Darmowy Program PIT

Hipis kreatywności – wywiad z Mariuszem Boberem

Co sprawiło, że opuściłeś Radzyń?

Kobieta. To było tak zabawnie, że znaliśmy się trochę przez internet, trochę pisaliśmy. Później był rok przerwy. Potem odezwaliśmy się na facebooku. Dwa tygodnie pisania, napisałem:  dobra, to spotkajmy się w Lublinie. Najzabawniejsze było to, że strasznie długo mieszkałem u rodziców, którzy pogodzili się z tym, że mój start w dorosłość jest wyjątkowo kulawy. A ja pewnego dnia wziąłem małą torbę podróżną, pojechałem do Lublina i już zostałem. A po 3 dniach się oświadczyłem. I tak zniknąłem z Radzynia, ku zdziwieniu wielu osób.

DSC_0171

Jak widzisz nasze miasto z pewnego dystansu?

Strasznie pojemne pytanie, nie wiem, jak je ugryziemy. Moglibyśmy parę godzin o tym rozmawiać. W Radzyniu działałem długo na niwie kultury, mając różne doświadczenia. Ten wyjazd też pozwolił z zupełnie innej perspektywy spojrzeć na Radzyń – lubelskiej i małej miejscowości, Siedliszcze.

Radzyń gdzieś ginie w tym wszystkim. Lublin na przykład wie, co się dzieje w Krasnymstawie, Zamościu, w Chełmie, w Nałęczowie, a Radzyń jest jakby odseparowany. Sztandarowe wydarzenia, typu „Oranżeria”, czy „Ramole” zasługują na większą uwagę. 70 km od Lublina to żaden problem, żeby ludzie przyjeżdżali tutaj. Gdzieś jest jakiś „błąd w sztuce”, że te informacje nie docierają, w internecie trochę to ginie.

Oczywiście, Lublina z Radzyniem nie można porównywać. 300 tyś. mieszkańców a 15-16 tyś. to jest duża skala. `Czasami mam wrażenie, że Radzyń trochę za wolno się rozwija. Kapitał ludzki odpływa, co jest straszne. Wyjechała Dominika Leszczyńska, parę innych osób, które w jakimś sensie są istotnymi, pracowały tu i działały. Każda utrata takiej osoby to jest strata dla miasta. Jest grupa, z niej wypadają 2-3 osoby i ta grupa musi przyjmować na siebie większy ciężar.

Jak piszesz o sobie: w Radzyniu otarłem się niemal o wszystkie redakcje: „Grot”, „Kozirynek”, „Wspólnota Powiatowa”, „Twoje Radio 6 Plus”, „iledzisiaj”. Na pewno wiążą się z tym jakieś wspomnienia i refleksje…

Dobre i złe. Dobre – im było to wcześniej, początki „Grota” – fantastyczna sprawa, ponieważ wszyscy zaczynali od zera. „Grot” był taką matką wszystkich późniejszych redakcji, gazet. Na „Grocie” wszyscy się uczyli. Jak potrafili, tak pisali. Te wszystkie spotkania redakcyjne, to była dla wszystkich przygoda, gdy była składana jeszcze bardzo prostymi środkami, nie by³o jeszcze komputerów. Te posiedzenia, „Olsen”, potem „Manhatan”, inne knajpy radzyńskie – to ci wszyscy ludzie tym żyli. Później z tego wyłaniały się inne gazety, typu „Wspólnota Powiatowa”, „Opinie”, „Radzynianka”, portale internetowe.

Chyba najbardziej żenujące doświadczenie było z redakcją „Opinii”. Wcześniej zakończyłem współprace ze „Wspólnotą”i „Grotem”, redagowałem rubrykę kulturalną. Jak to się mówi, o ten „job” w Radzyniu ciężko. Byłem na tyle uparty, że zwykle chciałem robić to, co lubię – najlepiej za pieniądze. A w Radzyniu nie zawsze jest to takie proste. Jeżeli zachodzę na tzw. rozmowę kwalifikacyjna, przedstawiam swoje portfolio i pada  jedno z pierwszych pytań: czy mam jakiś związek z ugrupowaniem politycznym „X”, to mnie krew zalała. Ja nie przychodzę dyskutować o polityce, tylko o pracy. Pracowałem tam chyba 1 dzień, czy weekend. A w poniedziałek przestałem współpracować. Napisałem jeden artykuł. To są standardy, które powinny zniknąć z powierzchni ziemi! Albo rozmawiamy o pracy albo o jakiś dziwnych historiach. I to pewnie się dzieje w wielu innych organizacjach. To pokolenie musi dać jasny sygnał – albo rozmawiamy o kwalifikacjach, które decydują, czy mamy pracę czy nie mamy albo jakieś inne dziwne rzeczy.

A ludzie, z którymi się stykałeś? Byli przewodnikami, wskazywali drogę… Ich wpływ na to, gdzie dzisiaj jesteś?

Jasne, że tak. Specjaliści w swoich dziedzinach i starsi koledzy, koleżanki: Adam, Darek, Jacek, Monika i inni. Wiekowo starsi od nas, z racji swego doświadczenia. Były „Turnieje jednego wiersza”, którymi dowodził Adam. Tam się stawiało pierwsze kroki. Pierwsze publikacje wierszy czy tekstów w „Grocie” to było dla nas- nieco młodszych stażem czy wiekiem – coś wielkiego. Boże! Mój pierwszy artykuł się ukazał! Byli dla nas inspiracją, przecierali szlaki. Później my dla nieco młodszych osób…

Swego czasu prowadziłeś własną gazetę „Myśl Twórcza”, powielaną w kilku egzemplarzach

Gdy wróciłem do Radzynia, byłem nakręcony na tzw. szeroko rozumiany „rozwój osobisty”. Efekt spotkań w Warszawie chciałem przeszczepić na radzyński teren. Założyłem „Klub Kreatywny”, mieliśmy z 5. edycji. A ponieważ miałem ciągoty literackie i zawsze chciałem pisać czy być związany z różnymi redakcjami, wymyśliłem „Myśl Twórczą. Pismo ludzi kreatywnych”. W Warszawie, w Klubie Ludzi Sukcesu, redagowałem biuletyn klubowy. „Myśl” była moim autorskim pomysłem, wychodziła przez rok. Ukazywała się co miesiąc. Underground’owy „zin”. Wydawałem je własnym kosztem, powielałem gdzieś w bibliotece, kserowałem w ilościach 10 – 20 egzemplarzy. I tak szmuglowałem to pomiędzy znajomych. Darek chyba też tam popełnił parę felietonów. Było to podawanie ludziom  w formie różnych opowiastek, cytatów, trochę opowieści z Klubu Kreatywnego. To były początki poważniejszych rzeczy, później był „Kozirynek”.

Słówko o Klubie Kreatywnym

Był taką formą warsztatów, które prowadziłem dla różnych ludzi. Od młodzieży z liceum po starszych. Były warsztaty z technik uczenia się, uczenia się języków, asertywności, komunikacji, metod relaksacyjnych. Kręciło mnie to, brakowało mi takich rzeczy w Radzyniu, które były w Warszawie. Wielu młodym ludziom bardzo się to spodobało. Mają fajną historię, mile wspominają ten etap. Czasem ta wiedza była zbyt nowatorska. Pojawiały się głosy: o, to coś dziwnego; może jakaś mała sekta? Takie przebijanie się tu z nowymi rzeczami to nie jest taka prosta rzecz. Trzeba pokonać kod kulturowy, opór materii, mentalne bariery. Jest to pewien proces.

Spotykaliśmy się w ROK-u, w szkole językowej, dawnym oddziale LFR. Gdzie nas ktoś przygarnął, tam byliśmy. Była to nieformalna organizacja i to się sprawdzało.

DSC_0167

Przy okazji wydania Twojej pierwszej książki „Rzeczy prozą pisane” w słowach podziękowania napisałeś: dr Dariuszowi Magierowi– wypowiedziałeś magiczne słowa „a może Tobie w końcu coś wydamy”. Za tę iskrę nadziei, która zabłysła i nie zgasła. Wielkie słowo DZIĘKUJĘ! O Darku wspominasz także w kontekście „karcenia literackiego warsztatu”.

O tym karceniu… gdy kiedyś ukazała się jeszcze jedna publikacja, tyle że to był ebook – pamiętam, jak oddałem to Darkowi do przeglądu. Jak on mi strasznie pokreślił, napisał uwagi, tak myślałem, że zejdę. Takie karcenie jest potrzebne i niezbędne.

O wydaniu książki myślałem strasznie długo i ten moment, gdy rzeczywiście Darek dał ten impuls, że może byśmy ci wydali. Koledzy mieli kilka książek na kontach, ja się wlokłem na tym szarym końcu…To, że ona się ukazała, to było coś niesamowitego. Wiadomo, że jak się czeka na realizację swojego marzenia, to później ten pierwszy egzemplarz, który się bierze do rąk, to jest tak, jak ojciec czekający na nowo narodzonego syna. Dla kogoś, kto wydaje książkę, to jest właśnie takie uczucie.

Ta przyjemność, frajda, te wszystkie promocje – to nie ma przełożenia. Jeśli ktoś komuś pomoże w realizacji jakiegoś marzenia, to czasem nie ma możliwości, by się odwdzięczyć. Rolą organizacji, takich jak RASiL, jest pomaganie. Myślę że zapracowałem na to, że książka się ukazała. Najpierw trzeba dać coś z siebie, by móc powiedzieć: ok, to teraz wy mi pomóżcie. To zagrało. Zależało mi, by to wydanie było czymś naprawdę spontanicznym, a nie jakąś tam przysługą.

Co słychać w „Stuk-Puk”, Radzyńskim Stowarzyszeniu dla Kultury?

W 2008-9 roku, zawiązało się „Stuk-Puk”. Grupa ludzi powiedziała: zróbmy coś nowego. Można odnieść wrażenie, że na ten moment wyczerpało swoją formułę.   W tej chwili realizowany jest projekt „Działaj lokalnie” i w czerwcu odbyło się Walne. Pozostałe rzeczy wyjaśnią się pod koniec roku.

Od maja 2009 działasz w Polihistor Dom Twórczej Kariery… Może zdefiniujmy nieznane wszystkim pojęcie „polihistorii”

Należałoby tym zaciekawić szersze grono ludzi, którzy dużo czytają i interesują się wieloma dziedzinami. Jesteśmy w gronie ludzi, którzy chcą się rozwijać. Czasami patrzą na mnie dziwnie: czym ten Mariusz się zajmuje? Niewiele osób potrafi mnie określić: jak ja żyję? Z czego żyję? Delikatnie szara eminencja, tajemnicza postać, która gdzieś tam w Radzyniu funkcjonuje… Co on w ogóle robi?  Czasami wymyśla jakieś dziwne nazwy,np. taki „polihistor”.

Te wszystkie działania idą w kierunku wzmacniania potencjału intelektualnego, kapitału talentów. O czym większość rozmawia, kapitał społeczny jest niezwykle ważny. Wszystkie działania kulturalne kładą na to nacisk i nie tylko te. Mam hopla na punkcie pracy z pasją, to na sercu zaczęło mi leżeć, żeby promować takie koncepcje, idee, które pomagałyby ludziom kreować czy tworzyć pracę z pasją. Wiadomo, że szukałem wyróżnika dla siebie.

Jak ktoś siedzi w branży, związanej z doradztwem zawodowym przewijają się takie tematy, jak wyścig szczurów, kariera, antykariera itd. Szukałem mądrego słowa, które by mnie wyróżniło. Jak to się mówi w marketingu, trzeba znaleźć sobie „fioletową krowę”. Siedziałem w domu i przeglądałem biografię Leonarda da Vinci. Mówiło się o nim „człowiek renesansu”. Ale nikt nie eksplorował innego pojęcia „polihistor”. Ktoś o wielu pasjach i talentach. To był strzał!   Te określenie stosuje się do noblistów, ludzi wybitnych. Ale dzisiejszy świat tak się zmienia, że wielu z nas ma wiele zainteresowań i pasji. To słowo powinno stać się standardem dla tych, którym zależy na edukacji i rozwoju, a nie na chłamie czy dziadostwie. A więc polihistoria rozumiana jako rozwój wielokierunkowy w naszych czasach. Ważny jest komunikat, żeby nie deprecjonować tego pojęcia. Trzeba zapracować na to pojęcie. To archetyp ludzi ambitnych, którzy chcą się rozwijać, mają dosyć chłamu. A w koncepcji Domu Twórczej Kariery zależało mi na zasadzie: „z niewolnika nie ma pracownika”. Talent i pasja jako centrum, dzięki któremu tworzymy swoją pracę.

Na przestrzeni wieków pojawiło się wielu „polihistorów”. Da Vinci, Newton, Edison, mój ostatni idol, Steve Jobs. Ten ostatni inspiruje   w nowoczesny sposób. Technologia, internet, komputery.

Na swoim facebook’owym profilu dzielisz się efektami postępujących prac nad Domem Twórczej Pracy w Siedliszczu. Opowiedz nam o tym projekcie.

Dziękuję za to pytanie. Wcześniejsza nazwa była dla mnie trochę dziwna. Jakoś tak nie toczyło się to po mojej myśli, albo zbyt wolno. Ten dom to nie jest sama idea, ale obiekt.   W kształcie kopuły monolitycznej, która miałaby stanąć. Jeszcze nie wiadomo kiedy, bo potrzebne są na to finanse. To jeszcze wisi w powietrzu, ale myślę, że będzie zrealizowane. To będzie niesamowicie przyciągało. W Kocku jest postawiony taki obiekt w technice słomiano-glinianej. Mi się taki marzy, choć może budowany w innej technologii. Kiedyś, gdy zobaczyłem obiekt w kształcie kopuły w Pensacola Beach na Florydzie, zakochałem się w nim i pomyślałem: taki obiekt chcę mieć! Niezależnie, czy będzie mały czy duży.

the-dome-of-a-home-pensacola-beach-blogger-100906

I teraz spotkanie z Anią spowodowało to, że jakiś ten etap zaczął się realizować. Pojechaliśmy do Siedliszcz i tam jakieś 10 lat temu rodzice Ani kupili posiadłość, przyległą do dworu Węglińskich. 2 hektary terenu, staw, stary dom. I tak już siedzieliśmy tam ponad miesiąc: „i co my tu będziemy robić? Może zrealizowalibyśmy jakiś pomysł?  Ania ma mnóstwo znajomych artystów, w Lublinie i realizuje mnóstwo wydarzeñ kulturalnych. I tak mówimy: Kurczę, może Dom Twórczej Pracy? Jak ta nazwa się pojawiła i gdy stworzyliśmy grupę na facebooku, stała się rzecz zadziwiająca! W ciągu 2 tygodni tak nam wszystko przyśpieszyło. I gdzie tam się ten pomysł nie pojawił, to niezależne osoby, mówił:  Wow! Jak fajnie! Kiedy można do was przyjechać, odwiedzić?

Ten komunikat z zewnątrz na ten pomysł był tak duży, że jesteśmy w ciężkim szoku. I każdego dnia życie odsłania nam kolejne klocki. Jutro (2.07) przyjeżdża kolega, który nam przywozi 800 książek do naszej biblioteczki, choć są to jego prywatne zbiory, z których nasi goście i my będziemy mogli korzystać. Inna znajoma ze szkoły muzycznej chce nam przywieźć instrumenty do wystroju. Inny znajomy chce pomóc nam w remontach. Wszystko na razie robimy własnymi środkami. I nagle się okazuje, że jest to strzał w dziesiątkę. I bardzo chcę by była to przed-realizacja Domu Twórczej Kariery Polihistor. Myślę, że to bardziej dotrze do ludzi. Zaczęli reagować. Wcześniejszy pomysł jakoś tak nie bardzo zaskakiwał.

Mam wrażenie, że między wierszami wyłania się znacznie większa rzecz, niż się spodziewamy. Dom, w którym jesteśmy bardziej nawiązuje do tradycji. Obok dwór Węglińskich, park. Wincenty Pol tu przebywał. Podobno także Hugo Kołłątaj, który pozostawił wiele cennych dokumentów z powstania kościuszkowskiego. Na ten temat był realizowany program „Było, nie minęło”, również o tutejszych podziemiach. W piwnicach szukano skarbów. Są również pewne przesłanki że w dworze mógł bywać Bolesław Leśmian.

A więc przejście od tradycji do nowoczesności. Dostrzegam w tym pewną sekwencję. Trzeba cierpliwie odstać w kolejce, żeby to wszystko się realizowało.

Nie wiem, czy Państwo wiecie, ale rozmawiamy z prawdziwym człowiekiem renesansu. Na swoim blogu wspominasz o fortepianowych improwizacjach (zamieszczasz nawet pierwsze próbki). Skąd się to wzięło?

Jestem chyba hipisem kreatywności. Lubię eksperymenty i miałem na tyle odwagę, by gdzieś tam się trochę wyłamać z tych wszystkich schematów. Zaczęła się przygoda z amerykańskimi książkami o rozwoju osobistym. Darek, gdy chwaliłem się tym, że mój mózg zaczął inaczej pracować, powiedział: no, dostałeś orgazmu poznawczego. I tak się śmieję z tego do dzisiaj. W lekturach szkolnych nie ma jakiegoś błysku, a tu człowiek zaczyna czytać książki z drugiej części półkuli: ja o tym nie wiedziałem! Takie rzeczy ludzie piszą!   itd. Od ’94 zaczęła się moja ewolucja.

Darek zajmuje się tematem komunizmu. Szliśmy dwoma innymi torami. Może kiedyś uda nam się coś wspólnie zrealizować – Darek z perspektywy   komunizmu, a ja – wpływów z Zachodu, edukacji alternatywnej. Darek opisuje, jak czas komuny wpływał na ludzi, a ja przeskoczyłem na ten tor, jak wpływa to, co z Zachodu przychodzi do nas. A więc, jak to myślenie musi się zmienić, byśmy gonili świat.

Czasem mam wrażenie, że Radzyń to taka zielona wyspa, która liczy na to, że świat na nią czeka. Nie, to Radzyń musi trochę przyspieszyć. Mamy piękny Pałac – jeżeli się nic nie zrobi, to turyści pojadą do innych miast.

Rozwalamy się o wiele pomysłów, z których niewiele wynika. To jest poważny problem całego miasta. Jeden wpadnie na pomysł, drugi to skrytykuje.

Czy trzeba przyjąć perspektywę gonienia? Czy raczej tworzyć coś, korzystając z nowoczesności, technologii, ale jednak mieć fundament. Oparcie, które możemy nazwać pniem kulturowym, tożsamością…

Nie można wyzbyć się tego, co kształtuje nas – mieszkańców Radzynia, obywateli Polski. Mimo globalizacji, musimy zachować narodową tożsamość. Mamy fantastyczną tradycję, historię, kulturę. Nasz Pałac – tego się nie da wyciąć. Ale trzeba tez wprowadzać elementy nowoczesności. Nie możemy być na tyle „zaskorupieni”. W Warszawie i wielu innych miastach mamy nowoczesne muzea, my nie możemy stać w miejscu.

Wałkujemy temat Radzyńskiej Krainy Serdeczności – jest to potrzebne, ale jeżeli cała społeczność, powiat nie będzie pracował na markę, to nic z tego nie wyjdzie. Śledzę takie mechanizmy, gdy np. jakaś miejscowość, organizacja „eksploduje” . Obserwuję to teraz na bazie Siedliszcz i tego, co wymyślamy. Jeżeli człowiek nie działa z takiej głębokiej, wewnętrznej prawdy, szczerości, to z biegiem czasu wszystko się rozwali.

W swoich szpargałach znalazłem fajną książkę odnośnie krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Znalazłem tam kopertę, którą sobie zalakowałem: otworzyć na 20-lecie pracy twórczej, w 2015. O, otwieram i czytam! Odnośnie Piwnicy – ten duch był istotny. Wczoraj w domu u Kasi Grudzień rozmawialiśmy, że Radzyń traci gdzieś ducha. Albo mu go brakuje. Pięknieje Pałac, uliczki, czyściutko, wszystko fajnie, ale kurczę, jakoś pustawo jest.

Kiedyś, gdy mieszkałem w Warszawie, to nie wyobrażałem sobie, żeby nie przyjechać na Oranżerię. Albo gdy startowała, to miasteczko festiwalowe się robiło. Ludzie grali, siedzieli do późnych godzin nocnych w Olsenie, w parku… Tego nam brakuje. Czegoś, z tamtego czasu.   Oranżeria to sztandarowa impreza Radzynia, nie wolno jej chować pod szafki, półki.

Chodził mi po głowie taki patent – mamy Dom Kultury. Tam na ścianach, wejściach powinny wisieć zdjęcia wykonawców, gwiazd, które tu przyjeżdżały. Grechuta, Soyka i wielu innych. To jest czołówka Polski. Ludzie, wchodząc do Oranżerii, nie mają bladego pojęcia, kto tu był. Wszystko jest w archiwach, kwestia wyeksponowania tego.  Hej, słuchajcie, przecież tu jest naprawdę prestiżowe miejsce.

Oprócz pracy umysłowej, dbasz także o fizyczną tężyznę. Współprowadzisz grupę Rowerowy Radzyń i Radzyń Biega. Czy miejscowi rowerzyści będą mieli okazję wyruszyć gdzieś w najbliższym czasie?

Wyruszyli dzisiaj (tj, 28.06 – przyp. red.) do Lubartowa, na Święto Rowerów. Przyjeżdża tam kilka tysięcy ludzi, także z zagranicy. Przyjechali z Białej Podlaskiej. Próbuję zaprosić ich do nas, bo tam gdzie mieszkamy jest fantastyczna baza. Pojezierze Łęczyńsko – Włodawskie, pojeździłem trochę rowerem po tamtych okolicach. Fantastyczne plenery do jazdy rowerem, do spacerowania, malowania, fotografowania. Darek Hankiewicz ma wybrać się tam wraz z małżonką, będę go namawiał na plener fotograficzny. 100 kilometrów to nie jest aż tak strasznie daleko.

Gdy działaliśmy wraz z moim kolegą, Mariuszem Pawelcem – było nam łatwiej. On jest teraz sam. Przez 3 lata ta nasza dwójka działała perfekcyjnie. Wszystko się udawało, odbywały się imprezy. Niesamowity sentyment, uwielbiałem te nasze wyjazdy rowerowe. Myślę, że była to jedna z fajniejszych rzeczy, jakie robiłem w Radzyniu. Obecnie trudno jednak mówić o tym, że prowadzę Radzyń Biega, to był krótki epizod.

Czy jest coś, o co nie zapytałem, a czym chciałbyś się podzielić z naszymi Czytelnikami?

Wracam do tego klimatu Piwnicy pod Baranami. Ludzie nie mając jakichś wielkich środków, tworzyli coś fantastycznego, ich środowisko…Radzyń zasługuje na swoją kameralność. Wspomnieliśmy o dylemacie: czy pędzimy w kierunku nowoczesności? Teraz tworzy się moda na slow life  – zwalniamy trochę, dajmy sobie spokój. Te wszystkie wyścigi szczurów ludziom już bokiem wychodzą. My wyjechaliśmy do jeszcze mniejszej miejscowości. Gdyby ludzie zagonieni w tych miastach,   pobyczyli się troch na tej trawie, to może by w końcu poczuli trochę życia.

Radzyń ma wszelkie predyspozycje ku temu, by stać się kameralnym miastem. Ma zabytki, jest w miarę zadbany – trzeba to wszystko dopieszczać. Jeżeli chce zaistnieć, musi szukać klucza. Jeżeli go nie znajdzie, przegra swoją szansę. To potencjał ludzki jest naszym jedynym skarbem. Nie budynki, nie technologia i sprzęt, tylko ludzie. Ludzie, którzy również wspierają inicjatywy innych ludzi.

Przychodzisz na imprezę, dajesz 5 zł i to jest wyraz, że ją wspierasz. Ale jeżeli ktoś nie chce dać nawet tyle. Potem ta osoba znajdzie się w tej samej sytuacji. Coś organizuje i powie:  to 2 zł chcę za bilet- Ee, 2 zł chcesz.  A jak idziesz do sklepu, kupujesz bułki, to nie deliberujesz, czy zapłacisz te 2 zł.

 

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Jasno postawiona barykada – wywiad z wikariuszem parafii MBNP, ks. Zbigniewem Rozmysłem

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Robię fajną rzecz – wywiad z Mateuszem Orzechowskim

Skomentuj