banner

Z teki wykładowcy UTW,cz. 1

W nowym,  piątkowym cyklu pragnę przedstawić Wam, drodzy Czytelnicy, treść wykładów, które swego czasu prezentowałem słuchaczom Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Radzyniu, Kocku i Wohyniu.

Dziś o Kabarecie Starszych Panów.

uid_723dd58187120b8da445b18bbad3c7631256126602257_width_633_play_0_pos_3_gs_0

Uśmiechaj się, Polaku

A może ktoś z rodaków

Innemu odśmiechnie

Aż da się powszechnie

Uśmiechem wciągnąć nację

W pogodną demokrację

 

I. Biografie twórców kabaretu

Jeremi Przybora (12 grudnia 1915, Warszawa – 4 marca 2004)

Polski pisarz i aktor, jeden z najwybitniejszych twórców w historii polskiej sztuki estradowej po II wojnie światowej. Urodził się w rodzinie szlacheckiej, jako najmłodsze z trojga dzieci. Ojciec, Stefan Przybora, był inżynierem-cukiernikiem, właścicielem fabryki słodyczy oraz cukierni w Warszawie; matka, Jadwiga z domu Kozłowska, zajmowała się domem. Ukończył ewangelickie Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Warszawie, a potem studiował w Szkole Głównej Handlowej i anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim, których to studiów nie skończył.

Przez lata związany z Polskim Radiem, przed wojną spiker w rozgłośni warszawskiej, po wojnie pracował w Rozgłośni Pomorskiej Polskiego Radia w Bydgoszczy, gdzie współtworzył cykl audycji satyrycznych „Pokrzywy nad Brdą„. Po powrocie do Warszawy pracował w redakcji rozrywki, gdzie w 1949 r. stworzył Radiowy Teatrzyk „Eterek”.

Lektor Polskiej Kroniki Filmowej, autor tekstów piosenek, książek, pisał libretta teatralnych spektakli (m.in. polskiej wersji „Piotrusia Pana” z muzyką Janusza Stokłosy, w reżyserii Janusza Józefowicza), scenarzysta filmu „Upał” w reż. Kazimierza Kutza.

Jako autor tekstów piosenek stworzył oryginalny styl, pełen wykwintnego humoru, liryzmu i poetyckich metafor. Język piosenek Jeremiego Przybory w znacznej mierze wpłynął na współczesną polszczyznę. Scenariusze i teksty w wykonaniu wybitnych aktorów antycypowały późniejsze zjawisko „piosenki aktorskiej”

Pisał także teksty dla piosenkarzy (m.in. I. Santor, E. Bem, H. Banaszak), wielokrotnie nagradzane na festiwalach (Opole, Sopot).

Przybora był wielkim poetą, a nie, jak się mówi, tekściarzem – uważa Grzegorz Wasowski. Kot Przybora: – Kiedy ojciec pisał, wyłączał się z życia. Miał umiejętność całkowitego skupienia się nad tym, co robił. Czytał powoli, nie połykał książek jedna za drugą. Miał kilka ukochanych – świat Prousta był dla niego niemal rzeczywisty. Pamiętam też, jakie wrażenie zrobiły na nim wspomnienia Wata z innego, strasznego świata. A muzyka ppularna zatrzymywała się dla niego na jazzie i piosence. Agresywny rock uważał za dyktaturę proletariatu, chociaż doceniał np. Beatlesów.

Człowiek doszczętnie kulturalny

Jeremi Przybora był wybitnym poetą, związanym głównie za słowem śpiewanym, ale to wcale nie znaczy, że mamy go oceniać inaczej niż poetów piszących. Był mistrzem persyflażu, pastiszu, żartu. Jednocześnie pisał szalenie prostym, komunikatywnym językiem, w którym jednak miłośnicy aluzji czy podtekstów byli się w stanie bardzo wiele dopatrzyć. Przy tym wszystkim miał wspaniałe poczucie humoru, lekko ironicznego.

Był kimś więcej niż tylko tekściarzem i librecistą – Przybora wpływał na wyobraźnię i język kilku pokoleń Polaków. To, że o podejrzanych typach mówimy dzisiaj tanie dranie, ironicznie nucimy wesołe jest życie staruszka, wiemy, że najważniejsze w życiu jest by żądz moc móc wzmóc, a piosenka jest dobra na wszystko, zawdzięczamy właśnie jego piosenkom. Został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski

Jerzy Ryszard Wasowski (31.05.1913-29.09.1984)

Ukończył Wydział Elektromechaniki na Politechnice Warszawskiej. Pasjonował się cybernetyką i fizyką, ale porzucił je dla muzyki aktorstwa. Był synem Józefa Wasowskiego, słynnego publicysty okresu międzywojennego, a po wojnie redaktora naczelnego „Kuriera Codziennego”.

Związany z Polskim Radiem od czasów przedwojennych jako inżynier. Pracował w działach: amplifikatorni, nagrań i transmisji.

We wrześniu 1939 roku uruchomił uszkodzony nadajnik radiowy Warszawy II. W czasie okupacji przebywał w majątku Zamoyskich, gdzie m.in. prowadził tajne nauczanie w szkole średniej, doprowadzając kilka osób do matury. Wykładał przedmioty ścisłe, uczył muzyki i rysunku. Był świetnym kreślarzem, miał zdolności graficzne, był zamiłowanym majsterkowiczem — tworzył m.in. meble. 

Tak zapamiętał go ostatni ordynat Jan Zamoyski: Korzystałem z jego ekspertyz w kwestiach elektryfikacyjnych. Raz też, jako człowiek pewny, został wykorzystany w sprawie sprzętu radiowego Armii Krajowej. Traktowaliśmy Jurka jak przyjaciela i domownika. Do końca okupacji dzielił z nami wszystkie koleje losu. 

W roku 1945 znalazł się w zespole Miejskich Teatrów Dramatycznych. Grał na fortepianie za kulisami w sztuce Heleny Buczyńskiej „Obcym wstęp wzbroniony”. W tym też okresie Jerzy poznał swoją przyszłą żonę, utalentowaną aktorkę Marię Janecką. Z tego małżeństwa urodził się ich syn, dziennikarz Grzegorz Wasowski (znany m. in. z „Za chwilę dalszy ciąg programu” czy „KOC”-a – Komicznego Odcinka Cyklicznego)

W latach 1948-1950 kierował działem reżyserii muzyki i nagrań, a następnie został głównym inżynierem akustycznym PR (opracowywał skrypt zasad reżyserii dźwięku dla mikserów). W latach 1950-1954 był zastępcą szefa działu emisji.

W latach 1954-1973 pracował jako reżyser i starszy redaktor (od 1962) Teatru Humoru i Satyry. Następnie, w latach 1977-1979 był doradcą przewodniczącego Radiokomitetu (Macieja Szczepańskiego) do spraw muzyki rozrywkowej. Równocześnie cały czas pracował jako lektor, aktor i reżyser.

W dziedzinie muzyki był samoukiem. Pisał w systemie tonalnym, w różnych fakturach: kameralnych, jazzowych, symfonicznych. Interesował się matematyką (teoria grup) oraz akustyką muzyczną (struktury dźwiękowe).

Był jednym z najwspanialszych kompozytorów muzyki rozrywkowej lat powojennych. Nie miał wykształcenia muzycznego. Talent miał we krwi. W domu rodzinnym Wasowskich muzyka zajmowała poczesne miejsce. Już jako pięciolatek grał na fortepianie i komponował. W jego muzyce było wszystko: ciepło, liryka, dowcip i zmysłowość. Wspaniale czuł styl swinga. Skomponował takie szlagiery jak „Walc Embarras”, „Złoty pierścionek” i „Po ten kwiat czerwony”. A potem już do Kabaretu Starszych Panów – „Starsi panowie dwaj”, „Piosenka jest dobra na wszystko”, „Kaziu, zakochaj się!”, „Na pomoc ginącej miłości”, „Do ciebie szłam” i wiele innych, które stały się przebojami.

Namówiony przez dyr. Eugeniusza Poredę Jurek spróbował sił jako aktor. Zagrał rewelacyjnie Autora w „Dwóch teatrach” Szaniawskiego, a potem Barona w „Nie igra się z miłością” Alfreda de Musseta, Pickeringa w „Pigmalionie” B. Shawa i Jana w „Żeglarzu” Szaniawskiego. Był skromny, inteligentny, dowcipny i urokliwy. Piekielnie pracowity. Znakomicie wychowany. Nie znosił chamstwa i prymitywizmu.

Zawodowym muzykiem został przez przypadek, zaczęło się od radiowego teatrzyku „Eterek”, do którego napisał muzykę namówiony przez swego przyjaciela Jeremiego Przyborę. Z muzyką się już nie rozstawał, choć powtarzał stale, że uprawia zawód kompozytora tylko dlatego, że musi z czegoś żyć.

Jeśli chodzi o Kabaret, to taty aż tak nie interesował. – opowiada Grzegorz Wasowski. – Z zamiłowania był fizykiem, przypadkiem zajął się muzyką. Chciał iść raczej w stronę naukową, ale wyszło, jak wyszło. Interesowały go zasady matematyczne w muzyce. Nigdy nie pisał, gdy nie miał zamówienia. Uważał się za rzemieślnika. 

Maria Wasowska: – Irytował się, gdy nazywano go genialnym kompozytorem. Może dlatego, że pisanie muzyki nie sprawiało mu trudności. Zawsze powtarzał: czy ktoś, kto dwa razy czy parę razy dogonił tramwaj, jest nazywany sprinterem?

Komponował również piosenki estradowe, komedie muzyczne (Stokrotki ogrodnika Barnaby 1965, Gołoledź 1973). Napisał muzykę do musicalu „Machiavelli” opartego na motywach „Mandragory”.

 Pozostał w pamięci jako Starszy Pan i klasyk naszej muzyki rozrywkowej. Oddajmy głos żonie, Marii Wasowskiej: zawsze kojarzył mi się z Leonardem da Vinci – ze względu na ogromną wiedzę i talenty w różnych dziedzinach. Również czysto praktycznych, domowych – umiał na przykład precyzyjnie wykonać szafki czy półeczki, realizując moje pomysły. Był świetnym introligatorem, miał zdolności graficzne. Przed wojną chodził na wykłady z medycyny. Pasjonowało go wszystko, co było związane z budową ucha. Interesowało go, dlaczego człowiek słyszy tak, a nie inaczej, dlaczego niektóre zestawy dźwięków są przykre, a inne – przeciwnie. Miał też ogromną wiedzę filozoficzną, psychologiczną. Nie było prawie pytań, na które nie umiałby udzielić wyczerpującej odpowiedzi.

II. Początki

Starsi Panowie po raz pierwszy spotkali się na korytarzach Polskiego Radia. Poznali się w podczas oblężenia Warszawy w 1939. Jeremi Przybora był wtedy spikerem, a Jerzy Wasowski praktykantem w dziale technicznym. Połączyła ich miłość do jazzu. By spotkać się ponownie, przyszli Starsi Panowie musieli przeczekać okres II wojny światowej.

Spotkanie po latach odbyło się… na powojennych korytarzach Polskiego Radia. W 1948 r. rozpoczęli współpracę, tworząc radiowy teatrzyk Eterek. Dziesięć lat później eteryczne rozmowy przerodziły się w jeden z najpopularniejszych polskich kabaretów telewizyjnych.

Jak wspomina Maria, żona Jerzego: Odbierali na jednej fali, nawet gdy rozmawiali przez telefon, czuć było ten ich stonowany humor.

W 1958 r. Jeremi Przybora, żeby wywiązać się z umowy z telewizją, musiał „coś dla niej napisać”. Do współpracy zaprosił kolegę z radia. Metrykalnie żaden nie był jeszcze starszym panem. Przybora miał 43, a Wasowski 45 lat. Tak rozpoczęła się historia najsłynniejszego programu rozrywkowego polskiej telewizji.

Na szklanym ekranie po raz pierwszy pojawili się w 1958 r. Na użytek Kabaretu stali się Panem A i Panem B. – Tata nie chciał nadawać tym postaciom nazwisk. Ponieważ był dobrze wychowany, pierwszego w kolejności alfabetycznej postawił swojego partnera i przyjaciela Jerzego Wasowskiego – wspomina syn Jeremiego, Kot Przybora.

Starsi Panowie nie mieli imion. Wasowski jako Pan A, nieco znużony i zmęczony niefrasobliwością Pana B – Przybory, wciąż naiwnie zachwyconego światem.

Co roku przygotowywali dwie premiery. W sumie powstało 16 programów, ostatni z nich nadano w lipcu 1966 r. Programy Kabaretu nadawano na żywo na antenie telewizyjnej, z wykorzystaniem piosenek zarejestrowanych wcześniej. Kabaret ukazywał się również na antenie Polskiego Radia, jako przygotowane osobno słuchowiska, powtarzające telewizyjną fabułę z tą samą obsadą.

Pierwsze programy nie były rejestrowane, dlatego w okresie 1978-1980 zostały nagrane ponownie, w kolorze i ze zmianami obsadowymi. Cykl ten został nazwany „Kabaret Jeszcze Starszych Panów”.

Tworząc Kabaret, nie mieliśmy pojęcia, jaki on będzie – wspominali po latach. – Zasadniczo przyświecała nam idea zabawienia siebie i odbiorców przez oderwanie się od panoszącego się wokół nas prostactwa. Ale nie miała być to kampania przeciw czemukolwiek.

Kabaret utkał się Starszym Panom z tęsknoty za minionymi czasami, za elegancją i urodą przedwojennej Polski. Mówią nam, żeśmy odpadki dziejów – proszę bardzo, niech będzie. Obaj z Wasowskim jesteśmy wprawdzie ledwo po czterdziestce, ale przebierzmy się za własnych ojców w niemodnych żakietach, sztuczkowych spodniach i cylindrach. Bądźmy eleganccy. Wąchajmy róże i czcijmy płeć piękną. Widząc intruza wnoszącego kubełek śmieci na nasze podwórko, nie bijmy go od razu w mordę, ale grzecznie pytajmy: Z innego bloku pan uczęszcza na ten śmietnik?

W ich Kabarecie wszystko było w najlepszym gatunku – poezja, muzyka, żart. Słowem i muzyką wyczarowali magiczny świat, przez który wędrowali przypadkowi przechodnie, czasem sympatyczni i wrażliwi, a czasem dziwaczni i groteskowi. Wędrowcy zwierzali się ze swoich tęsknot, radości, wzruszeń i smuteczków, a gospodarze gościli ich życzliwie, serdecznie i z pogodną wyrozumiałością.

O polityce nigdy nie mówili wprost. Nie komentowali rzeczywistości bezpośrednio. A jednak nikt tak dowcipnie nie podsumowywał paranoi tamtych czasów, jak Starsi Panowie, kiedy wzdychali: Załamaliśmy się dopiero w kolejce po jajka, kiedy kazano nam przynieść własne skorupki.

Kabaret Starszych Panów skrzył wyszukanym humorem, subtelnym liryzmem, pastiszem stylów i gatunków, był finezyjną grą muzycznych i słownych skojarzeń, a jednak został entuzjastycznie przyjęty przez widzów z różnych środowisk, nie tylko inteligenckich. Emisja programu to było święto w naszych domach – wspomina Magda Umer. – Cała Polska zamierała przed nielicznymi jeszcze telewizorami. Kochałam ten kabaret. Mogę powiedzieć, że on mnie ukształtował, wychował i ulepił jako człowieka. I nie mnie jedną.

To był szok. W telewizji czasów PRL pokazali się ubrani w przedwojenny strój wizytowy – żakiety, prążkowane spodnie i cylindry, bo – jak mawiał Przybora – ostatnio byli eleganccy w 1939 r.

Wytworni, po staroświecku szarmanccy i eleganccy, byli dla cenzorów abstrakcyjni na tyle, że uznano ich za nieszkodliwych. Nasz Kabaret był odrobiną prawdziwego raju w gomułkowskiej krainie małej stabilizacji. Wcześniej, w czasach stalinowskich, wolno było się śmiać tylko pod warunkiem, że się wyśmiewało kułaka, kapitalistę, imperializm. A humor abstrakcyjny, śmiech dla śmiechu, był zabroniony. Gomułka ich nie lubił, podobno rzucał kapciami w telewizor, kiedy widział dwóch facetów w cylindrach, ale nie kazał zlikwidować Kabaretu. Szefowie telewizji im sprzyjali, choć mieli kłopoty, bo dla niektórych towarzyszy już sam strój Starszych Panów – cylinder i żakiet – był burżujską zniewagą rzuconą czapce uszance i waciakowi.

Wasowska: Byli w tym trochę smutni, ale to smutek ludzi inteligentnych, którzy mieli świadomość, że coś się skończyło. W innych czasach pewnie by tych piosenek nie napisali, to rzeczywistość ich do tego skłoniła. 

Kot Przybora: – Określenie „kabaret” jest mylące. To był muzyczny teatr absurdu. Pojawiały się w nim przedwojenne postaci i nastroje, ale to nie był dowcip przedwojennych kabaretów. Tęsknota do tamtych czasów przenika Kabaret, ale jest w niej dystans do rzeczywistości, który miewają pisarze z poczuciem humoru. 

Pierwszy program oglądaliśmy na żywo 16 października, na placu Powstańców, skąd był nadawany, bo jeszcze nie mieliśmy telewizora – wspomina Grzegorz Wasowski, wówczas dziewięcioletni syn Jerzego. Maria Wasowska: – Po emisji nie byli z siebie zadowoleni. Zaraz się też okazało, że telewizja chce z nich zrezygnować – rządzili tam ludzie bez kultury i poczucia humoru. Na szczęście zostały resztki przedwojennych „normalnych” – m.in. Adam Hanuszkiewicz, ówczesny szef Teatru Telewizji, dzięki któremu Kabaretu nie zdjęto. Żądam, żebyście to jeszcze dwa razy puścili, a potem ludzie wam nie pozwolą tego zdjąć miał powiedzieć znany reżyser.

Po kilku programach oglądalność rosła. – Zaczynali być rozpoznawalni, choć mąż w to nie wierzył – wspomina Maria Wasowska. – Kiedyś w Sopocie podeszła do nas panienka i poprosiła go o autograf. „Pani mnie chyba z kimś pomyliła” – odparł. 

Uzupełniali się znakomicie. Melodie tworzone przez Wasowskiego natychmiast wpadały w ucho, zaś liryki Przybory obfitowały w wykwintny, często surrealistyczny humor. W

W wywiadzie dla radiowej „Jedynki” syn Jerzego, Grzegorz przypominał: kabaret, postrzegany stricte za dzieło telewizyjne, wywodzi się z radia, z „Eterku”, z ich współpracy. Po telewizyjnej premierze, z paromiesięcznym poślizgiem, udawali się do radia i rejestrowali te kabarety w tej samej w zasadzie obsadzie.

Kabaret istniał osiem lat, chociaż Przybora chciał dociągnąć do dziesięciu, lubił okrągłe liczby. Wasowska: – W 1966 r. Jerzy powiedział Jeremiemu, żeby sobie znalazł młodszego komika. Współpracowali jeszcze aż do stanu wojennego, prawie do śmierci Jerzego, ale mąż już nie występował. To była decyzja męża – przypomina Maria Wasowska. – Uważał, że trzeba odejść u szczytu powodzenia, a nie czekać, aż widzowie poczują przesyt.

Nagrali zaledwie 16 programów. – Teraz w telewizji mówią, że trzeba kręcić program raz na tydzień, bo inaczej się nie zaistnieje – mówi Grzegorz Wasowski. – A tata i wuj robili coś raz na parę miesięcy. Bez pośpiechu, z większą solidnością. Jak wspomina Barbara Krafftówna: powstawały [one] co kilka miesięcy, poprzedzały je trzy-, czterotygodniowe próby. Wielogodzinne, precyzyjne – dopracowywaliśmy sekundy, każdy wdech i wydech, bo potem graliśmy na żywo, a piosenki leciały z taśmy i trzeba było wpasować się we własny dubbing.

Niebywały talent, teksty pisane pod zawodowych wykonawców z najwyższej półki, niezwykła kultura i elegancja. Wiele osób, pamiętających czasy przedwojenne tęskniło też za czasami, które odeszły, za tymi strojami, manierami. Spotkało się wielu właściwych ludzi we właściwym czasie. Oni nie podchodzili do tego, jakby mieli swoje pięć minut. Wykonywali to na najwyższym poziomie.

699px-Starsi_Panowie_dwaj

Przybora i Wasowski często wyjeżdżali do Paryża. Agnieszka Osiecka wspominała później: Myślałam, pójdą gdzieś, porwą się na jakiegoś agenta, zadzwonią, zaśpiewają, zakręcą się koło kogoś, kto ułatwi im zrobienie kariery na Zachodzie… Gdzie tam! Chodzili do kina i puszczali łódki z papieru po Sekwanie. Potem wracali do Warszawy, mościli się przy swoich kominkach, słuchali Mozarta, rano każdy z nich zjadał jajko na miękko, szedł do kawiarni albo do krawca, ale przenigdy nie napinał kontaktów ani nie ustawiał sprawy. To wszystko wydaje się teraz bardzo, bardzo dawno, prawda? Tego świata już nie ma.

ksp14_01

III. Artyści Kabaretu

 

2201105091858481

Aktorów obsadzali razem. – Ci dobrzy byli znani, bo robili dużo w radiu. Tam też Jerzy i Jeremi testowali piosenki i tworzyli wcześniej teatrzyk Eterek. No i wtedy chodziło się do teatru, więc wiedzieli, kogo obsadzać – tłumaczy. W Kabarecie występowali najwybitniejsi, m.in.: Kalina Jędrusik, Barbara Krafftówna, Irena Kwiatkowska, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Mieczysław Czechowicz, Edward Dziewoński, a także Aleksandra Śląska, Krystyna Sienkiewicz, Zofia Kucówna, Tadeusz Olsza, Czesław Roszkowski, Bohdan Łazuka, Jarema Stępowski, Zdzisław Leśniak i Bronisław Pawlik.

We wspomnianym już wywiadzie dla I Programu PR Grzegorz wspominał: było to pisane pod konkretnych aktorów. Wujo obsadzał, wiem, że mama podsunęła parę osób, np. Basię Krafftównę, bo one się kumplowały, podobnie było z panem Michnikowskim. Wiem na pewno, że to jego seplenienie wzięło się stąd, że u nas w kamienicy była taka pani „stróżka”, która właśnie w ten sposób mówiła. I mama ją świetnie naśladowała, kiedyś panu Michnikowskiemu to zademonstrowała, on mocno się ubawił. Przejął to i jeszcze udoskonalił.

W Kabarecie zadomowili się wspaniali aktorzy, wykonujący piosenki Starszych Panów z najwyższym kunsztem. Być w Kabarecie, w tej grupie wtajemniczonych, to było wyróżnienie, nobilitacja – przypomina Zofia Kucówna. – Atmosfera na planie była niepowtarzalna. Nikt mnie nie reżyserował w teatralnym rozumieniu tego słowa. Mówiliśmy sobie, co mamy zamiar robić, i robiliśmy to. Przy okazji omawiało się wiele spraw, wymieniało ploteczki, komentarze. Twórcy i aktorzy Kabaretu tworzyli grupę bliskich sobie przyjaciół. Wasowski miał znakomity dowcip, taki z cicha pęk. Kalina też jak coś powiedziała, to było w dziesiątkę.

Wszyscy żartowali z zadziwiającej nieśmiałości Kwiatkowskiej, ze słodyczy i niewinności Michnikowskiego, z pompatyczności Łazuki.

Warto przypomnieć sylwetki tych, którzy zapisali się w historii polskiego kabaretu.

Mieczysław Czechowicz

Jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych aktorów estrady, wykonawca niezapomnianych postaci i piosenek w telewizyjnym Kabarecie Starszych Panów. Tanie dranie, Ty nie odmawiaj mi

Wiesław Gołas 

Gołas rozśmieszał nas wszystkich. Raz śpiewał krakowiaka. Czapka przesunęła mu się na głowie, wstążki zasłaniały oczy. On odrzucał je w sposób tak zabawny, że ugotowaliśmy się ze śmiechu.

Jak sam wspominał: Wojtek Młynarski pisał W Polskę idziemy trzy razy, a ja wymyśliłem tytuł Piosenka o Polaku pijaku, który chciałby być orłem, sokołem. Nieraz mnie tacy panowie zaczepiali na ulicy pytaniem: Panie Wieśku, w Polskę idziemy? Wielu nie zrozumiało sensu tej piosenki, która zresztą ma groźną końcówkę.

Kalina Jędrusik

Zyskaliśmy w niej dla naszego kabaretu wątek młodości, urody, nieszablonowej inteligencji i osobowości, a przy tym wszystkim – głos o urodzie kryształu, przydymionego mgiełką matu.

Nasza seksbomba Kalina miała niewyparzony język – opowiadał Przybora – ale to nie było to samo, co dzisiaj słyszy się na ulicy zamiast przecinków. Wasowski mówił o niej Jędrusik – ordynusik. Była nieznośna, ale zrobiła dla mnie kiedyś podczas prób striptiz. W łazience. Ja tego niestety nie widziałem. A ona nie wiedziała, że ja tego nie widzę. Wtedy skorzystał elektryk, który stał na drabinie. O mało nie spadł. Zobaczyła ją również obsada reżyserki, też „z lotu ptaka”. Ktoś stwierdził, że przysłaniała się dłońmi, a ktoś inny na to: „Nie pomogło. Kalina ma bardzo drobne dłonie”.

Barbara Krafftówna

Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski dali jej możliwość stworzenia minikreacji, łączących pastisz z liryzmem. W czasie deszczu dzieci się nudzą i duet z Bohdanem Łazuką Przeklnę cię to jedne z najlepszych realizacji idei piosenki aktorskiej w Polsce. Jak wspominała w jednym z wywiadów: wyróżniali się –wdziękiem, dowcipem, elegancją, która tkwiła nie w kostiumie, ale w naturze, sposobie mówienia, poruszania się.

Pamiętam mozolną pracę nad utworem „Przeklnę cię”. Był tak trudny, że ćwiczyliśmy go z Bohdanem Łazuką miesiąc. Śpiewałam z zatkanymi uszami, bo się gubiłam. A Wasowski dyrygował mi głową, był niesłychanie cierpliwy.

Łączyło nas poczucie humoru, które przez ludzi z zewnątrz ostemplowane zostało jako elitarne. A przecież w życiu dobieramy się naturalnie, z jednymi się śmiejemy, z innymi nie. Tak było i z Kabaretem, który – jak się okazało – zostawił bogactwo nieprzemijające. Mamy nowy wiek, przytłoczeni jesteśmy techniką, za chwilę sami staniemy się robotami, elektrobioprądy nas pognębią, tu nam odpadnie oczko, tu inna część ciała – a Kabaret pozostaje towarem niezniszczalnym.

Irena Kwiatkowska 

Kobieta, która żadnej roli się nie boi

Prysły zmysły, Tango Kat, Zosia i ułani

Bohdan Łazuka

Jego przeboje nuciła cała Polska. Oglądaliśmy go w filmach, pojawiał się również na małym ekranie w Kabarecie Starszych Panów, czy Kabareciku Olgi Lipińskiej. Występował na deskach teatralnych i śpiewał na licznych estradach.

Wiesław Michnikowski

Addio, pomidory, Całuj wuja, Inwokacja, Tanie dranie, Wesołe jest życie staruszka, Wespół w zespół

Jarema Stępowski

Popularny aktor filmowy, teatralny i estradowy, piosenkarz. Stworzył charakterystyczną stylizację warszawskiego folkloru w takich piosenkach jak chociażby Jadziem na Bielany, Księżyc frajer czy Taksówkarz warszawski.

Szary, nudny, peerelowski świat został za oknem – opowiadał Wojciech Młynarski – a do naszych domów przychodziła Pani Hrabina Kwiatkowska, Kalina Dziewczyna z Chryzantemami, Spory i Nieduży, czyli „Czechowicz z Michnikowskim, Kuszelas – Dziewoński czy Upiór Gołas z Upiornego twista”. Dialogi i sytuacje były przezabawne, piosenki dyktowane fabułą, ale zawsze integralne same w sobie, prawdziwa klasyka piosenki kabaretowej, czyli trzyminutowej śpiewanej roli.

IV. Fragmenty przedstawień

XI program Kabaretu Starszych Panów – „Kwitnące szczeble” (6 kwietnia 1963)

Pani Dyrektor: Jak on wygląda?

Pan Sekretarz: Bladawy, łysawy…

Pani Dyrektor: A ile on może mieć?

Pan Sekretarz: Włosów? Do siedmiuset. Ale to już z brwiami.

***

Panowie, ja tu jestem szczątkowy! Szczątkowy mężczyzna w tej instytucji! Za chwile padnie ostatni bastion męskości!

piosenka_jest_dobra_na_wszystko

***

Już za tydzień – „Henryk Sienkiewicz -twórca i ekranizacje jego dzieł”

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Co ty wiesz o RASIL-u?

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Z teki wykładowcy UTW, cz.2

Skomentuj