy dać głodnym tylko słowo pociechy. Jezus dobrze o tym wiedział, gdy nie chciał puścić do domu ludzi, którzy przyszli do Niego i słuchali Go trzy dni. Bał się, by nie zasłabli w drodze. To było bardzo realistyczne widzenie głodu i jego skutków, poparte wezwaniem do apostołów: „To wy dajcie im jeść!” (Mt 14, 16).

Słowo „chleb” jest symbolem podstawowych potrzeb człowieka, różnych „głodów”, które nas dręczą i domagają się zaspo kojenia. Biblia wskazuje na różne nieszczęścia biedaka, które są oznakami jego nędznego życia: utrata wolności, posunięta aż do niewolnictwa; wszelkiego rodzaju złe traktowanie; pozostawanie wzgardzonym, nic nie wartym; pozostawanie samotnym i opuszczonym przez przyjaciół.

Chrześcijanie każdego dnia w „Modlitwie Pańskiej” wznoszą do Boga prośbę o chleb. Wołanie o chleb jest pierwszym dotyczącym ludzkiej kondycji i jej uwarunkowań. Skoro prosimy Boga o chleb, to jesteśmy świadomi, że nie sami się o niego troszczymy, że jest to także sprawa Ojca, który nie pozostawia nas samym sobie, nie skazuje nas tylko na nasze siły, lecz troszczy się o nas.

Pamięć o głodnych wymaga od wszystkich postawy solidarności, ale także roztropnego korzystania z chleba i żywności. Grzechem jest marnowanie jedzenia. Co jakiś czas – zwłaszcza w bliskości czasowej większych świąt – media donoszą najpierw o szale zakupów w supermarketach, a następnie o stertach jedzenia leżących na śmietnikach. Można zatem powiedzieć, że realizacja w praktyce uczynku miłosierdzia „głodnych nakarmić” rozpoczyna się od zmiany myślenia i np. dokładnego przygotowywania listy zakupów przed udaniem się do sklepu, tak, by nic z tego, co mogłoby służyć innym nie zostało zmarnowane.

SPRAGNIONYCH NAPOIĆ

Woda poza powietrzem, jest drugim niezbędnym dla życia elementem. Bez wody nie ma życia. Gdy bez pożywienia zdrowy organizm dorosłego człowieka może funkcjonować nawet miesiąc, ale bez wody pitnej może przetrwać jedynie 3-4 dni. Ludzkie ciało składa się z 60-70 procent wody.

Odczucie pragnienia należy do elementarnych potrzeb człowieka. Niestety, zaspokojenie go napotyka wielorakie utrudnienia. Ponad 1,2 miliarda łudzi na świecie nie ma dostępu do do brej, wody pitnej. Niekiedy muszą, aby zaspokoić pragnienie, udać się bardzo daleko, aby przynieść – najczęściej na własnych plecach – wodę z punktów jej poboru odległych do 50 km od miejsca za mieszkania. Z konieczności w niezwykłych stopniu oszczędzają wodę, np. używając jej tylko do spożycia, bo nie wystarczy już na obmycie ciała czy pranie odzieży. Gdy w Stanach Zjednoczonych w gospodarstwach domowych zużywa się 280 litrów wody dziennie na jedną osobę (wliczając to wodę zużytą przez przemysł), a w Niemczech – 130 litrów, w Polsce ponad 100 litrów, to w Gambii czy na Haiti to tylko 3 li try wody. Są różne przyczyny braku wody na pewnych obszarach ziemi, np. rolnictwo zużywa do 70 procent wszystkiej użytej wody. Światowa Organizacja Zdrowia stwierdza, że co szósty mieszkaniec planety cierpi z powodu pragnienia i chorób wywołanych spożywa niem zanieczyszczonej wody. Wprawdzie w Europie tylko 2 proc. Mieszkańców nie ma dostępu do czystej wody, ale już w Azji ponad pół miliarda ludzi ma z tym poważne problemy. W Afryce natomiast co czwarty mieszkaniec musi walczyć o łyk wody do picia.

Pragnienie jest ewidentnie czymś, co w elementarnym sensie stanowi człowieka. Jak długo człowiek żyje, jest spragniony i to nie tylko cieleśnie, ale także psychicznie. W wymiarze duchowym synonimem tego pierwotnego ludzkiego pragnienia jest „tęsknota”. Biblia zestawia pragnienie wody z pragnieniem Boga – podkreślając, jak istotne są tego typu potrzeby człowieka. Dawid w Psalmie tęskni za Bogiem, wołając: „Ciebie, Boże, pragnie moja dusza” (Ps 63, 2). Bardzo ważne są także słowa Jezusa, które wy powiedział na krzyżu: „Pragnę!” (J 19, 28). W konaniu na krzyżu Jezus jest spragniony i woła o ugaszenie Jego pragnienia. Był

to zrozumiały okrzyk wielu skazańców, ale w przypadku Jezusa można mówić także o Jego prośbie, by ludzie zrozumieli Jego mękę. Woła o miłość ludzką, przyjęcie Jego Miłości, która wypełnia się w ofierze na krzyżu.

Papież Franciszek w encyklice „Laudato si” przypomina, że nie wolno traktować wody jako dobra, nie posiadającego właściciela. To wszystko bowiem stworzone zostało przez Ojca i dlatego chrześcijanom nie wolno nigdy pogodzić się, by jedni ludzie byli uważani za godniejszych korzystania z Bożych darów od innych. Zatem w praktyce „spragnionych napoić”, może oznaczać dzisiaj zarówno oszczędność w korzystaniu z wody w gospodarstwach domowych, jak również aktywne włączanie się w projekty typu: „Dajmy wodę ubogim, wybudujmy razem studnię!” – realizowany przez ks. Stanisława Tymoszuka, kapłana pochodzącego naszej diecezji pracującego od 2009 roku w Czadzie, czy pomoc Polskiej Fundacji dla Afryki. Jezus obiecuje wielką nagrodę dla tych, którzy podadzą kubek spragnionemu. Uczył: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”.

NAGICH PRZYODZIAĆ

Nagość jest skutkiem pozbawienia człowieka tego, co mu się należy i co go zabezpiecza. Dotyczy to – w potocznym rozumieniu – głównie odzieży, ale może być także pozbawieniem człowieka jego godności, poczucia wartości czy szacunku wobec samego siebie. Ogołocenie może więc dotyczyć także istotnych sfer duchowych człowieka. Do stanów ogołocenia współczesnego człowieka trzeba więc zaliczyć np. próby jego uprzedmiotowienia, uczynienia niewolnikiem czy handel.

Formy niewolnictwa były różne w różnych okresach historycznych oraz uzależnione od kultury danej społeczności. W czasach biblijnych Starego i Nowego Testamentu powszechnie znana była wymuszona forma służby na rzecz konkretnej osoby, państwa lub świątyni, która wiązała się z ograniczeniem wolności osobistej, sprowadzającej daną osobę do poziomu dobra – własności. Źródłem niewolnictwa było m.in. urodzenie się w rodzinie niewolników (dzieci stawały się automatycznie własnością pana domu), handel niewolnikami (np. wymowna jest tutaj historia Józefa i jego braci), oddawanie się w niewolę z powodu niewypłacalności zaciągniętych długów.

Pomimo powszechnie przyjętego prawa chroniącego wolność jednostki ludzkiej – według obliczeń ONZ – obecnie liczba niewolników w świecie jest największą w całej historii ludzkości. Według definicji niewolnika, obejmującej skazanych pracujących przymusowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych (np. w Chinach) oraz nędzarzy zmuszanych do pracy za głodowe pensje w fa brykach i latyfundiach Trzeciego Świata, liczba niewolników znacznie przekracza 200 mln, jak podaje komisarz ONZ ds. walki ze zorganizowaną przestępczością. Dzieci z Gwatemali, Hondurasu i Salwadoru są sprzedawane np. do Meksyku za 100 – 200 USD.

Wezwanie do „przyodziania nagich” jest wołaniem o włączenie się w czynienie dobra innym, które ich osłoni przed potęgą agresji ze strony świata ekonomii. Św. Paweł wzywa: „Obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość” (Kol 3, 12). Już w Starym Testamencie dosłowne, fizyczne „odzianie” było obowiązkiem, do którego wzywał prorok Izajasz: „Dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą” (Iz 58, 7-8).

Okryć czyjąś nagość to znaczy troszczyć się o dobre imię drugiego człowieka, to znaczy przy wrócić mu poczucie szacunku, uznanie jego godności jako człowieka. Pokonując swój własny egoizm i wychodząc naprzeciw Chrystusowemu zaproszeniu, każdy może stać się świadkiem czynnej miłości Boga w świecie współczesnym.

PODRÓŻNYCH W DOM PRZYJĄĆ

Czwarty z siedmiu uczynków miłosierdzia co do ciała poleca nam „podróżnych w dom przyjąć” i zwraca naszą uwagę na potrzeby naszych
bliźnich znajdujących się w trakcie podróży. Sama sytuacja bycia w podróży, choć dla obserwatora może wydawać się interesująca i pełna przygód, bez wątpienia ściśle łączy się z pewnego rodzaju kryzysem, czyli zmaganiem.

Każde wyruszenie z miejsca swojego egzystowania, bez względu na przyczynę, łączy się z koniecznością pozostawienia dotychczasowego bezpiecznego portu. Podróż jest czasem destabilizacji życiowej, nierzadko walki z samym sobą, doświadczeniem ubóstwa, niewygody i niedostatku; chwilą niepewności i osamotnienia. Dlatego Kościół, mając na uwadze właśnie te troski naszych sióstr i braci, będących z różnych względów i powodów w trakcie swej podróży, zwraca naszą uwagę na jakże szlachetną cechę gościnności.

Gościnność, zakorzeniona głęboko w Biblii (np. gościnność Marty, Zacheusza) i chciana przez Boga jako swoistego rodzaju jałmużna, może oczyścić nas z wielu grzechów i zakryć liczne winy. W kulturze polskiej od zarania dziejów gościnność stanowiła punkt honorowy narodu polskiego. Ignacy Kraszewski w powieści „Stara Baśń” opisuje ciekawy słowiański zwyczaj. W osiedlach słowiańskich, domów nie zamykano na wymyślne zamki. Każdy przechodzień, podróżny, głodny mógł usiąść przy stole, na którym leżał chleb, sól i nóż, obok była świeża woda i czerpak. Głodny, strudzony i spragniony mógł w każdej chwili zaspokoić swoje potrzeby niezależnie od tego, czy mieszkańcy byli w domu, czy też nie. Nie bez znaczenia jest również zwyczaj pozostawiania wolnego nakrycia na wieczerzy wigilijnej przeznaczonego dla strudzonego wędrowca, który w każdej chwili może zapukać do naszych drzwi.

Temat gościnności w sytuacji polityczno-ekonomicznej świata, w jakiej przyszło się nam znaleźć, wydaje się nadzwyczaj aktualny. Emigranci szukający schronienia w krajach Europy stanowią wyzwanie dla postawy człowieczeństwa narodów Starego Kontynentu.

Z jednej strony lęk przed nadmierną ilością imigrantów posiadających własną kulturę, religię i system wartości, a z drugiej ludzka i chrześcijańska konieczność udzielenia schronienia pomimo różnic, są nieodłączną częścią dyskusji. Warto pamiętać o słowach Jezusa, który mówił, że: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Nie możemy jednocześnie zapomnieć o pewnej ostrożności i przezorności, którą również zaleca Jezus: „Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!”. Każdy chrześcijanin zobowiązany jest udzielić koniecznego schronienia tym, którzy faktycznie tego potrzebują, jeśli tylko potrafią uszanować dar wolności każdego człowieka. Nie mniej jednak więcej czasu powinno się poświęcić na rozwiązanie konfliktu u jego źródła, niż koncentrować się na szukaniu rozwiązań najprostszych likwidując jedynie skutki, a bagatelizując przyczyny. Pełniąc ten uczynek miłosierdzia, „Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę” (Hbr 13,2).

WIĘŹNIÓW POCIESZAĆ

Posługa Kościoła wśród ludzi pozbawionych wolności to jedna z najbardziej znamiennych dla nas, katolików, obecność i realizacja słów Jezusa Chrystusa. To On mówi do swoich uczniów: „Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie” (Mt 25, 36). W tych słowach zawiera się nakaz nie tylko nawiedzenia więźniów, ale jest w nich również bardzo wyraźne utożsamienie się Chrystusa z człowiekiem pozbawionym wolności. Jezus wskazuje, że to On sam jest w więzieniu. Pocieszając więźniów, pocieszamy samego Chrystusa. Nigdzie indziej człowiek nie czuje się tak osamotniony i zagubiony, jak w rzeczywistości, kiedy jest pozbawiony wolności.

Jezus Chrystus nie tylko uczył o tym, że trzeba pocieszać więźniów, ale dał nam również przykład pocieszenia i to przykład bardzo wymowny, bo uczyniony w sytuacji, kiedy On sam był „więźniem – skazańcem”, ekstremalnie opuszczonym na krzyżu. Chodzi oczywiście o słowa pociechy i nadziei skierowane do Dobrego Łotra: „Dziś ze mną będziesz w raju.”.

„Kara być musi” – wielu, którzy w ten sposób myślą ma ku temu podstawy. Czy krzywda nie musi być odpokutowana, czy zły czyn nie powinien znaleźć od płaty? Czy bliskim ofiary nie należy się sprawiedliwość?

Kara więzienia sięga bardzo wiele wieków wstecz. W przeszłości miała ona różne formy, takie jak przymusowa praca niewolnicza, uwięzienie w kamieniołomach czy przy innych przymusowych pracach. Zawsze do jej istoty należało odebranie wolności człowiekowi skazanemu według prawa. Jest to bowiem kara wymierzona ludziom winnym, których schwytano na przestępstwie lub im je udowodniono.

Z analiz tej kary wynika, że w pewnym sensie może być karą, która w jakimś stopniu przeciw działa zjawisku przestępczości. Niekiedy jednak może rodzić problemy większe niż te, którym próbuje zaradzić. Niektóre z więzień są wyposażone w pewne udogodnienia, ale wiele z nich wciąż budzi zastrzeżenia co do stworzenia ludziom warunków godnego bytowania. Kara więzienia w swej istocie dotyczy odebrania wolności, a nie ludzkich warunków bytowania. Więzień ciągle pozostaje człowiekiem i należy mu się szacunek.

Kara winna też odstraszać: ogólnie możliwych przestępców, ale też i danego złoczyńcę, by nie po wtórzył swego czynu. Tylko tak można ochronić prawo i porządek. Ludzie mają prawo do bezpieczeństwa. Jednak można spotkać inny tok myślenia W centrum stoi tu nie karanie, ale „leczenie” Za „uzdrowionego” uznaje się człowieka, który może znów uczestniczyć w codziennym życiu społeczeństwa (a więc został „uspołeczniony”) jest zdolny do tworzenia wspólnoty i nie zagraża już innym. Istotą kary jest nie odpłata (ją trzeba pozostawić Bogu), lecz resocjalizacja. Katechizm uczy, że: „Pierwszym celem kary jest naprawienie nieporządku wywołanego przez wykroczenie. Gdy kara jest dobrowolnie przyjęta przez winowajcę, ma wartość zadośćuczynienia. Ponadto, kara ma na celu ochronę porządku publicznego i bezpieczeństwa osób. Wreszcie, kara ma wartość leczniczą; powinna w miarę możliwości – przyczynić się do poprawy winowajcy”.

Zapewne wiele osób pamięta zdjęcie św. Jana Pawła II w celi więziennej z Ali Agcą – zamachowcem na życie papieża. W przesłaniu skierowanym do więźniów z racji Jubileuszu Roku 2000, Jan Paweł II, przypominał, że czas uwięzienia należy do Pana Boga i trzeba go przeżywać jako czas prawdy, pokory i pokuty, a także wiary. Kto przebywa w więzieniu, przeżywa żal lub odczuwa wyrzuty sumienia, myśląc o czasach, kiedy żył na wolności. Jednocześnie więzień dźwiga brzemię teraźniejszości, która zdaje się nigdy nie przemijać. Nawet w tak trudnym położeniu, silne doświadczenie wiary może zdecydowanie pomóc człowiekowi w osiągnięciu wewnętrznej równowagi, jakiej potrzebuje. Doświadczenia przeżyte za kratami mogą otwierać niespodziewane możliwości rozwoju ludzkiego i duchowego.

CHORYCH OWIEDZAĆ

Choroba sytuuje się na całkiem innym biegu nie doświadczenia: jest odwrotną stroną zdrowia. W niej życie już nie biegnie gładko. Człowiek chory jest przeważnie ograniczony w różnych dziedzinach życia. Jego uwaga nie kieruje się już na piękny, szeroki świat wokół niego, lecz zwraca się on ku sobie. To czyni świat chorych ciasnym i małym.

W tym ciasnym i zabarwionym lękiem świecie rozrastają się troski, przede wszystkim gdy jest jakaś cięższa choroba z niepewnym albo wręcz pewnym śmiertelnym zakończeniem. Człowieka dręczy nie tylko troska o siebie: jak to będzie dalej, czy będzie można żyć samodzielnie, czy też będzie się zdanym na pomoc innych?

Wielu chorych postrzega siebie jako ciężar dla innych, jako niepotrzebny balast dla najbliższych, który im przeszkadza i spowalnia w ich dążeniu do celów życiowych. Potrzeba wielkiej delikatności i uwagi, by udowodnić choremu, że jest inaczej: słaby nie oznacza zbędny, a zatrzymanie działań w pracy nie oznacza braku wartości dla najbliższych.

Już na tle tych i podobnych myśli, można do strzec współczesne znaczenie naszego cielesnego dzieła miłosierdzia: kto odwiedza chorych, otwiera drzwi ich zamkniętego świata. Przy tym chory może zacząć mówić o sobie i swoich zgryzotach: o swoich najbardziej dręczących cierpieniach, ale też o swoich troskach o przyszłość. Taką służbę wobec chorych może pełnić każdy: bliscy, przyjaciele, znajomi, wolontariusze.

Jan Paweł II uczy, że człowiek – jako istota rozumna i wolna, stworzona na obraz i podobieństwo Boże, jest zawsze zdolny do miłości, czy li do czynienia z siebie bezinteresownego daru dla innych. Sytuacja choroby czy osłabienia nie zmienia tej prawdy. Chory nadal potrzebuje
miłości i może ją ofiarować, chociaż na inny – niż dotąd – sposób. W chorobie bardziej potrzebuje obecności i pomocy bliskich. Jako cierpiący i słaby może na nowo odkryć i doświadczyć miłości. Dzieci troszczą się o swoich schorowanych rodziców, matki z wielkim poświęceniem trwają przy chorym dziecku, małżonkowie umacniają się i sprawdzają swoją miłość w chorobie i starości.

Przy okazji omawiania kolejnego uczynku względem ciała, należy zauważyć że są grupy osób, dla których służ ba chorym jest zawodem – powołaniem. To pracownicy Służby Zdrowia. Lekarz troszczy się o leczenie i wyleczenie. Stawiając trafną diagnozę, może on kompetentnie zaordynować właściwe leczenie, przeprowadzić je lub zatroszczyć się o skierowanie chorego do jakiegoś odpowiedniego ośrodka. Duszpasterze ofiarowują choremu otwarte uszy, uzdrawiające rytuały i sakramenty kościelnej wspólnoty, pocieszające i umacniające.

W Orędziu na Światowy Dzień Chore go w 1993 roku, Jan Paweł II usiłując zauważyć wysiłki wszystkich, którzy podejmują posługę wobec chorych. Pisał: „Wyrażam szczere uznanie dla wszystkiego, co czynicie z tak wielkim poświęceniem i wielkodusznym odda niem i żywię nadzieję, że wszyscy, którzy wykonują zawody medyczne i paramedyczne, będą to czynić z entuzjazmem i w postawie ofiarnej służby. Proszę zarazem Pana, by posłał licznych i świętych robotników do pracy na rozległym polu ochrony zdrowia i obrony chorego. A Maryja, Matka cierpiących, niech stoi u ich boku w godzinie próby i niech wspiera wysiłki tych, którzy poświęcają życie służbie chorych”.

UMARŁYCH GRZEBAĆ

Miłosierdzie wobec bliźnich nie kończy się z chwilą śmierci. Starożytność chrześcijańska, zgodnie z duchem Ewangelii, otaczała czcią także ciało zmarłego. Zwyczaj ten, jest spuścizną, którą, chrześcijanie odziedziczyli po starożytnej kulturze zarówno Żydów, jak i pogan. Wyrażał się on w ceremoniach pogrzebowych, modlitwach za zmarłych i w budowaniu pięknych grobowców. Był i jest nadal świadectwem przekonania wszystkich ludów o życiu po śmierci.

Kościół naucza, że każdy pogrzeb to uczynek miłosierdzia chrześcijańskiego, dar poświęcenia swego czasu, miłości, modlitwy, obecności. To dar ofiarowania siebie zmarłemu, szczególnie piękny i szczodry, bo przecież zmarły nie ma jak się za niego odwdzięczyć. Ten powszechny zwyczaj wskazuje na naturę społeczną człowieka, na jego wspólnotowe przeżywanie swego losu. Historia potwierdza, że ludzie żyjący zawsze czuli się zobowiązani do pochówku ciała kogoś, kto był członkiem ich wspólnoty. Tak jest i dzisiaj.

Wszędzie udział w pochówku jest wyrazem szacunku, wdzięczności i jedności ze zmarłym i jego bliskimi. Ale jeśli jest to pogrzeb kościelny, katolicki, szczególnie istotny jest aspekt religijny pochówku. Obrzęd pogrzebu kościelnego został zbudowany w oparciu o respekt wobec Boga i wszystkiego, co zostało przez Niego darowane i uświęcone.

W Kościele nie udziela się pogrzebu nieochrzczonym, chyba że rozpoczęli już przygotowanie do chrztu (katechumeni), a jeśli chodzi o dzieci, to jeżeli rodzice mieli zamiar je ochrzcić. Odmowa pogrzebu osoby ochrzczonej zdarza się dziś niezwykle rzadko. Nie wynika ona z braku miłosierdzia. Jest podyktowana szacunkiem wobec publicznie znanej woli zmarłego, który za życia deklarował, że nie chce pogrzebu katolickiego lub że jest przeciwny wierze katolickiej, jej dogmatom, czy istotnym zasadom moralności chrześcijańskiej.

Prawo kościelne (KPK 1184) mówi o notorycznych apostatach, heretykach i schizmatykach, o osobach, które wybrały kremację z motywów przeciwnych wierze chrześcijańskiej, o innych jawnych grzesznikach, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego zgorszenia wiernych. Jeśli «niewierzący» świadomie odrzucił wiarę chrześcijańską i ta postawa niewiary jest znana innym w taki sposób, że nie można ma żadnych wątpliwości, powinien być pozbawiony pogrzebu kościelnego. Jeśli jednak nie ma pewności, czy zmarły podjął tak radykalną decyzję lub też pozostaje ona ukryta przed innymi, może otrzymać pogrzeb katolicki.

Szczególną formą pogrzebu (dzisiaj coraz częstszą zwłaszcza w przypadku osób publicznych) jest pochówek skremowanych zwłok. Choć Kościół usilnie zaleca, by zachowano pobożny zwyczaj grzebania ciał, a nie prochów, to nie sprzeciwia się kremacji, chyba że zostaje ona wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej.

Spopielenie zwłok, choć utrudnia symbolikę nawiązującą do śmierci, pogrzebu Ciała i zmartwychwstania Chrystusa Pana, nie sprzeciwia się – samo przez się – żadnym dogmatom, czy to o życiu wiecznym, czy o wszechmocy Bożej lub o zmartwychwstaniu ciał przy końcu czasów, o nieśmiertelności duszy. Również godność ciała ludzkiego – stworzonego, odkupionego, uświęcanego przez Boga i przeznaczonego do wskrzeszenia – nie wydaje się być naruszana przez jego spalenie, oczywiście jeśli proces ten dokonuje się z należytym szacunkiem i ostrożnością.

Biskupi polscy wskazują, że Msza Święta i ostatnie pożegnanie, w których uczestniczy rodzina, wspólnota parafialna, przyjaciele i znajomi, powinny być celebrowane przed kremacją ciała ludzkiego. Natomiast po spopieleniu zwłok sprawuje się obrzęd związany ze złożeniem urny w grobie. Nie ma wątpliwości, że udział w takim pogrzebie, czy choćby w ostatniej jego części na cmentarzu jest uczynkiem miłosierdzia. Problemy pojawiają się jednak, gdy po kremacji nie ma pochówku, a prochy są przechowywane poza cmentarzem czy też są rozsypywane.

W takich przypadkach trudno jest mówić o «pogrzebaniu umarłych», a jeśli motywacja takiego wyboru wynika z pobudek panteistycznych lub naturalistycznych, może być oceniana jako niegodziwa.

Wobec zmarłych żyjący mają wiele obowiązków, np. pamiętania o nich, modlitwy za nich, pielęgnowania miejsca ich spoczynku. Troska o groby i cmentarze ma w naszej polskiej kulturze szczególny wymiar. Jest nie tylko rodzajem lojalności wobec zmarłych, ale wyrazem głębokiego szacunku i wdzięczności dla minionych pokoleń.

Jesienią 2015 roku odbył się w Rzymie, w polskim kościele św. Stanisława, pogrzeb Leszka – bezdomnego Polaka. Umarł w wieku 45 lat. Mszę pogrzebową odprawił papieski jałmużnik – abp Krajewski. Po Mszy pogrzebowej mówił o zdumiewającej solidarności w takich momentach wszystkich bezdomnych: „Wczoraj wieczorem, kiedy chodziłem ulicami Rzymu i zapraszałem naszych bezdomnych na pogrzeb Leszka, zostałem bardzo mile zaskoczony. Jednemu z ubogich mówiłem o tym pogrzebie, a on mi odpowiedział: «Proszę księdza, ja zbieram cały dzień do kapelusza na kwiaty dla Leszka». To jest zdumiewające. Ale, czy można być chrześcijaninem i nie zdumiewać? Czy nie powinniśmy świata zdumiewać miłością? Te kwiaty zostały dzisiaj położone na trumnie śp. Leszka, który zmarł w «hotelu pod gwiazdami», pod niebem; zmarł na ulicy. Te kwiaty dzisiaj są beztroskie w obdarzaniu pięknem. One mówią po prostu o miłości, zdumiewają. Tak jak każdy z nas, chrześcijanin powinien zdumiewać miłością Boga”.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Rozważania: uzdrowienie paralityka

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Coraz bliżej, dzień 9

Skomentuj