banner

Dawno temu nad rzeką Białą, cz. 15/16

Sromota, chociaż nie był jeszcze stary, długo już siedział w radzie monarszej. Mocarny był, choć postury nikczemnej, a choroba czerwonych oczu, która toczyła go od pacholęctwa, zdawała się go krzepić a nie osłabiać. Lud prosty bał się go i jeno po kątach szemrał przeciwko niemu, co o wściekłość go przyprawiało, ale pozycyi mocnej zmienić nie mogło.

Szeptali ludziska, że Sernik i tak był dla niego ważniejszy od lechickiej krainy – ponoć wyznał to kiedyś któremuś półgłówkowi ze Współdrogi – dlatego też nie przejmował się zbytnio rządami gnoma Kaczana w jego dwojakiej postaci. Przyznać jednakowoż trzeba, że Purpurowe Legiony w pień zostały wycięte. W okolicach Dzyńdzynia ostał się z nich jeno Sromota, a dalej, gdzie Lublinensis, brat Kurczak. Co i raz do lochów trafiały stare druhy, więc Sromota na biesiadach z towarzyszami przeklinał na czym świat stoi rządy Kaczana i wierzyć nie przestawał, że pod świetlanym przywództwem Aleksego Kwaśnego Purpurowe Legiony mocarne jeszcze będą i lechicką krainą porządzą niejedną kadencyję.
Wybory do rady monarszej nie były dla Sromoty problemem. Turnieje rycerskie, które był organizował, przyciągały masę ludu, co możnowładca zoczył już jakiś czas temu. Wcześniej stronił od turniejów a teraz pospólstwo gadało, że może nawet za czas jakiś zostać diukiem Polnego Związku Pik i Noży – w skrócie PZPN. A i służba na Serniku, z włościanami hodującymi bydło, kreskę na niego, chcący lubo i nie chcący, dawała.
Choć z Witem za sobą nie przepadali – bo nie może być przecie dwóch najmędrszych w jednym Dzyńdzyniu – wsparł go złotą karocą i najemnym rycerstwem w rozprawie z Rębajłowymi. Sława też nie pałał do niego miłością, ale w obliczu zwycięstwa Rębajły sojusz zawarli, bo Turkus z Purpurą zawsze się zgodzić mogą kiedy trwoga. A trwoga była okrutna. Dlatego też Sromota już teraz dumał, co uczynić, by za trzy roki Rębajło władzy komeskiej nie przejął. Umizgiwał się i do Grabki, coby druh jego, Rzeźnik, kasą włościańską zawiadujący, dalej to mógł czynić. Wita chciał związać ze sobą naciskając nań by turnieje rycerskie wspierał i siedziby dla pospólstwa turniejowego z dzyńdzyńskiej kasy rozbudowywał. Witowi to nie w smak było, wił się więc jak piskorz w Sromotowych rękach, ale wprost powiedzieć nie mógł, że siedziby dla pospólstwa na arenie turniejowej to on ma w rzyci.
Współdrogi nienawidził Sromota serdecznie i przed pospólstwem zwał ją plugawą szmatą albo, dla odmiany, szmacianym plugastwem. O wspieranie konkurencyi oskarżał i mawiał, że sekta owa i zamtuz nie Współdrogą a Zawalidrogą zwać się powinna. Świat jego marzeń był prosty: jest w jego centrum nieruchomy i wieczny On – Sromota, a wokół niego krąży wszystko inne w harmonii i posłuchu absolutnym. Ale prawdziwy świat wciąż taki nie był, co nie znaczyło, iż taki być, Sromotowym zdaniem, nie powinien. Amen.

***

Kto żyw w pośpiechu Dzyńdzyń opuszczał, aby w czas kanikuły uchronić nos od zwykłego o tej porze roku miejskiego smrodu zwabiającego roje much i inszych wrednych bydląt. Takoż i Kuna uznał, że czas skorzystać z otwartych specjalnie nad pobliskimi jeziorkami w tę porę karczem, a może i w jakich jarmarkach hucznych wziąć udział. Ponadto pragnął zejść z oczu co niektórym wielmożom, co to coraz baczniej przyglądali się jego postępkom. A nie były to spojrzenia przychylne…
Nie zajechał daleko, bo rychło koń mu się ochwacił. Toć przecie nie zawrócił z drogi. Z kupcami starozakonnemi w dalszą drogę się zabrał. Szkoda mu było jeno wiernego rumaka, ale w Barszczewie miejscowemu rzeźnikowi na kiełbasy go ostawił, a sam postanowił zarobione w ten sposób dukaty wydać wspominając dawne dobre hulaszcze czasy.
W chutorze wczasowym Kobiałka ścisk panował okrutny. Pełno było podobnych jemu, którzy przy pełnym kuflu chętnie dzielili się wiadomościami z innych części kraju, a nocami wesołemi próbowali swoich sił w zapasach czy śpiewach. Zasiadł więc przy ławie koło gospody „Pod sosnami” i popijając schłodzone piwo koncypował, jaki to nierozumny szynkarz tak podłej urody dziewczę przy beczułce postawił.
Dopiero po chwili zorientował się, że cały czas znojome jakoweś gęby mu przed oczami migają. Tak, dzyńdzyńskie to były oblicza, a zwłaszcza bakałarskie. I oni to, Kunę widząc, szybko ławę przy nim zajęli. Po kilku pacierzach wiedział już, że jeżeli zdobędzie jakieś wiadomości, to nie z krain odległych, jeno z Dzyńdzynia, bo mieszkańcy grodu, gdzie by nie byli, to tylko o sprawach grodowych rozprawiali, co ich główną zabawą było.
– I co, co na to pryncypał? Nie protestował?
– Gdzież, a co w Dzyńdzyniu jaki pryncypał ma do gadki?! Siedzą, jak myszy pod miotłą i pilnują władzy, jaką w bakałarni mają. I kłaniają się jaśnie panu Witowi i inszym włodarzom. Takie czasy…
– Nie pleć! Starostowi bakałarze wcale łatwiej nie mają. Słyszeliście o zaufanym Kciuka, imć Januszu?
– A co? Niczego my nie słyszeli! Czyliż łaski stracił? Toż on całe życie swoje chyba na stolcu prefekta w ichniej szkole siedział i Kciukowi doradzał!
– Za bardzo w piórka obrósł i za dużo wiedział. Pono i ze straszliwym Sromotą za blisko zaczął bywać. A jego stolec, mówią, Sława dla swojego poplecznika, Sosny przeznaczył.
– To obalili Janusza?
– Tak, ale sprytnie to czynili. Ogłosili turniej na objęcie stolca prefektorskiego.
– Ale przecie Janusz ma w Dzyńdzyniu poważanie ogromne, a i poparcie wśród ludu. Nowe mury na gumnie stawił, właśnie stajnie kończą… Jak mógł turnieju nie wygrać?
– Pono właściwych szkół nie ukończył i nie ma prawa bakalarni prowadzić….
– Toż będą mieli o czym ludziska gadać. I Sosna na stolcu Januszowym siedzi?
– Jeszcze nie, ale obiecane ma. A jak Sława tak zarządził, to tak będzie! Zdrowie!
Kuna na towarzystwo popatrzył, pod ławę charknął, ostatniego łyka pociągnął, beknął zdrowo i wąsy otarł. W rzyci miał już to bakalarskie chędożenie, z którego nigdy nic nie wynikało, a jeśli już to kolejne reelekcje różnych Witów, Kciuków, Sromotów i inszego tałatajstwa.
Noc nadeszła a wraz z nią myśli czarne. Złe.

Moja kochana babcia

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Działalność Radzyńskiego Stowarzyszenia Inicjatyw Lokalnych w 2015 r.

Skomentuj